Beezar_komunika_tech
Profile
eugeniusz
w beezar.pl
od 07 sty 2016, 12:26
eugeniusz
Pisarz
Jest fanem:
brak
Fani:
brak
Normal
Dodałem/am właśnie nową książkę Wrocław
Normal
Dodałem/am właśnie nową książkę Złudzenia i oszustwa. TERAŹNIEJSZOŚĆ
Normal
Dodałem/am właśnie nową książkę Ja 2 - Praca i życie prywatne
Normal
Dodałem/am właśnie nową książkę Ja - Młodość, Dzieciństwo
Normal
Dodałem/am właśnie nową książkę JA WOJOWNIK
Normal
Dodałem/am właśnie nową książkę SAGA
Normal
Dodałem/am właśnie nową książkę Boskie prawa natury a ludzkie bzdury.
Normal
Dodałem/am właśnie nową książkę Ukraina Inaczej
Normal
Dodałem/am właśnie nową książkę Lewica program II
Normal
Dodałem/am właśnie nową książkę Program dla partii lewicowych
Normal
Dodałem/am właśnie nową książkę Kapitalizm mój prywatny
Normal
Dodałem/am właśnie nową książkę JAGNA I IMPOTENCI
Normal
Dodałem/am właśnie nową książkę MAŁPIATKA
Normal
Dodałem/am właśnie nową książkę TOWARZYSKA PODRÓŻ
Normal
Dodałem/am właśnie nową książkę JA, PRACA I MOJE DZIEWCZYNY
Wroc%c5%82aw
  • Ocena: 0.0 na 5
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
" Wrocław Podziw dawnych czasów i obecnej głupoty I. Wstęp Francja i Anglia dały Polsce gwarancje bezpieczeństwa na wypadek wojny. Niemcy jednak napadli na Polskę, rozbili Francję i pozwolili Anglikom stosunkowo bezboleśnie opuścić teren Europy kontynentalnej. Wysłali nawet swojego wysokiego przedstawiciela do rokowań pokojowych z rządem angielskim. Anglia rozmów nie podjęła. Powstał front Niemcy- Polska,Anglia. Anglikom stopniowo udało się przyłączyć do konfliktu USA. Powstał więc sojusz polsko-angielsko-amerykański wymierzony przeciwko Niemcom. To były dwie potężne siły. Następnie Niemcy napadli na Rosje co wzmacniało koalicje. Na terenach rosyjskich wykryli oni 21 tysięcy grobów rozstrzelanych polskich oficerów i innych ważnych osobistości. Rozdmuchali ten temat, licząc na rozpad sojuszu. Polacy w Londynie czynili to również, ponieważ nie chcieli być w tej koalicji co Rosja. Sojusz więc się rozpadł. Zaistniała dziwna sytuacja. Koalicja powstała celem obrony Polski. A teraz sama Polska opuściła koalicje walczącą w jej obronie. W tej sytuacji reprezentantem Polski w sojuszu stał się Stalin. Nie przedstawiciele Polski ale on reprezentował nasz kraj przy podejmowaniu zasadniczych decyzji (Poczdam , Jałta). „Czy to dobrze czy to źle?”- pytanie dla Polski. Już zdaje się Churchill powiedział, że dla Polaków można i trzeba zrobić bardzo dużo, ale z Polakami, dla Polaków nie można zrobić nic. Więc kiedy przyszło do wytyczania granic to zachód miał plan oddania polskich ziem na wschód od Bugu (plan Curzona ) a zachodnie granice miały przebiegać w sposób przedwojenny. Stalin zgodził się na wschodnie założenia planu Curzona ale zażądał wyrównia strat terenów polskich. Rekompensatom miały być ziemie zachodnimi aż po Odrę i Nysę Łużycką. Powstał wielki spór i opór. Stalin nie ustąpił. Polska odzyskała ziemie zachodnie. Czy to nie osiągnięcie? Z Polakami takiego sukcesu na pewno by nie było. Stalin jako cudzoziemiec zrobił dla Polski bardzo dużo. II. Architektura Otrzymaliśmy Wrocław, a właściwie stertę gruzu ze sterczącymi kikutami spalonych domów. Tylko przedmieścia były użyteczne. Komuna naszymi rękami odbudowała go a teraz kapitalizm za pieniądze UE upiększył. Teraz jest to prężne, nowoczesne i dynamiczne miasto Europy. Super! Prezydenci miasta Zdrojewski i Dudkiewicz to ambitni i dobrzy gospodarze jak na Polaków. Ale kudy im do poziomu Niemców. Dudkiewicz źle dobiera sobie fachowców np. urbanistów. Popatrzcie jak zaprojektowana i zbudowana jest przez Niemców 150 lat temu ulica Powstańców Śląskich. Dwa pasy ruchu. W środku pas zieleni z torami tramwajowymi. Po bokach tory rowerowe, chodniki, trawniki, ławeczki. Dużo zieleni. A jak projektują nasi!? Skandal!!! Nie potrafią nawet utrzymać nowoczesności tej ulicy. Nie są zdolni dorównać poziomem nawet tym Niemcom, co projektowali tą ulicę 150 lat temu. Polakom brak wyobraźni. Przykład: Ulicę Grabiszyńską Niemcy budowali podobnie jak ul. Powstańców Śląskich. W czasie wojny ulica ta jak i cała dzielnica były całkowicie zniszczone. Po wojnie Polacy ją wyremontowali, ale już po polsku. Brak zieleni, toru rowerowego, brak ławek do odpoczynku. W roku 2010 zrobiono remont kapitalny tej ulicy. Usunięto całą dotychczasową nawierzchnię i zrobiono wszystko od nowa: - Pasy ruchu teraz są tak wąski, że trudno wyprzedzić rowerzystę bez zmiany pasa ruchu. - Przystanek tramwajowy (Grabiszyńska – Stalowa) umieszczono nie tak jak dotychczas przed skrzyżowaniem, ale po skrzyżowaniu. Projektant nie wyobraził sobie, że za dwa lata zamiast tramwaju dwu członowego jeździć będą tramwaje wieloczłonowe. Efekt to nie tylko przejścia dla pieszych, ale całe skrzyżowanie w godzinach szczytu bywa zablokowane. Wysepki tramwajowe są tak wąskie, że kobiety z wózkami muszą się przepychać, a ludzie na szczudłach stawiają wszystkich pod płotem. Projektantom i zatwierdzaczom tego projektu powinno się odebrać prawo wykonywania zawodu. Ulica ta była budowana przez Niemców. Ma więc szerokie i wolne pobocza. Była możliwość prawidłowego i nowoczesnego zaprojektowania jej. Ściany tłumiące hałas i smród jezdni budowane są poza miastem. To dobrze, że chroni się dziką zwierzynę, ale nam ludziom też coś się należy, przynajmniej w drugiej kolejności. 1. Moje propozycje Aby bronić mieszkańców przed kurzem i hałasem poprzez zieleń, proponowałbym: - aby licząc od krawężnika jezdni był żywopłot, dalej drzewa wysokie, później tor rowerowy i chodnik. Dalej zależnie od istniejącej zabudowy drzewa wysokie lub krzewy. Nie wolno sadzić drzew wysokich w bliskiej odległości domów mieszkalnych, żeby nie zasłaniały światła i ze względów bezpieczeństwa. Pochwalić władze należy za wpuszczenie na tory tramwajowe innych pojazdów. Można było ulicę Grabiszyńską zaprojektować nowocześnie. Były na to warunki. Szerokie, wolne pobocza, pieniądze z UE w ilości wystarczającej. Była szansa zrobić: - ławki, - parkingi rowerowe, - punkty wypoczynkowe (altanki). Nie tylko starzy i chorzy, ale też sprawni mieszkańcy czasami muszą lub chcą odpocząć. Dla nich proponuję coś w rodzaju altanki. Mamy dużo artystów i architektów uzdolnionych artystycznie. Można ogłosić konkurs na taki spocznik czy odpocznik. Byłoby pięknie zdrowo i nowocześnie. Może choć raz udałoby się nam wyprzedzić Europę. Dobrze by było gdyby w tej altance był kran z bieżącą wodą i stolik. Obok zieleń, a nad nim gałęzie wysokiego drzewa. Ławki przy ulicach powinny być obowiązkowe. No cóż. Teraz rządzą Polacy a ci nie mają wyobraźni i wszystko potrafią spieprzyć. Władze naczelne państwa mają mentalność średniowiecznej szlachty więc nie dziwmy się urbanistom. Oni są cofnięci tylko o 100 lat. Mam też propozycję dla zarządców osiedli mieszkaniowych. Proponuję aby w osiedlach obok placów zabaw dla dzieci zaprojektować plac zabaw dla rodziców, a zwłaszcza dziadków. Ta cześć placu powinna być wyposażona w podstawowy sprzęt siłowni i gabinetu odnowy. Podobnie jak to uczyniono w parku na Oporowie. Czas lokalizacji garaży w domach jednorodzinnych już minął. Teraz w miejsce garaży należy projektować rodzinne gabinety odnowy biologicznej, a garaż powinien być na 4 miejscu w kolejności potrzeb. 2. Czas posuwa nas. Czas coraz szybciej biegnie i posuwa nas, ale nie urbanistów. Tych musimy posuwać sami. Ja chciałbym osobiście posunąć tego urbanistę co posadowił galerię „Arkady” i wieżowiec Czarnecki- Sky Tower... Jeśli architekci i urbaniści posuwają się sami to chyba tylko do tyłu. Słuchajta architekty, urbanisty! Słuchajta kocmołuchy i zacofańce! Mówię do was w waszym języku- nieuki. Chcę posuwać każdego z osobna, ale do przodu. Planując miasto, osiedla, ulicę to przede wszystkim myślcie czy nie grozi jej powódź, bo jeżeli ich zaleje to was krew powinna zalać i burzowy piorun (szlak) powinien was trafić. Jak budujecie lub modernizujecie ulice lub cokolwiek innego to weźcie pod uwagę, że za 50 lat może zdarzyć się potrzeba unowocześnienia. Więc nie stawiajcie chałup na przyszłej ścieżce rowerowej lub na placu służącym jako skrzyżowanie lub stacja metra. Tory tramwajowe, powinny być tak projektowane jak na ulicy Powstańców Śląskich, to znaczy: wygłuszone żywopłotem i drzewami średniej wysokości. Poza pasem ulicy, tuż przy chodniku i przed budowlami, powinny być ławeczki odpoczynkowe. Proponuje też co 500 m zaprojektować, tuz przy chodniku altankę relaksową chroniącą przed deszczem i upałem. Powinna to być ozdoba ulicy i jednoczenie miejsce relaksu ludzi zmęczonych, starych i chorych. W Polsce dopiero jak ludzie zaczną padać na ulicy ze zmęczenia, upałów czy dolegliwości zdrowotnych to wtedy ktoś wpadnie na genialny pomysł ławek i mini punkcików zacienionych i przewiewnych. Inaczej mówiąc. Musi ktoś umrzeć, żeby zaczęło się coś dziać. Tylko, że wtedy trzeba będzie coś wyburzyć, bo w projekcie takich punktów nie przewidziano. Dla Polaków koszt się nie liczy. Niegospodarność to nasza cecha narodowa. Projektanci jak i decydenci powinni wiedzieć, że budowle stoją setki lat, a więc trzeba przewidzieć warunki za 100 czy 200 lat. Niemcom udaje się to doskonale, a Polacy poczynając od rządu, a kończąc na gminach z projektowaniem nie mogą sobie poradzić. Nasze budynki między budynkami niemieckimi wyglądają nędznie. Czasami myślę, że Polacy nie posiadają daru myślenia perspektywicznego. Nie potrafią nawet iść po śladach działalności niemieckiej. Jeżeli kilka ulic wrocławskich nie przekonuje urbanistów to powinni zobaczyć Szczecin. Poznanie urbanistyki niemieckiej powinno być wpisane w nauczanie studentów. Panowie architekci i urbaniści nie chowajcie się mrokach zacofania poprzednich epok. Przez was mamy spartaczone domy, ulice, dzielnice i miasta. Lubię moje miasto. Lubię Wrocław, ale czasami dostaję nerwicy kiedy porównuję niemieckie budownictwo i nasze nowoczesne. Wy wpędzacie Polaków w kompleksy. Będę powtarzał i namawiał was żebyście dokładnie zapoznali się z budowaną przez Niemców ulicą Powstańców Śląskich. 100 lat minęło, a ta ulica nie wymaga przeprojektowania i może służyć przez następne 100 lat. Powiększyć jej przepustowość można tanim kosztem bez wyburzania budynków. Wyburzenia jednak będą wymagały ale budynki postawione przez Polaków np. galeria „Arkady” przy ulicy Powstańców Śląskich. Budynek ten przerywa trasę rowerową i uniemożliwia zrobienie dodatkowego przejścia i przejazdu pod torami kolejowymi. Budynek ten postawiono w 2009 roku i już wymaga wyburzenia przynajmniej jego połowa. II. Współczesna kultura i jej obiekty. Lada dzień Wrocław będzie stolicą kultury europejskiej. Państwo i miasto wydaje sporo pieniędzy na kulturę. Za te pieniądze buduje się pałace dla potrzeb kultury. Wrocław to wielkie miasto nie rozumiem czemu całą kulturę upchnięto na pięciohektarowej działce? Na obszarze 5 ha są: - dwa a nawet trzy teatry - opera - operetka (teatr muzyczny) - filharmonia - w budowie jest olbrzymi i brzydki dom muzyki - dwa wielkie kościoły 1. Kapitol. Dla tych celów zburzono (2013r) piękny stary teatrzyk z jego nastrojową architekturą wnętrza i unikalnym klimatem. Teatr ten wykorzystywany był jako kino „Śląsk” i jako operetka. Obok był wolny plac, ale zburzono teatrzyk. W tym miejscu wybudowano i wyłożono marmurem molocha podobnego do bunkra. Ochrzczono go „Capitol”. Nie Kapitol a Capitol. Co może się kryć pod tą snobistyczną nazwą? Jeżeli sięgnąć do historii to Kapitol oznaczał wzgórze w Rzymie na którym, stała twierdza i sanktuarium. Wnioskując z powyższego, że wrocławski Capitol będzie siedzibą wojska i modlitw. Jego architektura nawiązuje właśnie do charakteru wojskowego (wygląd bunkra). Nie jestem pewien czy nazwa do końca odzwierciedla historie. Być może jest to siedziba i miejsce obrad współczesnych mędrców. Taki charakter obiektu jest w pełni uzasadniony albowiem zalewa nas morze głupoty. Nie powinniśmy głupcom oddawać władzy. Powinniśmy wyizolować grupę autentycznych ludzi, czyli nieskażonych elektroniką. To znaczy takich którym nie wszczepiono jeszcze elektroniki (chipy i biochipy) lub bardziej zaawansowane technologicznie cyborgi. Kwestia tylko jak odróżnić normalnych ludzi od skażonych elektronicznie? Tym niemniej przyznaję słuszność pomysłowi. Muszę się tam wybrać i porównać rzeczywistość z wyobraźnią. Budując ten budynek zablokowano możliwość poszerzenia dwu ulic np. o ścieżki rowerowe oraz zapory chroniące przed hałasem i spalinami. Uniemożliwiono przebudowę przystanku tramwajowego na ulicy Piłsudskiego, tak żeby tramwaje, skręcające na Krzyki miały osobny tor i wysepkę przystankową. Wszystko bardzo drogie i jeszcze bardziej głupie. Za kilka lat trzeba będzie obcinać ten budynek po obu końcach. 2. Opera i dom muzyki. Obok opery kończona jest budowa domu muzyki. To będzie deficytowy moloch trzeci. Dobrze, że nie zburzono pięknej opery. Wrocław pragnie być stolicą kultury europejskiej no i wydatki duże, ale rozumu mało. Ten dom muzyki to nie dość, że (jak dotychczas) jest brzydki to jeszcze spowodował wycięcie drzew i przerwanie szlaku spacerowego. Wrocław na kulturę wydaje się dużo pieniędzy tylko czy na pewno są to wydatki na kulturę? W pałacach wystawiany będzie kit, chłam, szmira i chałtura czyli współczesna kultura? Panu prezydentowi, jego urbanistom i architektom brak jest wyobraźni, ale to jest chyba wada narodowa. Nie potrafią sobie wyobrazić jak wyglądał będzie świat za kilka czy kilkanaście lat. Nie mogą sobie wyobrazić, że za kilkadziesiąt lat kościoły przestaną pełnić dotychczasowe funkcje. Nie wiem czy bóg zezwala na istnienie kościołów. Trzeba będzie pomyśleć o wykorzystaniu tych obiektów. Myślę, że godnym by było przemianowanie ich na domy muzyki. W tej sytuacji obecne obiekty kultury przemianowane będą na restauracje, dyskoteki, domy handlowe lub targowiska. III. Miasto "rozpusty". Opowiadano mi, że prawie sto lat temu, kiedy Wrocław był niemiecki, była w nim trasa odnowy biologicznej. Teren zielony, parkowy wzdłuż fosy. Zaczynał się na Wzgórzu Partyzantów, a kończył przy ulicy Świdnickiej. Wzgórze Partyzantów które było dostępne dla wszystkich, tam pod parasolkami grała muzyka i odbywały się tańce. Tam panienki (prostytutki) w skąpych i przezroczystych strojach namawiały do tańca i dalszej wędrówki szlakiem odnowy. Wzgórze to cieszyło się dużą popularnością wśród młodzieży. Pod wzgórzem też był lokal rozrywkowy. Wzgórze to nazywało się wzgórzem pokus. Tam zawierano znajomości i nawiązywano pierwsze kontakty. Bez dodatkowej opłaty można było brać prostytutkę na kolana i głaskać jej gołe piersi i uda. Następnie w budynku zajmowanym obecnie przez Przedsiębiorstwo Geologiczne prostytutki miały pokoje przyjęć. Delikwent przepocony lub niedomyty zapraszany był do budynku nazywanego obecnie Łaźnią Miejską. Dalej obiekt rozrywkowy zajmowany obecnie przez teatr lalek. Dalej to już dla elity hotel Monopol. Na całym szlaku ustawione były stoliki z parasolkami, altanki i zaciszne ławeczki. Na fosie pływały udekorowane gondole z muzyką i śpiewem. Przebywszy ten szlak delikwent był umyty, zrelaksowany, rozluźniony czekały go już tylko otwarte bramy kościołów. Słowem pełna odnowa biologiczna i duchowa. Grzeszników chyba była moc, bo na końcu trasy wybudowano aż dwa wielkie kościoły. Prostytutki dużo zarabiały. Miały szacunek i wszelkie prawa pracownicze. Tam pracę mogły dostać tylko atrakcyjne dziewczyny na wysokim poziomie. Mówiono mi, że ceny usług nie były wygórowane. Minęło sto lat i gdzie my jesteśmy? Mówią, że sto lat za Murzynami. Właśnie w TV podano, że w jakimś salonie odnowy stosowano seks oralny (co za wstrętna nazwa). Sprawą zajął się prokurator. Domy publiczne powinny istnieć oficjalnie z wszelkimi prawami jako np. domy higieny psychicznej, lub domy odnowy. Powinny się ładnie nazywać np. „Rajski odlot” albo „Piekiełko”. Nie tak jak dotychczas „BURDELE”. Nie pozwólmy krzywdzić kobiet. Nie powinno się im wmawiać, że prostytucja jest niemoralna i że narusza ich godność. Pozwólmy kobietom robić to do czego mają talent czy powołanie. Pozwólmy im robić to co lubią i z tego powinny się utrzymywać. Mam wrażenie, że kobietom najbardziej szkodzą kobiety (feministki). Niemcy już sto lat temu próbowali rozwiązać problem prostytucji, a u nas nawet świadomość nie jest na tym etapie. Ciekaw jestem za ile lat władze Wrocławia dostrzegą potrzebę wydzielonych kompleksów budowli do celów odnowy biologicznej zatrudniających legalnie i oficjalnie prostytutki? (..)"
komentarze: 0
Ok%c5%82ada_zo
  • Ocena: 0.0 na 5
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
" Polska, Europa, Ziemia I. Wstęp Urodziłem się w kapitalizmie, przeżyłem okupacje niemiecka, sowiecką i znowu niemiecką i znowu sowiecką. Przeżyłem też okres odbudowy Polski i budowania socjalizmu. Dożyłem też czasu obalenia socjalizmu i nawet sam przyłożyłem swój mały kamyczek do pleców zomowca po którym nogi się pod nim ugięły. Teraz jestem w okresie przemian post komunistycznych. Mam więc jakieś poglądy na historię Polski. To co było opisałem w sowich poprzednich tekstach i opublikowałem w książkach na www.czytnia.pl / Piątas. Teraz opisuję stan obecny sytuacji w Polsce. Chciałbym określić swój stosunek do czasów które przeżyłem, podzielić je na lepsze i gorsze. Niestety w pamięci mojej najlepsze czasy to czasy reżimu komunistycznego. Może dlatego, że byłem młody, wykształcony i miałem sukcesy zarówno osobiste jak i zawodowe. Doskwierał brak pieniędzy, ale jakoś dostosowałem się do tego. Po obaleniu komuny dopóki nie umocniła się władza solidarnościowa też było fajnie. Zająłem się handlem i przemytem. Nareszcie poczułem się bogaty. Przyszedł Balcerowicz i zlikwidował wszelką działalność gospodarczą Polaków. Polaków poddano szczegółowej kontroli. Były wtedy słynne afery jak Baksika i Gąsiorowskiego. Zabrali im majątek a ich samych wsadzono do więzienia. Złamania prawa im nie udowodniono ale byli Żydami. Za podobną działalność zabrali firmę p. Klusce i posadzili go. Kluska nie był Żydem i finansował świątynię w Licheniu. Szybko więc go zwolniono i wypłacono olbrzymie odszkodowanie. Proponowano mu funkcję premiera rządu, ale on się zgodził tylko być doradcą premiera. Też dobrze płatna fucha, prestiżowa i bez odpowiedzialności. Innych załatwiono w sposób mniej drastyczny. Większość sama zlikwidowała swoje firmy wiedząc, że dla Polaków jest to zabronione. Ten stan trwa nadal. Jeszcze w roku zdaje się 2010 wybuchła afera „ Amber Gold”. Facet robił konkurencją zagranicznym bankom. Mimo, że sponsorował różne zbożne cele łącznie z filmem o Wałęsie to jednak majątek mu zaplombowano. Facet nie mógł więc spłacać zobowiązań. Aresztowano go więc za wyłudzenia i oszustwa. Żonę jego zamknięto w innym więzieniu i zrobiono z niej jebadło dla personelu więziennego Każdy kto chciał mógł se ją wziąć i jebać do syta. Sprawa się rypła dopiero jak babce urósł brzuch. Dochodzenia w tej sprawie nie było i o całej sprawie przestano mówić. W roku 2015 prokurator zainteresował się panem. Kulczykiem.. Podobno tanio kupił zakład w Polsce i drogo sprzedał Francuzom. Polakom wolno tylko prowadzić małe sklepy osiedlowe i naprawiać samochody. Nie będę opisywał tu sposoby w jaki Balcerowicz pozbawił mnie pieniędzy zgromadzonych w czasie działalności gospodarczej. Pieniędzy zostało mi tyle, że mogłem za nie kupić z demobilu wyposażenie dla zakładu krawiecko- kuśnierskiego. Po umocnieniu się władzy SOLIDARNOŚCI nie znalazłem czasów lepszych, ale były same złe, gorsze i jeszcze gorsze i najgorsze. Na ostatnich uroczystościach powstania Solidarności 2015 rok zasłużona przedstawicielka Solidarności od czasów jej powstania stwierdziła, że wyjątkowy dobrobyt w Polsce widać już na pierwszy rzut oka. Wystarczy spojrzeć na miasta, ulice, drogi. Popatrzeć na dobrze ubranych ludzi, a widać niewątpliwie dobrobyt w kraju. Wydaje mi się, że tak myśli i ocenia większość polskiego społeczeństwa. To jest tylko „ na pierwszy rzut oka”. W drugim rzucie oka widać drugą stronę medalu. Widać, że to państwo jest wyjątkowo wredne. To państwo jest wręcz mordercze. Tu jest kult pieniądza. Tu dla pieniędzy zabija się ludzi. Zabija się seniorów, ludzi chorych i wszystkich ludzi nie produktywnych którzy nie dają zysku. ZWYRODNIALCY My i nasi rodzice umęczeni, udręczeni wygłodniali i wychudzeni wojną odbudowaliśmy Polskę z gruzów. Nie korzystaliśmy z pomocy Zachodniej (planu Marshalla). Naszym hasłem było: „Odbudowujemy kraj i budujemy Polskę dla naszych dzieci. Dla naszych wnuków. Żeby im się lepiej żyło”. My i nasi rodzice pracowaliśmy dla waszego dobra. Dla waszego szczęścia, a wy wyrzuciliście nas na śmietnik. Wy nas zabijacie dla pieniędzy. Bądźcie przeklęci ZWYRODNIALCE. Przeklinam was!!! Niech was piekło pochłonie!!! Tu rządzą Złote Cielce, a zwłaszcza Świecki Złoty Cielec. Zapomniano całkowicie o Boskich Prawach Natury. Nawet wystąpień Papieża Franciszka nie nagłaśnia się. Naród wyczuwa, że coś jest nie tak, ale nie wie jeszcze, w czym rzecz. Ja pisząc niniejszy tekst usiłuję to wyjaśnić. Wyjaśnić, w czym jest zło. 1. Gdzie jesteśmy My obalając komunę wpadliśmy do ustroju, którego nazwy nie znam. Polska wtedy była w głębokim kryzysie. Ludzie cierpieli biedę. Pierwszym premierem wolnej całkowicie Polski był Mazowiecki. Przyjął „ grubą kreskę”, czyli zapomnienie wszelkiego zła, jakie wyrządzili komuniści z wyjątkiem przestępstw kryminalnych. Parlament był kontraktowy to znaczy, że część posłów pochodziła z wyborów a część była mianowana przez komunistów. Posłowie pracowali dobrze i zgodnie. To był jeden z najlepszych polskich sejmów. Prezydentem był gen. Jaruzelski. To był bardzo dobry zestaw wyjściowy do rządzenia krajem. W urzędach i władzach dużo było jeszcze komunistów. Mogliśmy, więc mieć duży rozwój gospodarczy i wzrost dobrobytu podobnie jak w krajach gdzie w dalszym ciągu wpływy mieli komuniści Np. Chiny, Rosja, Niemcy. My poprzez Balcerowicza zaraz po obaleniu komuny przeszliśmy pod władzę Świeckiego Złotego Cielca. To jest chyba coś innego niż kapitalizm. Może to tak wygląda współczesny imperializm? II. ONI – oligarchowie, złote cielce 1. Powstanie złotych cielców. Już od zamierzchłych czasów w naturze ludzkiej ujawniają się dwie wielkie potrzeby to jest potrzeba boga i potrzeba gromadzenia dóbr materialnych ponad potrzeby naturalne. W miarę rozwoju intelektualnego wybijające się jednostki łączyły się w grupy wyznaniowe poszukujące boga. Starające się poznać prawa jego i swoje postępowanie dostosować do jego praw. To były zaczątki religii. Religii, jako źródła wiedzy o Bogu. Z czasem potrzeby dóbr materialnych zaznaczały się coraz ostrzej. Jednostki wyróżniające się zaczęły pracować nad połączeniem obu pragnień. To znaczy jednocześnie boga i dóbr natury. W wyniku tych poczynań opracowano religie i prawa boskie tak, aby stały się one pomocne w bogacenia się. Czyli powstała nowa religia łącząca boga i mamonę. Powstała nowa wiara, którą za czasów Mojżesza nazwano Złotym Cielcem. To jest nowa religia. Tu już mniej chodzi o boga, tu chodzi o wykorzystanie jego i jego praw do robienia pieniędzy. Wiele pokoleń nad tym pracowało i w końcu powstała biblia. 2. Złoty Cielec Kościelny Zaczęło się od Ewy, która już w Raju narozrabiała z Szatanem i Adamem. Szatan za karę zesłany został na Ziemię. Bóg wykorzystał to, że Szatan zbezcześcił dziewicę Ewę i wciągnął ją do otchłani perwersji. Zesłał więc Szatana na Ziemię mówiąc aby tam pokazał swoje możliwości nie łamiąc prawa bożego. W ten sposób oddzielił też Szatana od Ewy. Bóg od dawna miał kłopoty z Ziemią. Pierwsza Ziemia była ogromna a warunki życia na niej były doskonałe. Należało ją tylko zagospodarować. Sprowadził więc bóg z innej galaktyki po jednej parze swoich stworzeń i kazał im zagospodarowywać teren przez rozmnażanie. Wzmocnił więc u nich popęd seksualny. Bóg chciał też zwiększyć i urozmaicić swoje stworzenia. Zezwolił więc na powstanie krzyżówek. Zezwolił na kopulację międzygatunkową. W mitologii greckiej spotykamy wiele stworzeń powstałych w wyniku takiej krzyżówki Np. Minotaur (człowiek z głową byka), Centaur (półczłowiek pół koń) itp. Ziemia szybko była zagospodarowywana, ale nie w sposób przewidziany przez boga. Na Ziemi było wielkie tarło i nieustająca pogoń za kopulacją. Powstałe w ten sposób płody czasami były zdrowe i piękne, czasami dziwne, ale większość nie nadawała się do samodzielnego życia i była pożerana przez drapieżniki. Zabiegi boga o poprawę sytuacji Np. potop nie odnosiły skutków. Użył więc bóg mocniejszych argumentu. Spowodował trzęsienie Ziemi później pożar. Następnie zalał to wszystko wodą i zamroził. Bardziej prawdopodobne wydaje mi się, że spowodował zderzenie Ziemi z innym ciałem kosmicznym. Pierwsza Ziemia przestała istnieć. Po długim czasie , prawdopodobnie w wynik innej katastrofy kosmicznej część pierwszej wielkiej ziemi wynurzyła się z wody i to jest nasza współczesna Ziemia. Pozostała część dawnej ziemi stanowi dno morza. Pamiątką po dawnej wielkiej ziemi są podziemne jeziora tłuszczu zwierząt i roślin (ropa naftowa). Pamiątką po niej są też złoża węgla kamiennego i minerały Np. wapienie (z kości). Tą cząstkę dawnej Ziemi bóg ponownie próbował zagospodarować ale efekt był podobny do poprzednich. Jeden z aniołów imieniem Szatan nieustannie krytykował boga za jego błędy w gospodarowaniu Ziemią. Teraz kiedy jeden z aniołów doniósł bogu, że Szatan w bestialski sposób zbezcześcił Ewę dziewice. Wciągnął ja w bagno lubieżności i perwersji. Bóg zdenerwował się i strącił go na Ziemię mówiąc mu aby tam praktycznie pokazał co potrafi nie naruszając praw bożych. Szatan stracił więc rajski luksus i Ewę. Okazało się, że wśród aniołów też są donosiciele. Szatan w przyśpieszonym tempie musiał się nauczyć obrony przed chłodem, głodem, deszczem, drapieżnikami i owadami. Przejął władzę i rozpoczął reformy. Zaczął od wprowadzenia prawa a więc nakazów i zakazów. Poprzez karę chłosty wymusił stosowanie prawa. Pod władzą Szatana i przy reformach jego z poszanowaniem praw boskich na Ziemi narastał porządek i wszystkim żyło się coraz lepiej. Stopniowo warunki życia na Ziemi zbliżały się do rajskich. Przypominam tu, że Ewa po usunięciu z Raju Szatana nie uspokoiła się i dalej nurzała się w rozpuście z Adamem. Za jej namową Adam zerwał owoc z zakazanego drzewa mądrości i zjadł go. Uzyskał w ten sposób mądrość. Moje obserwację wskazują, że owocem tym nie podzielił się z Ewą. Spryciarz. Wnerwiony bóg za karę ożenił Adama z Ewą i razem zesłał ich na Ziemię aby tam pracując w pocie czoła odpokutowali za swoje grzechy. Powiedział im, że tam mogą się seksować jawnie i do syta. W wyniku tego mają rodzić się dzieci. Dużo dzieci. Ewa okazała się bardzo pracowita i płodna. Adam był zajęty utrzymaniem rodziny i nie zawsze miał czas i siłę zaspokojenia potrzeb Ewy. Ziemia dla istot pochodzenia rajskiego była katorgą. Upał albo mróz, susza albo ulewa. Dokuczliwe owady i drapieżne zwierzęta. Trzeba się napracować, żeby coś zjeść. W takich warunkach musieli sobie poradzić zesłańcy boga. Adam musiał więc tolerować zmienników. W nagrodę dla Ewy bóg podobno przedłużył jej życie, młodość i piękno do trzeciego pokolenia. W tej sytuacji trudno było ustrzec się kazirodztwa. W ten sposób powstały całe gromady kobiet z genami Ewy. Były więc prawie równo piękne jak Ewa i równie rozpustne. Po reformach przeprowadzonych przez Szatana, życie na Ziemi zaczęło się stabilizować, porządkować i rozwijać prawidłowo. Zaczął się wielki postęp zwłaszcza materialny. Grupy poszukujące boga, a zwłaszcza ich przewodnicy - kapłani zapragnęli bogactw ponad potrzeby. Zaczęli główkować jak połączyć pragnienie poznania boga z pragnieniem bogacenia się. Powstała potrzeba opracowania biblii. Teraz pieniądze interesowały ich bardziej niż religia. Zaczęli szybko bogacić się. W sumie nagromadzono bardzo dużo bogactw i zaczął postawać złoty Cielec. Bóg przestał być tak bardzo ważny i jego przedstawiciel Szatan też. Tamtejsi oligarchowie - kapłani teraz zapragnęli władzy. Skoro bogactwo już mieli więc zapragnęli władzy. Tu na przeszkodzie stał Szatan. On z woli boga rządził na Ziemi. Kapłani posiadali dużą wiedzę z różnych dziedzin. Wiedzieli, że w człowieku są dwa ośrodki władzy tj. rozum i serce. Szatan reprezentuje rozum a w sprawach sercowych jest cienki. To była słaba strona Szatana, którą wykorzystali kapłani. W oparciu o serce (a nie rozum) podburzyli ludzi i pogonili Szatana. Bogu nie podobało się to i przysłał Jezusa aby odkupił Ziemię. Kapłani nie zgodzili się na oddanie władzy za żadną cenę. Zażądali nawet żeby to Jezus im się pokłonił. W tej sytuacji Jezus postanowił podburzyć lud i odsunąć kapłanów od władzy siłą. Chodził Jezus od wioski do wioski. Od miasteczka do miasteczka i głosił prawdę o bogu. Od wioseczki do wioseczki szedł sobie Jezus koło rzeczki. Tak napotkał piękną Kasię co we wodę patrzyła się. Kasia łatwo dała się nawrócić Jezusowi i towarzyszyła mu w dzień i w nocy. Z czasem za Jezusem szło coraz więcej ludzi – uczniów jego. Szli aby wysłuchać nauk Jezusa - proroka i uzdrowiciela. Inni szli aby do syta napatrzeć się na piękną Kasię. Na postojach tworzyły się wiece. Lud uznał, że Jezus jest synem bożym. Teraz Jezus stał się potęgą. Kapłani poczuli się zagrożeni. Donieśli więc rzymianom, że Jezus ogłosił się królem przez co nawołuje lud do powstania przeciw Rzymowi. Przesłuchując Jezusa Rzymianie nie zauważyli w nim buntownika. Kapłani nalegali i w końcu Rzymianie skazali Jezusa na ukrzyżowanie a Piłat umył od tego ręce. Teraz na Ziemi rządzą kapłani usadowieni na Złotym Cielcu. Przez wieki gromadzili dobra i teraz są finansową potęgą. Szatan na Ziemi sponiewierany i upokorzony wrócił skąd przybył. Ewa z Adamem choć niezbyt lubiani przez kapłanów zostali. Wraz z Ewą na Ziemię przedostało się niebiańskie piękno i osobowość Ewy. Na Ziemię przeniesiony został również rozwiązły tryb życia Ewy. Tutejsze kobiety chętnie przyjęły to i upodabniały się do Ewy. Wypiękniały i stały się rozpustne. Faceci są mądrzejsi a mimo to stali się niewolnikami kobiet. Ewa na Ziemi wykazała się też wyjątkowo dużą płodnością. Córy Ewy miały też boską urodę. Cechy Ewy przechodziły z pokolenia na pokolenie i czyniły Ziemię krainą piękną oraz radosną. Kobiety przyciągają, wabią, kuszą, uwodzą i wysysają mężczyzn. Są w tym niezmordowane i niepokonane. W dzień wabią, kuszą i przyciągają, a w nocy ssą i czyni z nas bezwolnych, uległych i posłusznych sług, a nawet stajemy się niewolnikami. Cielec kościelny chciał usunąć to zło przyniesione przez nią na Ziemię. Zaczęło się prześladowanie kobiet i polowania na czarownice. Niestety cechy Ewy zostały już rozprzestrzenione drogą genetyczną. Na Ziemi była już masa pięknych i rozpustnych kobiet. Kapłani sami zaczęli korzystać z ich wdzięków. Dalej urządzali polowania na te kobiety, ale już nie zabijali je tylko zamykali w burdelach i czerpali duże zyski ze sprzedaży biletów do nich. Sami mieli wstęp bezpłatny. Kobiety są jednak dalej pogardzane przez kapłanów. Uważane są za źródło wszelkiego zła szatańskiego pochodzenia. Do tej pory nie są dopuszczone do godności religijnych. Cielec kościelny istnieje już od setek lat. Przez ten czas znacznie się wzbogacił i przejął władzę bezpośrednią nad ludem. W końcu uznał, że korzystniej jest kierować narodami i państwami„ z tylnego siedzenia”. My nauczyliśmy się z nim żyć. On sam już się nieco ucywilizował Np. zwalcza seks przedślubny, ale nie sadza za to do więzienia. My też traktujmy go z pewną wyrozumiałością. Może być on dla nas sojusznikiem w walce ze Złotym Cielcem Świeckim. Niestety jest wielka przeszkoda. Nie wiem czy to obłęd bogacenia się czy może kara boska spowodowała, że w mózgach mają zakodowane maksymalny przyrost naturalny ludności. Dla nich życie ludzkie jest świętością i to już od poczęcia. Gdyby miał się urodzić potworek to też byłby on świętością. O szkodliwości tego napiszę później. Biblia jest więc podstawą teoretyczną, filozofią i statutem biznesu, czyli Kościelnego Złotego Cielca. Spółczesne religie oparte są na Złotym Cielcu (na biblii) i z bogiem mają tyle wspólnego, że służy im on do robienia interesów. Jako człowiek religijny (niegdyś) przypominam innym współwyznawcom, że Mojżesz osobiście rozbił Złotego Cielca, a jego wyznawców kazał zabić. Coś w tym jest. Rozejrzyjcie się wokół, a zobaczycie zbliżającą się zagładę złotego cielca a wraz z nim zagładę jego wyznawców. 3. Złoty Cielec Świecki: wyjaśnienia Muszę tu wyjaśnić słowo ONI, ONYCH i ZŁOTY CIELEC Wyjaśniam więc: Teraz wkroczyliśmy w XXI wiek jesteśmy jednym ze składników Unii Europejskiej. Wszystko się zmieniło i nie bardzo wiem co będzie dalej. Nie wiem nawet w jakim ustroju żyjemy. Dotychczasowe ustroje miały swoje nazwy. Myślałem, że po obaleniu komuny będzie kapitalizm, ale to co teraz jest różni się od kapitalizmu tym, że teraz właściciel dóbr jest anonimowy. Występuje najczęściej pod nazwą spółki kapitałowej czy akcyjnej. Do takiej spółka może należeć kilka, kilkadziesiąt lub kilkaset nazwisk mieszkańców różnych kontynentów. To są faktyczni właściciele przemysłu, handlu, banków, kopalin niezależnie gdzie te bogactwa się znajdują. Pracownicy fabryki nie mogą więc właścicielowi nakopać do zadka, bo w fabryce jest tylko zarządca. Ponieważ obrotem akcjami zajmują się głównie ludzie bogaci więc ja nazywam ich oligarchami albo ONYMI Ponieważ Cielec Kościelny i Świecki mają takie same cele więc ogólnie nazwijmy ich ONYMI. Cielec Kościelny + Cielec Świecki = ONI Odmiana gramatyczna: ON, ONEGO, O ONYM ONI, ONYCH, O ONYCH. Do ONYCH zaliczeni są też pojedynczy Oligarchowie. Swoje bogactwa gromadzą Np. w banku światowym, czy międzynarodowym funduszu walutowym. Suma tych skupisk pieniędzy tworzy złotego cielca. Cielec ten posiada więc niewyobrażalną ilość pieniędzy. To są złote góry. Pieniądze te pochodzą od oligarchów świeckich więc cielca tego nazwijmy Świeckim Złotym Cielcem. Cielcem tym zarządzają wyjątkowo mądre i obdarzone bardzo dużą wyobraźnią osobniki. Oni zorganizowali i krok po kroku realizują biznes który zaistnieje za ponad sto lat. Oni już teraz wiedzą co będzie opłacalne jak bardzo opłacalne za 100 lat. Ja się zastanawiam czy to są normalni ludzie, czy też naszpikowani elektroniką ( chipy, biochipy ) osobniki. Być może są to już cyborgi lub obcy z innej galaktyki. Osobniki dysponując taką ilością pieniędzy sięgają po władzę nad ludnością świata w celu zniszczenia jej. Ten nowy system polityczno - gospodarczo- społeczny ja bym nazwał rządami cielców. Złoty Cielec Świecki powstał dopiero w XX wieku. Wielu jeszcze pamięta czasy przedwojenne kiedy fabryki, sklepu i inne firmy miały swoich właścicieli - kapitalistów Ich nazwiska były powszechnie znane. Często były marką firmy. Ich adresy nie były tajne. Jeżeli robotnicy mieli jakąś sprawę to wiedzieli z kim rozmawiać. Ten ustrój nazywał się kapitalizmem. Obecnie ustalenie nazwiska właściciela jest nie możliwe. Wiadomo tylko, że to są najbogatsi ludzie - to są oligarchowie, że to są organizacje grupujące oligarchów. Może tu być Bank Światowy, Międzynarodowy Fundusz Walutowy itp. Obecny ustrój jest jakaś wyższą formą kapitalizmu, ale nie wiem jak ją nazwać. Ja proponuję nazwać go „Rządy Cielców”. Kapitalizm jest ustrojem pozwalającym bogacić się ludziom. Jest tu duże zróżnicowanie. Ci najbogatsi chcą być jeszcze bardziej bogaci i jeszcze bardziej bogatsi. Tu ma pełne zastosowanie powiedzenie, że „apetyt rośnie w miarę jedzenia”. Mało jest ludzi zdolnych powiedzieć: „Jestem bogaty. Mam dużo pieniędzy. Resztę życia przeznaczę na wydawaniu ich”. Oligarchowie są nienasyceni. Obmyślają coraz lepsze i coraz skuteczniejsze sposoby bogacenia się. Uznali oni, Np. że nie jest ekonomicznie uzasadnione podbój jakiegoś kraju i ściąganie z niego podatków i danin. Jest z tym dużo problemów. Ludzie nie lubią okupantów i stąd wynikają bunty, strajki, zamieszki a koszty administrowania tym krajem są zbyt duże. Wymyślili więc globalizację. Nie ma tych problemów a pieniędzy daje jeszcze więcej. Tęgie głowy. Złoty Cielec Świecki nagromadził już niesamowitą ilość pieniędzy więc i jego apetyt, jego chęć bogacenia się wzrosła niesamowicie. Przy pomocy pieniędzy ONI opanowali publikatory, politykę i gospodarkę.(...)"
komentarze: 0
Ja_2-_praca_i_%c5%bcycie_prywatne
  • Ocena: 0.0 na 5
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
" Praca we Wrocławiu Z Olsztyna do Wrocławia zostałem przeniesiony służbowo na podstawie przepisów dotyczących wybitnych fachowców niezbędnych na danym terenie. Byłem zaskoczony tym, że jestem aż tak wybitnym fachowcem. Otrzymałem tez wyjątkowo dobre warunki jak na tamte czasy to jest w ciągu roku mieszkanie za darmo a dokładnie prawo zamieszkania i zameldowania w mieszkaniu spółdzielni. Inni na takie mieszkanie musieli czekać kilka lub kilkanaście lat. W ciągu miesiąca otrzymałem też telefon. Dla zwykłego człowieka telefon był nieosiągalny. Nie dano mi zbyt dużo czasu na zapoznanie się z nowymi okolicznościami, bo w dużej eksportowej serowni obniżyła się jakość serów i eksport zatrzymał się. Nie znano przyczyn wystąpienia wad, przez to były one trudne do usunięcia. Skierowano tam na tydzień największego fachowca zjednoczenia i mnie, żeby tą produkcję uruchomić. Byliśmy i nic. Ja w zasadzie jako nowicjusz chodziłem za plecami i obserwowałem, co czyni ten fachowiec. Ponieważ efektu pozytywnego naszego wyjazdu nie było, więc dyrektor zjednoczenia skierował mnie tam samego jeszcze na dwa tygodnie. To mnie zaniepokoiło. Poprzednio ja byłem dodatkiem, a teraz jestem sam. Jeżeli ja nie usunę tych wad to koniec z moją fachowością. Ja też nie wiedziałem dlaczego te wady występują. Teraz jako wybitny fachowiec będę pośmiewiskiem. Dostałem stracha. Zacząłem więc rozmawiać z robotnikami. Chodziłem od pracownika do pracownika rozmawiałem, pytałem, czemu te wady występują, co by zrobili w tej sprawie i notowałem. Byłem zdziwiony informacjami. Ci prości ludzie, robotnicy, czasami mają wspaniałe pomysły. Wyłowiłem te najlepsze, opracowałem plan i przedstawiłem go dyrektorowi zakładu. Dyrektor, też technolog z branży, ocenił to entuzjastycznie. Dziwił się że sam na to nie wpadł, a przecież to takie oczywiste. Zadzwonił do dyrektora zjednoczenia. Coś mu tam nagadał i w efekcie jeszcze dwa tygodnie musiałem siedzieć w małym miasteczku i realizować proponowane zmiany. Razem z dyrektorem tego zakładu przestawialiśmy nawet niektóre ściany działowe w budynkach. Cały proces technologiczny został znacznie zmieniony. Wady zostały usunięte. Teraz ja byłem tym głównym specjalistą w zjednoczeniu. Sytuacja moja w zakładzie umocniła się i ustabilizowała. W teren jeździłem tylko rozwiązywać tylko trudniejsze problemy. Zacząłem poznawać miasto. Miasto pełne roześmianych, pięknych dziewczyn. Ich spojrzenia są gorące, a ja boję się zbliżyć żeby się nie sparzyć. Miałem już jakieś doświadczenia z kobietami. Polowanie po małżeńskie Ożeniłem się poraz pierwszy zaraz po dyplomie. Małżeństwo nie było udane i do Wrocławia przeniosłem się sam. Tu dopiero zaczęły się ballady i romanse. Nie znałem miasta. Nie miałem znajomych. Musiałem intensywnie wykorzystywać też czas prywatny aby zagnieździć się w tym środowisku. Z pracy szedłem do restauracji na obiad i do kawiarni. Wszędzie pełno ładnych dziewczyn, a ja jestem wolny i wyposzczony. Uwolniony ze smyczy małżeńskiej, dobrze odżywiony i wypoczęty czułem się jak prehistoryczny młodzian, który w skórę odziany, z chujem jak wieża. I z tym chujem jak z maczugą gotów polować na zwierza lub wabić nim samice. Wiosną ulice Wrocławia wypełnione są pięknymi dziewczynami. W dodatku te mini spódniczki, te duże dekolty…. Czułem się jak wygłodniały samiec - jeleń w stadzie ogarniętych rują łań, ale niedostępnych. Pożerałem wzrokiem co smaczniejsze kęski, którymi miasto było wypełnione. Dziewczyny gorące. Jak to się do nich zbliżyć żeby się nie sparzyć? Natura nie obdarzyła mnie atrakcyjną urodą więc jako brzydal miałem spore trudności. Miałem jednak dyplom inżyniera. Takich dyplomów wtedy nie dawano półgłówkom. Muszę więc to wykorzystać. W czasach dojrzałej młodości nie znałem pojęcia „socjotechnika” i nie wiedziałem, jaka siła za tym się kryje. Korzystałem z boskiego daru logicznego rozumowania i zdolności wypowiadania okrągłych zdań. To jest ważne. To jest niemal decydujące. W tamtych czasach mówiło się, że „ma doby bajer”. Przy moim niezbyt ciekawym wyglądzie najtrudniejszy był pierwszy krok. Jeżeli udało mi się nakłonić dziewczynę na chwilę rozmowy np. w kawiarni to znaczy, jeżeli dziewczyna znalazła się w zasięgu rażenia mojej socjotechniki, to już w ją zasadzie miałem. Poznałem już swoim sposobem dość fajną Magdę. Był maj. Odprowadzając ją usiedliśmy na ławce. Lekkie przytulanie, całowanie w policzek i rozmowa. Ona wstała pierwsza i stojąc przede mną miała swój ładny, goły brzuszek prosto mojego nosa. Odruchowo zacząłem go obcałowywać. Wracając z randki plułem z obrzydzenia. Nie mogłem pojąc jak mogłem całować dziewczynę poniżej piersi? Jak mogłem się tak poniżyć? Po kilku takich romantycznych spotkaniach Magda straciła ochotę na spotkania ze mną. Było jeszcze kilka, a może kilkanaście poznanych dziewczyn, ale skutek w większości podobny. Ten młodzian w skórę odziany w sytuacji sam na sam z dziewczyną okazał się nawet nie jeleniem, ale romantycznym zajączkiem, w dodatku dość prymitywnym. Głód i wszechobecne pokusy wymusiły na mnie szybkie uczenie się. Łucja Znowu udało mi się poderwać dziewczynę wysokiej klasy. Z wyglądu może nie była taka wystrzałowa, ale jej poziom intelektualny imponował mi. Skończyła właśnie Akademię Muzyczną i przygotowywała się do konkursu na solistkę operową w Katowicach. Miałem wobec niej kompleksy, ale widocznie podobałem się jej, bo była miła i chętnie umawiała się ze mną. Czułem, że mam u niej szansę tylko muszę popracować nad swoim poziomem. Zacząłem od muzyki. Wpadła mi w ręce książeczka Waldorffa zdaje się pod tytułem „Wiolinem i basem” i dalej pochłaniałem wszystko, co mi wpadło w ręce. Zainteresowałem się też literaturą, malarstwem, rzeźbą itp. Dużo czasu zabierało mi czytanie książek. Sprawy operowe to miałem w małym paluszku. Potrafiłem przekonywająco bronić solistki Tebaldi przeciwko Callas i tak spotkania upływały nam na interesującej i kompetentnej dyskusji na wysokim poziomie, a czas leciał. Nie pamiętam jak doszło do przerwy w spotkaniach. Pamiętam spotkanie, kiedy już była mężatką. Bardziej pamiętam spotkanie kiedy się rozwiodła. Wtedy znaleźliśmy się w łóżku, ale o tym kiedy indziej Naczelnik Wracajmy do pracy. Zaaklimatyzowałem się. Już było fajnie, ale moi zwierzchnicy dalej niepokoili się o swoje stołki. Kombinowali więc, jak się mnie pozbyć. W zakładzie był wydział inwestycji i remontów. To była zakała zakładu. Wciąż nie spełniał oczekiwań. Naczelnik tego wydziału po roku pracy albo zwalniał się sam, albo go zwalniano. Moi przeciwnicy wykombinowali więc, że tam mnie wsadzą. Przy moim braku wiedzy z zakresu politechniki wykończę się szybko i będą mieli spokój. Jakoś udało im się przekonać do tego dyrektora i otrzymałem propozycję awansu na Naczelnika Wydziału Inwestycji i Remontów. Wydział ten był bardzo trudny i zabagniony. Poza tym był niebezpieczny, bo podatny na korupcję. Tu sprawdzane były rachunki firm budowlanych i remontowych z całego województwa. Tu podpisywane były faktury i wypłaty dla wykonawców. To były duże pieniądze. Bałem się. Moi „przyjaciele”, kierownicy innych wydziałów, „przyjacielsko” radzili i namawiali. Kiedy wyraziłem zgodę dyrektor przeniósł mnie do tego wydziału w charakterze instruktora inwestycji. Miałem więc możliwość poznać pracę tego wydziału. Dotychczasowy naczelnik otrzymał wypowiedzenie. Teraz na „dywanik” do dyrektora chodziliśmy obaj. Dyrektor naczelny, postrach załogi, bardzo go beształ za różne zaniedbania. Mój szef, naczelnik stateczny, masywny, doświadczony inżynier i dobry fachowiec, strasznie się pocił. Wycierał chustką całą twarz i łysinę. Gubił się, jąkał. Było mi go szkoda. Próbowałem za niego coś wyjaśnić, ale dyrektor słuchał tylko jego. To był dobry fachowiec i wiedziałem, że nigdy mu nie dorównam. Poza tym był solidny i pracowity. Był jednak zagubiony, strachliwy i dał się zdominować. Miał dużą teczkę, którą wypełniał papierami idąc do domu. Obserwując go wywnioskowałem, że solidna, ciężka praca się nie opłaca. Jeszcze teraz jeżeli słyszę, że jakiś szef czy poseł jest pracowity to zaraz bym go degradował z zarządzania do wykonawstwa. Ataki dyrektora na naczelnika i cały wydział nie przestraszyły mnie. Widziałem, że dyrektor nie ma racji, a szef jest dobry, tyko jakiś strachliwy. Swoją drogą to dyrektora wszyscy się bali. Każdy pracownik wzywany do dyrektora był bardzo przestraszony. Ja się go nie bałem. Może dla tego, że dla mnie był miły i jeszcze nie byłem wzywany do gabinetu. Kiedy pierwszy raz stanąłem przed jego obliczem i coś tam referowałem, dyrektor po wysłuchaniu kilku zdań zaczął przeglądać korespondencję. Przerwałem więc w pół zdania. Dyrektor spojrzał na mnie i kazał mówić dalej. Sam wrócił do swoich czynności. Ja znowu przerwałem w połowie zdania. Dyrektor podniósł okulary, popatrzył na mnie już mówiącego, odłożył pióro, poprawił się na krześle i zaczął słuchać. Słuchał uważnie i wtrącał swoje uwagi, oraz zadawał sensowne pytania. Rozmowa była rzeczowa i uprzejma. Tak dalece byłem pochłonięty tematem, że nie pomyślałem, że dyrektor wszystkich opiernicza, a mojego byłego szefa w szczególności. Teraz ze mną rozmawia, dyskutuje, a nie beszta. W końcu trafiam na minę. Zdania nasze różnią się. Nie możemy przekonać jeden drugiego. Nie wytrzymuję i wypalam, że jeśli ktoś nie zna czegoś dokładnie, to powinien posłuchać fachowca. Chyba po raz pierwszy dyrektor w swoim gabinecie powiedział słowo „przepraszam”. Dopiero po wyjściu z gabinetu przestraszyłem się swojego zachowania. Pomyślałem czy aby nie wywali zarozumiałego i aroganckiego smarkacza. Szybko się uspokoiłem, bo rozmowa miała dalszy ciąg uprzejmy i rzeczowy. Odczułem coś jakby wspólnotę myśli. Jakbyśmy pracowali na tych samych falach. Chyba to był zaczątek przyjaźni. Teraz pisząc to jestem zdumiony swoim zachowaniem, zwłaszcza, że nie było ono przemyślane. Chyba sam niezbyt to rozumiałem. To było tak jakby ktoś kierował mną. Wierzący widziałby tu boga, ale ja uważam, że to intuicja i inteligencja. Dziwi mnie to, że nie chciałem mówić do dyrektora, który słuchając jednocześnie przeglądał pisma. Wtedy chyba nie wiedziałem nawet o istnieniu podzielności uwagi. Teraz dopiero wiem, że jeżeli ktoś słucha połową uwagi to rozumie z tego też tylko połowę. Teraz już świadomie nie rozmawiam z kimś, kto słucha mnie połowicznie. Tych co twierdzą inaczej pytam, czy można nauczyć się trudnej lekcji i zrozumieć ją połową uwagi. Trochę inaczej jest tu z kobietami. Kobieta np. gotując musi jednocześnie kontrolować biegającego malucha. Tak jest od wieków i u nich podzielność uwagi weszła w geny. Sukcesy rosły i zaczęły się szaleństwa. Nie mogę tylko zrozumieć, jak ja to wszystko zmieściłem w czasie. Uważam, że pomogła mi w tym dobra organizacja pracy, czyli inaczej mówiąc, zwalenie całej roboty na podległy personel (spychologia) i kontrola wykonania. Wtedy pomyślałem, że kierownik nie jest do pracy. Kierownik jest do kierowania, a do pracy są ludzie. To była bardzo mądra zasada. Późniejsze obserwacje potwierdzały słuszność tego rozumowania. Myślę, że to jest zasadniczy element sztuki rządzenia. To, jak na to wpadłem, jeszcze mnie zadziwia. Może to przez obserwację swojego pracowitego poprzednika. Głównie to chyba przez te dziewczyny, które nie pozwalały mi pracować w nadgodzinach. Miałbym im do zawdzięczenia to, że w dużej mierze dzięki nim nauczyłem się sztuki rządzenia. Od tamtych czasów minęło wiele lat, a jakoś nie mogłem się spotkać z tym, aby mówiono lub pisano o sztuce rządzenia. Może po prostu za mało słyszałem i czytałem. Mam nadzieję, że na uczelniach mówią o tym. Są przecież obsadzane stanowiska w firmach, urzędach, władzach terenowych i państwowych. Kandydatom stawiane są różne wymagania, ale nie mówi się o mądrości, o umiejętności rządzenia. Czasami tylko wspomina się o dorobku. Najczęściej do władzy dochodzą ludzie znani z tego, że są znani – czyli celebryci. Chciałbym posłuchać dyskusji przy obsadzaniu stanowiska dyrektora fabryki komputerów, jeśli do tego stanowiska kandyduje elektronik, informatyk i filozof. Wychodząc z założenia, że filozofia jest nauką mądrości, ja popierałbym filozofa. Nie jestem pewien czy postąpiłbym słusznie. Jadąc autobusem do Wiednia siedziałem obok adiunkta filozofii. Nasza rozmowa była emocjonująca i obaj z trudem opanowywaliśmy nerwy. Z dyskusji tej zapamiętałem, że adiunkt twierdził, że jeżeli coś nie zostało potwierdzone przez różne ośrodki naukowe, to tego nie ma. Zapytałem go wtedy czy ten wielki dąb rosnący w polu i widoczny przez szybę autobusu znajduje swoje potwierdzenie w jakichś księgach? Myślę, że kierunek wykształcenia jest ważny, ale najważniejszy jest rozum. Opracowano miernik inteligencji, ale miernika mądrości jakoś brak. Człowieka powinno się oceniać na podstawie poziomu intelektualnego. Taki miernik byłby bardzo potrzebny. To byłaby podstawa do obsady stanowisk kierowniczych. Jestem przekonany, że połowa naszych władców kraju przez takie sito by nie przeszła. Bóg Jako Naczelnik Wydziału Inwestycji i Remontów organizowałem budowy i remonty zakładów mleczarskich na całym Dolnym Śląsku. Rozliczałem też wykonawców robót. To rozliczanie było bardzo niebezpieczne. Chodziło tu o duże pieniądze. Wykonawcy chodzili za mną z przednimi alkoholami i kopertami wypchanymi pieniędzmi. Byłem młodym i naiwnym idealistą. Nie myślałem o własnych korzyściach, ale o dobrze wykonanej pracy. Łapowników traktowałem niezbyt grzecznie. Ci co w obawie o swoje stołki kierowali sprawy tak, abym się wykończył, rozczarowali się. Zamiast upadku wzmocniłem jeszcze swój autorytet. Było to pierwsze poważne stanowisko kierownicze. Osiągnąłem je bez starań własnych i to tylko po roku pracy w tej instytucji. Tak jakoś dziwnie się składało, że nawet w marzeniach nie pragnąłem wyższego wykształcenia, a otrzymałem je. Matura to był szczyt marzeń. Dziwnym trafem skończyłem studia. Teraz znowu podobnie. Nie marzyłem o stanowisku kierowniczym. Nie starałem się o to i zostałem naczelnikiem ważnego wydziału w wielkiej firmie. I jak tu nie wierzyć w boga. Wyraźnie widać, że to ktoś (bóg) kieruje moim życiem. W innym wypadku musiałbym uznać, że to ja byłem tak mądry i inteligentny. Że byłem tak przebojowy. Tak nie było, bo po każdej poważnej scenie (wydarzeniu) byłem zaskoczony swoim zachowaniem. Z drugiej strony, to ja w boga nie wierzę. Nie wierzę w boga chrześcijańskiego. Wierzę w boga swojego i on chyba mnie lubi, bo dobrze mną kieruje i czyni mnie szczęśliwym. Gdybym wierzył w boga chrześcijańskiego i co gorsza gdyby ten bóg mnie polubił, to miałbym życie ciężkie i nieszczęśliwe. Księża nie ukrywają tego, że kogo bóg polubi – tego doświadcza. Praktyka potwierdza to, że pobożni katolicy są cierpiętnikami. Żydzi naród wybrany jest prześladowany na całym świecie. Ziemia wybrana przez boga, Ziemia Święta jest przesiąknięta krwią jak gąbka wodą. Nawet ukochanego syna jedynego skazał na męczeńską śmierć. Jak to dobrze, że ten bóg nie interesuje się mną. Mój bóg za rękę prowadzi mnie przez życie podobnie jak ojciec swoje nieporadne jeszcze dziecko. Tak zupełnie nieświadomego małolata doprowadził do tytułu inżyniera. Teraz ku memu zaskoczeniu, posadził mnie za biurkiem naczelnika wydziału. Mało tego, zostałem dodatkowo szefem Komisji Oceny Projektów Inwestycyjnych. Oceniałem całe sterty projektów. Moje zdanie przesądzało o przyjęciu części lub całości dokumentacji, a więc o całej inwestycji. Wszystko to dopingowało mnie i pracowałem z pełnym zaangażowaniem uruchamiając całość swoich możliwości intelektualnych. Uporządkowałem swój wydział i zwiększyłem skuteczność jego pracy. Mój poprzednik sam dużo pracował. Ja ograniczyłem się do rozdzielenia roboty i sprawdzania sposobu wykonania. Wydział pracował sprawnie i wydajnie. Dyrektor naczelny w uznaniu zasług albo z powodu własnego lenistwa udzielił mi swojej kompetencji i uczynił mnie Przewodniczącym Komisji Oceny Projektów Inwestycyjnych. W ten sposób przekazał mi część swoich uprawnień, uprawnień Dyrektora Naczelnego! Wtedy nie byłem świadom znaczenia tego faktu. Przyjąłem to jako polecenie i nowe wyzwanie. W sumie sprawiło mi to przyjemność, choć obawiałem się, czy starczy mi czasu na rozrywki. Teraz awans to już tylko stanowisko zastępcy dyrektora do spraw technicznych. Moi koledzy naczelnicy odetchnęli z ulgą. Stali się mili autentycznie. Tymczasem wpadłem w wielką harówę. Biura projektów przywodziły całe sterty teczek dokumentacji na budowę lub remont, a ja musiałem to ocenić i podjąć decyzję – przyjąć lub odrzucić. Musiałem ocenić architekturę, konstrukcję, projekt elektryczny, wodno-kanalizacyjny itp. Swoje krytyczne uwagi o projekcie musiałem obronić w dyskusji z autorem – inżynierem, specjalistą danej branży. Ja musiałem polemizować z zawodowcem i pokazać mu błędy jakie popełnił. Nie mogłem się ośmieszyć. Musiałem przekonać autora i innych do swojej oceny. To było bardzo trudne i musiałem się dużo uczyć. Mózg ludzki jest zadziwiający. Jeśli ma motywację to w ciągu kilku miesięcy przyswoi sobie wiedzę całej politechniki w zakresie jaki jest mu potrzebny. Nie wiem czy jest ustalona granica możliwości ludzkiego mózgu. Uważam, że to sprawa cech indywidualnych i motywacji. Mogłem też zaufać fachowcom i zatwierdzać wszystko „w ciemno”, ale ja byłem ambitny. Nie mogłem też całkowicie polegać na opinii swoich inżynierów w wydziale. Musiałem umieć ocenić też swojego inżyniera. Przyjąć, dać do poprawki lub odrzucić projekt – to były bardzo ważne decyzję. Kiedy już z grubsza opanowałem tematy, to mogłem rozdzielić pracę swoim inżynierom. Ta wiedza przydała mi się później, kiedy sam byłem projektantem i kiedy sam prowadziłem budowy. Przydała mi się zwłaszcza kiedy sam byłem szefem biura projektów. Uczyłem się. Dużo się uczyłem. Jeśli chodzi o wiedzę techniczną, to uczyłem się głównie w domu. Jest zdumiewające jak szybko człowiek się uczy, kiedy sam tego chce i musi. Na szczęście sprawy osobiste na ten czas miałem ustabilizowane i mogłem skupić się na pracy. Z dodatkowymi obciążeniami w pracy poradziłem więc sobie. Ponieważ i tu miałem sukcesy, więc następnym awansem dla mnie powinno być stanowisko zastępcy dyrektora zjednoczenia do spraw technicznych. Zaznaczam, że Zjednoczenie to była wojewódzka zwierzchność nad wszystkimi mleczarniami w województwie. Zastępca dyrektora To, że dyrektor naczelny zjednoczenia przekazał mi część swoich uprawnień, pozbawiło moich przeciwników nadziei wykończenia mnie. Moim następnym nieuniknionym awansem będzie stanowisko zastępcy dyrektora naczelnego do spraw technicznych. Tu nastąpiła rzecz dziwna. Najbardziej zaprzyjaźniłem się ze swoim bezpośrednim szefem, czyli zastępcą dyrektora do spraw technicznych. Był to mały człowieczek, niskich lotów. Był świadom tego i wiedział, że kariera jego wisi na włosku. Wiedział, że jestem dla niego zagrożeniem i rzecz dziwna nie gnoił mnie, ale wręcz przeciwnie, zaprzyjaźnił się ze mną. Ja też go polubiłem. Podobała mi się jego otwartość no i komplementy. Zacząłem go wspierać i pomagać w rozwiązywaniu trudnych problemów. Najbardziej utkwiło w mojej pamięci opracowywanie programu reorganizacji zakładów w całym województwie. Chodziło tu głównie o dostawy surowców i poprawy jakości wyrobów gotowych. Taki program ministerstwo ogłosiło dla wszystkich województw w formie konkursu. Przestraszony szef poprosił mnie do swojego gabinetu i obsypując komplementami poprosił o pomoc. Przy kawie i w kłębach dymu papierosowego pisaliśmy kilka dni. Szef siedział z binoklami na nosie za swoim wielkim dyrektorskim biurkiem, a ja przed tym biurkiem przy małym stoliku. Ja mówiłem, a on pisał. Prosił, żebym mówił wolniej. Jeżeli jakiegoś wyrazu nie zdążył zapisać to prosił o powtórzenie. Pisał dosłownie to, co ja mówiłem. Ja ten program potraktowałem na luzie i dyktowałem to, co mi przyszło do głowy. Czasami tylko brzuch trząsł mi się od wewnętrznego śmiechu, kiedy pomyślałem kto tu jest dyrektorem, a kto sekretarką? Pochlebiało mi to. Poważnej przyjemności doznałem dopiero wtedy, kiedy dowiedziałem się, że program ten przez ministerstwo został wyróżniony. Teraz myślę, że nie byłem świadom swoich możliwości. Nie doceniałem siebie. Teraz myślę też, że ten mały człowieczek był bardzo mądry. Zamiast mnie gnoić (co czyniłby każdy inny) to on mnie obłaskawił i kupił pochlebstwami. Zyskał moją przyjaźń. Nie gnoiłem go więc, ale wzmacniałem. Po wyróżnieniu programu podrzucał mi wszystkie swoje trudne problemy, a ja się nad nimi głowiłem w zasadzie bezinteresownie. Myślę też, że był świadom swojej małości i otworzył się wobec mnie, a ja wyczułem w nim instynktownie dobrego człowieka. Była jeszcze jedna przeszkoda wstrzymująca mój awans, o której nie wiedziałem. Była nią nomenklatura partyjna. Był to rejestr stanowisk kierowniczych o obsadzie których decydowała partia. Stanowisko naczelnika też tam było wykazane, ale w pozycji „przyszłe kadry kierownicze”. To stanowisko mogła zająć jeszcze osoba bezpartyjna. Była ze mną rozmowa na temat wstąpienia do partii, ale obowiązywała tu specjalna procedura. Najpierw należało się zaangażować politycznie i społecznie. Należało jeździć na zebrania partyjne w zakładach pracy, agitować znaczące osoby do partii. Należało angażować się społecznie. Tu była organizacja czynów społecznych i pomoc ludziom cierpiącym. Była masa jeszcze innych czasochłonnych spraw. Ja nie miałem czasu na to i zupełnie tym się nie interesowałem. Jakiś związek z tym miało moje naganne zachowanie. Zachowanie którego się wstydzę. Zachowanie, z powodu którego po 40-tu latach jeszcze mam kaca. W tym czasie była gomułkowska nagonka na Żydów. Była czystka kadrowa. Dyrektor naczelny był Żydem i zaczęli zabierać się do niego. Jadąc w teren dyrektor zabrał do samochodu sekretarza miejscowej organizacji partyjnej-mojego kolegę i mnie. W samochodzie omawiano możliwość wyrzucenia dyrektora z pracy. Od początku wywnioskowałem , że dyrektor chce poparcia miejscowej partii, a sekretarz uchyla się od zajęcia wyraźnego, mocnego stanowiska. Nie zrozumiałem sensu mojej obecności przy tej rozmowie. Dopiero później domyśliłem się, że ja jako przyjaciel dyrektora, opierdolę swojego kolegę sekretarza i przypomnę mu, ile dyrektor zrobił dla firmy, dla załogi i dla niego osobiście. Kim by był, gdyby nie dyrektor. Nie uczyniłem tak. Siedziałem w samochodzie jak dupa u słupa i ani be ani me. Dyrektor zawiódł się więc na swoim przyjacielu. Przyjaźń nasza nie była deklaratywna. Nawet nie rozmawialiśmy na tematy prywatne czy osobiste. Nasza przyjaźń była na płaszczyźnie intelektualnej. Nasze mózgi pracowały na identycznych falach. To nas zbliżało. Teraz, w potrzebie, zawiodłem go. „Tak jest na świecie Że człowiek w biedzie Człowiek jest w biedzie zawsze sam” (western „W samo południe”) Dopiero kiedy było zebranie partyjne poświęcone tej sprawie, to zebrała się nas grupka w korytarzu i zaczęliśmy rozrabiać wznosząc okrzyki. Pod oknami świetlicy też krzyczeliśmy: „zostawcie nam dyrektora” lub „ręce precz od dyrektora”. Wyszedł do nas sekretarz, coś tam nagadał i rozeszliśmy się. Dyrektora zwolniono. Nowym dyrektorem zjednoczenia został były naczelnik wydziału ekonomicznego zjednoczenia, wywalony przez dyrektora. Nadszedł czas zemsty i wywalony naczelnik teraz wywalił dyrektora. Nowy dyrektor zaczął od czystki. Mnie jako pierwszego zmusił do złożenia rezygnacji ze stanowiska naczelnika. Nie mógł mnie wywalić całkiem, bo wciąż miałem opinię wybitnego fachowca. Partii mogłoby się to nie spodobać. Utworzył więc specjalnie dla mnie samodzielne stanowisko specjalisty do spraw przygotowania inwestycji w całym województwie. Płaca dotychczasowa. Osobne biuro w budynku zakładu produkcyjnego. Dyrektor nie zwalniając mnie z pracy pozbył się mnie nawet z budynku firmy, a ja byłem z tego zadowolony. To się nazywa zręczna polityka kadrowa. Nie miałem podwładnych. Nie miałem bezpośredniego szefa. Praca bez kontroli. „Sam sobie sterem, żaglem i okrętem”. Co za frajda! Z wolności tej korzystałem do oporu. Teraz dopiero zaczął się dla mnie okres szaleństw. „Carpe diem” - Horacy Niech żyje bal Życie kochanie trwa tyle co tanie fandango, bolero, be–bop manna, hosanna, różaniec i szaniec i jazda i basta i stop. Bal to najdłuższy na jaki nas proszą, nie grają na bis, chociaż żal, zanim wiec serca upadłość ogłoszą na bal, marsz na bal Niech żyje bal! Bo to życie to bal jest nad bale! Niech żyje bal! Drugi raz nie zaproszą nas wcale! Orkiestra gra! Jeszcze tańczą i drzwi są otwarte! Dzień warty dnia! A to życie zachodu jest warte! Sucha kostucha – ta Miss Wykidajło wyłączy nam prąd w środku dnia. Pchajmy wiec taczki obłędu, jak Byron, bo raz mamy bal! sye spoj Niech żyje bal.. Osiecka Nowe stanowisko Często jeździłem do Warszawy. Pociąg klasy pierwszej, sypialny lub samolot. Najlepsze hotele. Czas pobytu dowolny. Skosztowałem kilka Warszawianek. Są apetyczne prawie jak Wrocławianki. Zawarłem też korzystne znajomości w ministerstwie. Zacząłem się zastanawiać czy nie wykopać dyrektora naczelnego i samemu zająć to stanowisko. Żądza wolności i dziewczyn przeważyły żądzę władzy. Poza tym konieczność wstąpienia do partii, zebrania partyjne, prace społeczne, ostatecznie zniechęciły mnie do tego. To chyba był szczyt mojej kariery zawodowej. Poznawałem wielkie i oszałamiające miasto Wrocław, a zwłaszcza jego lokale rozrywkowe. Dziewczyny są piękne. Pociągające, kuszące i ponętne. Rzuciłem się więc w wir uwodzenia i praktyk małżeńskich. Udoskonaliłem sposoby podrywania dziewcząt. Ku memu zaskoczeniu okazało się, że te z górnej półki są znacznie łatwiejsze w podrywaniu, aniżeli te z półek niższych. Te z półek najniższych są wręcz nie do poderwania. One uważają, że ich największą, a może nawet jedyną wartością jest „wianuszek” i chyba mają rację, bo poza tym są brzydkie i głupie. Zrozumiałem, że popełniłem wiele błędów będąc skromnym i nieśmiałym. Przestawiłem się więc. Udawałem śmiałego, odważnego, aroganckiego, a czasami bezczelnego. Dziewczyny zacząłem traktować jako „stworzenia boże, które powinny stać w oborze, lecz ze względu na kształt dupy chłop je zabrał do chałupy”. Sukcesy rosły i zaczęły się szaleństwa. Szaleństwa te nie powinny kolidować z pracą. Rozgadałem się. Wracam więc szybciutko do pracy. Byłem ambitnym pracownikiem, o sporej żądzy władzy. Być szefem samego siebie to bardzo wygodne, ale mało ambitne. Opracowałem więc nową formę tego stanowiska. Nowy regulamin, strukturę organizacyjną. Zrobiłem z tego jednoosobowego stanowiska, samofinansującą się firmę usługową podległą Zjednoczeniu. Projekt pozytywnie oceniły władze wojewódzkie jak i centralne. Zrealizowałem go i powstała firma, która pełniła funkcję inwestora zastępczego. To znaczy, że jeżeli jakaś firma zamierzała wybudować zakład i nie chciała sama się tym zajmować, to zlecała to inwestorowi zastępczemu, który dysponował fachowcami, wyspecjalizowanymi w sprawach inwestycyjnych. Przyjmowałem też zlecenia na rozbudowę i modernizację zakładów, jak również na remonty kapitalne. Zleceń było dużo. Firma wystartowała rewelacyjnie. Byłem dumny i moje akcje rosły. Zdaje się, że to był pierwszy w kraju zakład o tym profilu. Później takie zakłady powstały we wszystkich województwach. Dotychczas byłem potęgą jako fachowiec, teraz stałem się potęgą również jako organizator. Współcześnie takie zadania wykonuje menadżer. Dla swojej firmy przewidziałem stanowisko dyrektora i zastępcy. Było oczywiste, że dyrektorem będę ja. Zastępca potrzebny był do pracy, kiedy dyrektor będzie balował. Trwające uzgodnienia partyjno - ministerialne w tej sprawie mało mnie interesowały, bo dla mnie wynik był oczywisty. Niestety, dyrektorem tej firmy został ktoś inny. Mnie powiedziano, że o stanowiskach dyrektorskich decyduje partia, a ja jako bezpartyjny, nie mieszczę się w nomenklaturze. W firmie mogę pozostać jako kierownik działu. Gdybym zdecydował się wstąpić do partii, to po rocznym stażu mógłbym kandydować na stanowisko dyrektora, lub jego zastępcy. To był szok. Sam zorganizowałem tę firmę. wdrożyłem ludzi do pracy, czyniąc ich kompetentnymi. Całej firmie dałem rozpęd. Firma przynosiła zyski. Teraz miałem zostać tylko kierownikiem? To było upokarzające. Złożyłem wypowiedzenie. To moja druga porażka w pracy. Prawdopodobnie załatwił mi to dyrektor zjednoczenia. Ten sam, który wykopał mnie ze stanowiska naczelnika wydziału. Wiadomo mi było, że czasami partia robi wyjątki i na samodzielne stanowiska kierownicze dopuszcza bezpartyjnych. Ministerstwo popierało mnie. Dyrektor musiał się bardzo starać, żeby mnie utrącić. Biuro projektów Tyle wysiłku włożyłem w utworzenie nowej, samodzielnej, dobrze prosperującej firmy. Otrzymałem tyle pochwał i wyrazów uznania, a dyrektorem został ktoś inny. Czy to nie oburzające? Mój bóg był dla mnie przyjazny i pomógł mi w tej trudnej sytuacji. Najpierw spowodował, że dostałem pracę w ekskluzywnej firmie, jaką wtedy było biuro projektów. Wcześniej, jako Przewodniczący Komisji Oceny Projektów Inwestycyjnych, oceniałem ich dokumentację. Chyba zrobiłem dobre wrażenie, skoro przyjęto mnie do pracy. Tam znowu zacząłem błyszczeć. Przyjęty byłem na asystenta. W krótkim czasie zostałem starszym asystentem, projektantem, starszym projektantem i rzeczoznawcą do spraw projektowania. Zacząłem dobrze zarabiać. Biura projektów w tamtym czasie były jednym z nielicznych zakładów, gdzie płacono za faktycznie wykonaną robotę i można było więcej zarobić. To były ekskluzywne firmy. Dostać tam pracę, to był sukces i niemal szczęście. Jakoś dostałem tam pracę bez rekomendacji, poparcia znaczących osób, czy łapówki. W to miejsce miałem poparcie Najwyższego. Popierał mnie mój bóg, który wciąż się mną opiekował i wspierał. Miałem wiele przykładów pozytywnego wsparcia w sytuacjach bardzo ważnych i kryzysowych. Goryczą wspomnień było tylko to, że dyrektor naczelny zjednoczenia mógł mieć teraz pełną satysfakcję, jeśli chodzi o mnie. Moja dobra opinia w ministerstwie i dobre stosunki z tym urzędem niepokoiły go. Przyznaję, że pokusa wykopania go ze stanowiska i zajęcie jego miejsca nawiedziła mnie. Myślałem nawet, do jakiej partii się zapisać? Kiedy uświadomiłem sobie, że wtedy nie będę miał czasu na rozrywki, to straciłem ochotę na taki awans. To co miałem teraz, zadowalało mnie. Pieniądze i nienormowany czas pracy. To było to, czego potrzebowałem. Odnowiłem mieszkanie. Wyposażyłem w dobry sprzęt muzyczny. Dopiero zaczęto wprowadzać stereofonię. Ja miałem już kwadrofonię. Dalej, nowoczesny sprzęt gospodarstwa domowego, greckie dywany z oryginalnej wełny, ze strąkami długości 7 cm. Dobrze wyposażony barek, no i polowanie na dziewczyny. To mieszkanie było niezłą przynętą i połowy były niezłe. „Nosił wilk razy kilka". Ślub (Krystyna) Moje kawalerskie spotkania odbywały się najczęściej w kawiarni hotelu „Monopol”. To był wtedy najelegantszy lokal we Wrocławiu. Od 17 do 22 były tam potańcówki przy orkiestrze. Tam miała swoje zbiórki kilkuosobowa grupa najgroźniejszych podrywaczy. Karty wstępu, bilety ani specjalne stroje nie obowiązywały, więc po pracy dziewczyny wpadały na ploteczki i posłuchać dobrej muzyki. Że przy okazji potańczyć można, tym lepiej. Impreza kończyła się wcześnie, więc można było wcześnie wrócić do domu samemu lub z kimś. Można było coś zrobić lub się popieścić, wyspać się i wypoczętym pójść do pracy. Szkoda, że teraz młodzież nie ma takiej możliwości. Pary tu raczej nie przychodziły. Tu przychodzili głównie ludzie wolni. Choć wstęp był łatwy to jednak zbierała się tam elita młodzieży. Widocznie lokal swoją klasą dokonywał selekcji. Pewnego razu przyszły cztery rosłe dziewczyny i wszystkie fajne. Ja wybrałem tą najbardziej naturalną (najmniej makijażu), ale chyba najzgrabniejszą. Naturalne włosy do ramion. Dość ładna buzia, ładna długa szyja drobne kości, duże piersi, wąska talia i duża dupa. Jej budowa kształtem przypominała łyżkę. Tylko nogi miała niezbyt zgrabne z tendencją do platfusa. Na prawej ręce miała ozdobny pierścionek w kształcie obrączki. Zapytałem, więc czy to ozdoba czy dowód. Powiedziała, że dowód. Ostudziło to mój zapał. Nie uwodzę mężatek. Trudno było taniec przerwać, więc dla zabawy zacząłem „tango przytulango”. Akceptowała. Dziwne. Łatwa zdobycz. Z rozmowy wynikało, że jest damą z lepszego towarzystwa, a jej mąż to czysty szlachcic. Jako syn chłopa lubiłem być złośliwy wobec arystokracji. Pomyślałem, że łatwa okazja przyprawić szlachcicowi rogi. Pewien sukcesu umówiłem się na następny dzień. Było miło, ale sukcesu nie było. I tak było przez kilka następnych spotkań. Poza tym ta dama swoją osobowością zaczęła wymuszać na mnie eleganckie zachowanie. Musiałem odświeżyć znajomość z teatrem, operą. Jakieś koncerty symfoniczne. Wnerwiało to mnie. Czas leci. Pieniądze też i nic. Miałem zasadę, że jeżeli dziewczyny nie skosztowałem w ciągu trzech spotkań to przestawała mnie interesować. Tu był wyłom od zasady, ale za dużo straciłem czasu i pieniędzy żeby bezkarnie odpuścić. Wreszcie przyholowałem ją na chatę. Trochę szarpaniątek i wyjąłem ją z opakowania. Ułożyłem do strzału i nie mogę. Szczelina zamknięta. Czyżby błoną? Zmęczony zaprzestałem ataku i ogłupiały zastanawiam się czy atrakcyjna dziewczyna dwa lata po ślubie może być dziewicą? Nie wiem czy sytuacja jest coś nie taka, czy ze mną jest coś nie tak? Jestem przecież trzeźwy. Może za trzeźwy. Wypiłem, więc następną lampkę wina i zaczynam sprawdzać przy pomocy palca i oka. Dziewica! To co, że dziewica. Będę miał w kolekcji jeden wianuszek więcej. Podobno szlachcic na premierę wkłada smoking. Ten nie będzie musiał wkładać smokingu, bo premiera będzie ze mną. Na ogół nie miałem problemów z dziewicami. Mój miecz był sprawny w boju. Na następnym spotkaniu już bez szarpaniątka, spokojnie ułożyłem dziewczynę w odpowiedniej pozycji, odwróciłem uwagę, uśpiłem czujność, spowodowałem rozluźnienie i atak. Wrzask i nic. Cofnęła dupcię do tyłu. Poczuła ból i tak ją wystraszyłem, że ciało dostało trzęsionki. Uległem prośbom i obietnicom, że zaprzestane ataku. Powiedziała, że jej domownik (nie używała nazwy mąż) jest głęboko wierzący i nie uznaje ślubu cywilnego. Czeka na ślub kościelny i przestrzega wszelkich ceremonii. Dla mnie ateisty to była dodatkowa prowokacja żeby przynajmniej ten ceremoniał mu pomieszać. Poza tym zazdrościłem mu takiej żony. To była dama z krwi i kości. Kulturalne i eleganckie wyrażanie się. Opanowanie, dobre trunki, dobre towarzystwo, gustowny i elegancki strój. Później jeszcze okazało się, że świetnie gotuję, jest dobrą krawcową i dobrą gospodynią. Poza tym prawdomówna, słowna i punktualna. Tyle dziewczyn przetestowałem i takiej nie spotkałem. Po rozwodzie z pierwszą żoną postanowiłem sobie, że nigdy więcej się nie ożenię. Z Krystyną ożeniłbym się natychmiast. Drugiej tak doskonalej kandydatki na żonę nie ma. Ona o domowniku wyrażała się pozytywnie i nie myślała o rozwodzie. Tu szansy brak, ale mogę przyprawić mu rogi. Okazuje się, że tego też nie mogę. Dziewczyna ma dobry refleks i wyczucie. Kiedy ja wykonuję ruch ataku ona jednocześnie cofa dupcię do tyły i brzuchem unosi mnie do góry. W końcu wnerwiony i załamany kazałem się jej ubierać, spadać i więcej się nie pokazywać. Bez słowa zaczęła spełniać moje polecenia. Przed wyjściem zaczęła prosić żebym ją odprowadził. Oczywiście damę musiałem zawsze odprowadzać lub odwozić taksówką. Po drodze zaczęła przepraszać i obiecywać, że następnym razem pozwoli się związać. Musiała mi to przysięgnąć. Na następnym spotkaniu nakłoniłem ją żeby wypiła więcej niż zwykle. Jeden koniec ręcznika kąpielowego zawiązałem na jednej nodze powyżej kolana, drugi na drugiej. Środek założyłem za głowę i dziewczyna znalazła się w pozycji ginekologicznej. Teraz przygotowanie psychologiczne, rozluźnienie i niespodziewany cios. Wrzask i miecz wbił się do polowy. Płacz, prośby, ale nie wyjmuję i drugie pchnięcie. Miecz zagłębił się cały. Poczułem ból w plecach i stróżki krwi cieknące z pleców. Domyśliłem się, że to sprawka jej pazurów wbitych w moje ciało. Wbicie mojego miecza w jej ciało utoczyło również mojej krwi. Dalej sprawy seksu nie wyglądały najlepiej. Dziewczyna nie czuła przyjemności seksualnej. Przyjemnością dla niej było to, jeżeli udało mi się włożyć bezboleśnie i nie ruszać nim. Przyczyną tego był prawdopodobnie wypadek samochodowy i operacja przecinająca jakiś nerw. Sprawy seksu były więc sporadyczne. Dopiero, kiedy oboje dostaliśmy wczasy w Sosnówce pozwoliliśmy sobie poszaleć. Żadnych zabezpieczeń poza kalendarzykiem nie stosowałem, a pobyt w Sosnówce zahaczał o dni płodne. Postanowiłem się tym nie przejmować. Aż tak łatwo nie jest zapłodnić kobietę. Koledzy lubili uwodzić mężatki, bo w razie wpadki wszelkie konsekwencje ponosi mąż. Poza tym jej budowa jest taka, że do śmierci może uchodzić za dziewicę, więc szlachcic będzie mógł włożyć frak na premierę. Ciąża to już byłby dowód. Krystyna pracowała w grupie kobiet. Kobiety na siebie mają zły wpływ. One robią skoki w bok, a ta jedna nie –taka parszywa owca w stadzie. One ją namawiały na randki ze mną. Kibicowały jej, ale kiedy się zorientowały, że sprawy zaszły za daleko i realny staje się rozwód to powiadomiły o wszystkim męża. Wracam wieczorem z miasta, a na klatce facet pyta mnie o nazwisko i czy znam Krystynę. Chce ze mną porozmawiać. Myślę trudno. Mordobicia tu się nie uniknie. Nie demolujmy przynajmniej mojego mieszkania. Zaproponowałem, więc rozmowę na ławce przed domem. Zapytał wprost czy łóżkuję z Krystyną? Nie zaprzeczyłem. Dalej rozmawialiśmy o tych wstrętnych babach i nic więcej się nie wydarzyło. (...)"
komentarze: 0
Ja-m%c5%82odo%c5%9b%c4%87_i_dzieci%c5%84stwo
  • Ocena: 0.0 na 5
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
" Wolność pod okupacją Kiedyś wracając ze szkoły usłyszeliśmy warkot silników. Za nami całą szerokością gościńca jechało dużo pojazdów. Zeszliśmy na bok i z ciekawością patrzyliśmy na przejeżdżającą kolumnę. Z przodu jechały dwa motocykle z przyczepami. Jadący nimi żołnierze mieli hełmy i dziwne mundury. Zrozumieliśmy, że to są Niemcy. Ponieważ gościniec był zajęty, więc szliśmy przez pola bez strachu, ale z ciekawością obserwując Niemców. Niewiele mogliśmy zobaczyć, bo kolumnę zasłaniała chmura kurzu. Niebawem dogoniliśmy czoło kolumny, która utknęła w piachu. Żołnierze pchali motocykle, a do czołgów przywiązane były samochody i tak wolniutko, ale z wielkim rykiem silników kolumna przesuwała się do przodu. Nie wiem, dokąd pojechali, ale w naszej wiosce Niemców nie było. Powagę tego wydarzenia uświadomiłem sobie dopiero, kiedy człowiek w polskim mundurze, ale bez broni i orzełka rozmawiający z rodzicami mówił po białorusku „nyma waszoj Polszy. Propała wasza Polsza”. W środku mnie ścisnęło. Poczułem żal i złość do tego człowieka, że nie bronił Polski. Tak jakby to wszystko od niego zależało. Bolało mnie zwłaszcza to, że Niemcy zrywają orzełki z czapek żołnierzy polskich depczą je. Przed wojną wszyscy mówili, że nie pozwolimy guzika oderwać od naszego munduru, a teraz odrywają nam orzełki od czapek i jeszcze je depczą. W odległości około 2 km od naszej wioski była szosa i most przez rzekę. Wieczorem słychać było z stamtąd warkot silników. Poszliśmy tam zobaczyć. Szosą ciągnęła nieprzerwana kolumna niemieckich pojazdów. Byłem zły. Gdyby byli tu żołnierze, to by strzelali do Niemców, ale żołnierzy nie było. Gdybym miał karabin, to bym sam strzelał do nich, ale karabinu nie miałem. Rzucanie kamieniami nic nie da i mogą mnie zastrzelić. W następnym dniu obudziły mnie jakieś hałasy, bieganina, awantury. Przed domem i przy zabudowaniach gospodarczych było mnóstwo obcych ludzi. Coś nosili, coś wyrywali sobie, kłócili się. Nasz koń, krowy kury, gęsi i kaczki były w piwnicy. Budynki gospodarcze były puste. Z pobliskiego lasu dochodziły odgłosy pił, siekier i wyjeżdżały furmanki załadowane drewnem. W ciągu dwu dni niewielki las przestał istnieć. Wycięto nawet krzaki. Ocalał tylko stary, rozłożysty dąb. Ze śladów siekier i pił widać było, że atakowany był bardzo. Obroniły go wielki obwód i twardość jego pnia. Ocalał również park i sad. Myślę, że las pochłonął resztę energii szabrowników. Majątek kapitana (pamieszczyka – jak go nazywali Białorusini), przestał istnieć. Ziemię po kawałku uprawiali okoliczni rolnicy, a łąki i pastwiska stały się wspólną własnością. Wiejskie dzieci rozpoczynają pracę bardzo wcześnie. Zwykle rozpoczyna się od pasienia gęsi. Nie przypominam sobie żebym pasł gęsi. Może nie mieliśmy w tym czasie gęsi. Bardzo dobrze zapamiętałem pasienie krów. Pastwisko było wspólne i dzieci spędzały krowy z całej wioski. Właściwie to nie była wioska. W wiosce gospodarstwa były skupione gęsto po oby stronach drogi. Jeżeli domy były rozrzucone w sporej odległości od siebie i przy różnych drogach, to nazywaliśmy to kolonią. Polacy osiedleni na terenach Białorusi w powiecie Brześć nad Bugiem pobudowali się w formie kolonii i nazwali ją Wieliczków. Na wspólne pastwisko spędzane były krowy i konie z całej kolonii. Pasieniem zajmowały się dzieci więc było nas sporo i było fajnie. Dzięki przytomności i zapobiegliwości rodziców nasz inwentarz nie został rozszabrowany. Sprytnie też pomyśleli o zagospodarowaniu piwnicy. Była to piwnica duża, około 100 m kw. powierzchni. Ściany z kamieni wystawały około 1,5 m nad ziemię. Miała strych i dach pokryty słomą (strzechą). Ten dach to była nasza zjeżdżalnia na dupie. Z dachu tego łatwo było też rwać orzechy z przyległej leszczyny. Piwnica ta utkwiła szczególnie w mojej pamięci z tego powodu, że przez kilka lub kilkanaście godzin była moim więzieniem. A było to tak. Zależało mi bardzo na tym żeby bawić się ze starszymi chłopakami, czyli rówieśnikami brata mojego starszego o 2 lata. Oni nie chcieli przyjąć mnie do grupy. Nie rezygnowałem, ale wciąż łaziłem za nimi. W pewnym momencie Stefan (brat) nie wytrzymał, poszedł do piwnicy. Ja za nim. On wychodzi. Ja za nim, ale on zamknął za sobą drzwi od zewnątrz i ja nie mogłem wyjść. Stukałem, pukałem, kopałem we drzwi, krzyczałem, wrzeszczałem, płakałem. Nikt mnie nie słyszał. Nie pamiętam jak i kiedy się wydostałem, ale wydarzenie popamiętałem i wykorzystałem, kiedy pasąc krowy nasza grupa znacznie powiększyła się i byli młodsi ode mnie. Teraz oni zabiegali o nasze względy. Nie mieli lekko. Musieli być posłuszni i spełniać nasze polecenia. Kiedy jeden z nich okazał się krnąbrny to ściągnęliśmy mu spodnie i wszyscy pluliśmy mu do jajek. Później nasypaliśmy popiołu ze starego paleniska. Wciągnęliśmy spodnie, zapieli i pokładali się ze śmiechu, kiedy malec z płaczem biegł do domu a z nogawek wysypywał się popiół. Innym razem malcowi do majtek napchaliśmy pokrzywy i batem pogonili do domu. Doszły też nowe zabawy. Dobrą zabawą było dołączanie nowej krowy lub kilku krów do stada. Zaczynała się wtedy walka o pozycję w stadzie. My z kijami kibicowaliśmy walczącym. Interweniowaliśmy dopiero, kiedy któraś z walczących upadła. Odpędzaliśmy wtedy zwycięską krowę, żeby nie dobiła leżącej. Lubiliśmy grać w pikra. Polegało to na tym, że wtykało się w ziemię kij długości około 0,5 m z rozwidleniem na końcu. Na to rozwidlenie wieszało się patyk w kształcie litery Y. Rzucony z odległości kij, jeżeli trafił w stojący piker, to strącony patyk leciał na jakąś odległość i tam się przenosiło pikera. Po iluś rzutach ktoś wysunął się do przodu i ten wygrywał. Było jeszcze rzucanie kamieniami przy pomocy puszczawki, przy pomocy bata. Tak rzucone kamienie leciały daleko tylko z celnością było gorzej. Paliliśmy ogniska, piekliśmy jabłka, kartofle. Kąpaliśmy się w rzece, robiliśmy wyścigi na koniach. Było fajnie. W domu też było dobre jedzenie i miła atmosfera. Ojca wybrali sołtysem. Do domu przychodziło dużo ludzi . Ojciec rozsądzał, godził, doradzał. Niektórzy przynosili wódkę, inni zakąskę. Mama przyrządzała, dawała na stół. Nam też coś zostawało. Mężczyźni pili, gadali, śpiewali. Było fajnie. Nie było tylko zabaw. Tadka i Kazika też nie było widać. Chyba wzięli ich do wojska. Władze polskie przestały działać. Okupanci jeszcze się nie zorganizowali. Ojciec był chyba jedyną władzą w okolicy. Poza nocnym stróżowaniem ludzie nie mieli żadnych obowiązków. Stali się weselsi, bardziej tolerancyjni. Mniej było kradzieży, bijatyk, awantur i podobnych przykrych wydarzeń. Ludzie poczuli się wolni. Polskie wojsko pokonane i rozbite. Ojczyzna pod okupacją, czyli mówiąc inaczej – jęczy pod jarzmem okupanta, a zwykli ludzie wreszcie czują się wolni. Paradoks? Mam wrażenie, że każdy rząd jest głodny władzy. Państwo bierze ludzi na smycz i poprzez ustawy, zarządzenia, nakazy i zakazy smycz tą skraca. W końcu smycz ta staje się wisielczym powrozem. zwanym inaczej stryczkiem. W takiej sytuacji naród albo ratuje się sam robiąc rewolucję, albo też czynią to najeźdźcy. Państwo polskie szczególnie gnębiło chłopów i to od zarania dziejowe. Polską przeważnie rządziła prawica , a ta nie lubiła i nie lubi prostego ludu. Opowiadano mi, że w czasie wojny Anglicy chcieli uhonorować Polaków walczących w obronie Anglii i na bal w Londynie zaproszono polskich żołnierzy. Polscy oficerowie byli oburzeni tym, że na balu tym są również szeregowi żołnierze polscy. Polska przed wojną 1939 r. to nie była Polska wszystkich Polaków. To była Polska jaśnie panów. Widać i czuć to było szczególnie na kresach wschodnich. Obecnie rządząca prawica niezbyt różni się od prawicy przedwojennej np. o morderstwie w Katyniu trąbią od lat wszystkie publikatory, a o morderstwach dokonywanych przez Ukraińców na wschodzie ledwie wspomni się przy jakichś okazjach. Nie zauważa się różnicy pomiędzy strzałem w tył głowy (Bolszewicy), a przerzynanie piłą na żywca, czy zabijaniem dzieci poprzez rozbijanie ich głów o ścianę (Ukraińcy). Juszczenko, którego w dużej mierze wysiłkiem Polaków osadzono na tronie ukraińskim ogłosił S. Banderę bohaterem narodowym. Nasz prezydent Kaczyński był na uroczystości odsłonienia pomnika tego szefa morderców. Nic nie mówi się o bestialstwie Ukraińców przy likwidacji powstania warszawskiego. Że nawet hitlerowcy musieli ich w tym hamować. Czemu tak ? Temu, że w Katyniu ginęli jaśnie panowie, a na wschodzie ginął prosty lud. Wstyd mi, że jest związek rodzin katyńskich, a nie ma związku rodzin ofiar ukraińskich. Wstyd mi, że na groby jaśnie panów jeżdżą delegacje rządowe na najwyższym szczeblu, a groby ofiar Banderowców porastają trawą w zapomnieniu. Wstyd mi, że w Polsce nie ma równości nawet dla nieboszczyków. Druga przyczyna to antyrosyjska fobia. Kochamy Ukraińców po to, żeby skierować ich przeciw Ruskim Wstyd mi z tego powodu. Wstyd mi, że nasz polski rząd swoją fobię realizuje na cmentarzach. Wstyd mi, że nasz rząd do swojego haniebnego celu idzie po trupach. Również teraz poziom życia na wsi i w mieście bardzo się różni, a prawicowy rząd liczy, ile musi dopłacać do ubezpieczenia rolników ( KRUZ), a nie liczy, ile dopłaca np. do stoczni. Sam już jako bardzo dorosły z łezką w oku wspominam czas, kiedy komuna konała a nasze wymarzone, niepodległe państwo dopiero się rodziło. Był to piękny powiew wolności i radości. Niestety. Nasze nowo narodzone, niepodległe państwo szybko nabierało siły i zabrało się do reform, prywatyzacji, lustracji, dekomunizacji różnych innych akcji. Efekt to ruina gospodarcza kraju, a dumna kiedyś klasa robotnicza pokornie ustawiła się w kolejce po jałmużnę. Teraz z perspektywy czasu nie dziwię się, że po upadku Polski w czasie wojny na wsi nie widać było nastroju żałoby. Jest charakterystyczne, że prawie każdy polski rząd źle traktował rolników. Przed wojną rolnicy byli szczególnie gnębieni. Wystarczy porównać poziom życia na wsi i w mieście. Teraz jest to samo. Ma to swoją tradycję. W średniowieczu wszędzie zniesiono pańszczyznę, tylko rząd polski nie chciał tego zrobić. Dopiero państwa rozbiorowe (zaborcy) zrobiły to przy wyraźnym sprzeciwie szlachty polskiej. Tylko w czasie komuny różnica między poziomem życia w mieście i na wsi była mniejsza. Może to z tego powodu, że na rząd polski wpływ miało obce państwo? 6. Okupacja prawdziwa Ruscy żołnierze Sielanka początku wojny nie trwała długo. Przeżyliśmy piękne lato pasąc krowy z kolegami. Któregoś ranka wyszedłem z domu, a teren jak okiem sięgnąć pokryty był namiotami, końskimi zaprzęgami i dymami ognisk. Nie można było za krzakiem siknąć, żeby nie natknąć się na ruskiego żołnierza. Cały żywy inwentarz znalazł się znowu w piwnicy. Straty w drobiu były znaczne, ale większość udało się uratować. Dla nas rozpoczął się nowy okres przygód. Mogliśmy bezkarnie chodzić po całym obozowisku, bawić się różnymi rzeczami, a nawet rozładowaną bronią. Dziwiło nas to, że karabiny noszą na sznurkach, kamasze mają ze skóry i tkaniny, a łydki aż do kolan owijają zielonymi, grubymi bandażami –owijaczami. Uczyliśmy się sztuki jak założyć owijacza, żeby nawinięte na górną część kamasza nie zsunęły się z niego w czasie chodzenia. Owijacze stały się modne. Ludzie odkupywali od ruskich te owijacze, bo z tak owiniętymi nogami można było chodzić po głębokim śniegu i nie wsypywał się on za cholewki, czy cholewy butów. Stopy, tak jak my, zawijali w onuce. Żołnierze częstowali nas swoimi produktami. Smakowały nam suszone ryby, ale powszechnie gotowana w kociołkach zupa nie smakowała nam. Miała wygląd i smak gotowanej mąki, tylko kolor miała żółty. Konie mieli różne. Te duże podobne były do tutejszych. Te małe miały gęstą grzywę, grube ogony i były agresywne. Trzeba było trzymać się z daleka, bo gryzły i wierzgały. Między sobą też walczyły. Żołnierze również byli dziwni. Nędznie ubrani, zaniedbani, niezdyscyplinowani. Idąc w kolumnie zawsze śpiewali. Mieli bardzo ładne piosenki marszowe, ale szyk i krok utrzymywany był tylko na początku kolumny. Utrzymanie kroku wymuszała piosenka marszowa, ale ci, co nie mieli słuchu, szli krokiem swobodnym. Mężczyźni śmieli się z nich i nazywali cywil-bandą. Prawdziwa frajda była wieczorem, kiedy żołnierze rozwieszali między drzewami białe prześcieradło i puszczali film. To było coś nowego, coś niebywałego. Na ekranie widać było ludzi jak się poruszają, rozmawiają. pracują itp. Zupełnie jak żywi. To był szok. Tego nikt jeszcze nie widział, ani nawet nie słyszał o takiej możliwości. Na filmy zaczęła przychodzić cała okoliczna ludność. Przychodziły całe rodziny z dziećmi i dziadkami. Rosjanie byli tak uprzejmi, że nie brali pieniędzy, ale nawet plac najbliższy ekranu udostępnili cywilom. Siadaliśmy lub kładli się na trawie. Mężczyźni palili papierosy (skręty) i czasami podawali sobie butelki z wódką. Poza tym wieczorami w różnych miejscach grała muzyka i żołnierze tańczyli. Dziewczyn nie było, więc tańczyli sami mężczyźni. Oni tańczyli inaczej niż nasi. Tańczyli nie parami, ale pojedynczo i w sposób podobny do zabawy w kucanego berka. Były też grupy śpiewające i grające na mandolinach lub gitarach. Do tańca to grały harmoszki. Były to niewielkie czarne dwurzędówki (guzikówki). Jedną taką harmoszkę (półbajan) mama kupiła dla nas za jajka. I tak jak kiedyś zjawili się rankiem tak i teraz któregoś ranka wyszedłem przed dom i nie było ani jednego Ruska. Dookoła pustka. Pustkę poczułem też w środku. Grali, śpiewali, karmili i poili konie. Był ruch. Wszędzie było ich pełno. Teraz pustka i smutek. Dla nas dzieciaków pobyt sołdatów wydawał się krótki. Poznawanie obozu, cukier w bryłach, zupa , suszone i słone ryby, kino, gościnność, muzykalność i rozśpiewanie sołdatów było radosne i czas szybko leciał. Dla dorosłych i dla rolników nie był to czas radosny. To był czas kradzieży, rabunku i grabieży. Sowieci wynieśli się dopiero kiedy wszystko, co nadawało się do zjedzenia przez ludzi i przez konie zostało zjedzone. Odjeżdżając zabrali, co lepsze konie, a pozostał po nich głód i ubóstwo. Nasze gospodarstwo zostało względnie oszczędzone. Może dla tego, że tu było ich dowództwo z ośrodkiem zdrowia, propagandy i kultury. Niestety nie wszyscy zniknęli. Usłyszałem jakieś krzyki i tumult za domem. Pobiegłem i zobaczyłem grupę sołdatów, jak wyprowadzają naszego konia z piwnicy. To był nasz ulubieniec. Wychowywaliśmy go od urodzenia. Karmiliśmy go, czyścili. Bawiliśmy się z nim. Teraz już był duży i ojciec miał zamiar przyuczać go do pracy. Był wypasiony, wyczyszczony, wypielęgnowany. Wyglądał ślicznie. Teraz zobaczyłem jak skacze, wierzga usiłując wyrwać się sołdatowi. Ojciec coś tłumaczy, mama płacze i wyrywa sołdatowi lejce. Inny sołdat odciąga mamę. następny wciska ojcu lejce, do których przywiązane było coś przypominające bardziej szczura niż konia. Ojciec odrzucił wciśnięte mu do rąk lejce, ale mama zdążyła chwycić i przywiązała szkapę do drzewa. Sołdaty odjechali z naszym koniem. Wszystko ucichło, tylko ja wciąż stałem jak sparaliżowany. Scena ta była dla mnie wstrząsająca i chyba paraliżująca. Zamiast bronić konia, to stałem i słowem się nie odezwałem. Palcem nie kiwnąłem, żeby go bronić. Teraz wszyscy się rozeszli, a ja wciąż stałem na pograniczu przerażającego snu i jawy. W domu nikt nic nie mówił. Cała rodzina pogrążona była w smutku. Nie cieszyła nas nawet harmoszka kupiona od ruskich za jajka. Sołdat bardzo ładnie na niej grał, ale nam nic nie wychodziło. Na szkapę nie zwracaliśmy uwagi, bo przypominała o stracie ulubionego Kasztanka. Była zamiast ulubieńca i za to nienawidziliśmy jej. Postanowiliśmy ją ukamienować. Obładowani kamieniami zatrzymaliśmy się w bezpiecznej odległości, żeby ją obejrzeć. Nikt nie ośmielił się zbliżyć do niej, bo zębami i kopytami atakowała każdego, kto znalazł się w jej zasięgu. Teraz dopiero zauważyliśmy, że jest mała. Ma wysokość raczej krowy niż konia, ale długość była właściwa dla konia. Kolor myszaty. Tylko od grzywy do ogona biegła ciemniejsza pręga. Łeb miała wielki. Większy niż u normalnego konia. Kłaki myszatego koloru miejscami krótkie, a miejscami długie, skołtunione. Widać jeszcze nie zmieniła zimowego futra. W jej zasięgu trawa była wygryziona do ziemi. Gałęzie i kora z drzewa były zjedzone. Kiedy tak na nią patrzyliśmy przekopywała kopytem ziemię i wybierała z niej korzonki trawy. Była bardzo chuda. Była przerażająco chuda. Jej wygląd był odrażający, ale nie mobilizował nas do rzucania w nią kamieniami. Zniechęciły nas zwłaszcza rany na jej grzbiecie, przy których kłębiły się roje much. Widocznie miała źle dopasowane siodło. Zresztą Rosjanie na ogół nie stosowali siodeł. Wygląd tego bydlęcia był odrażający, ale i przygnębiający. Wysypaliśmy kamienie na ziemię i spluwając z odrazą odeszliśmy. Wracając pod wieczór zauważyłem, że mama ośmieliła się wejść na jej teren i postawić wiadro z wodą. Klacz wypiła wodę i pozwoliła mamie zabrać wiadro. Później mama zaniosła jej wiązkę siana. Przestaliśmy się nią interesować. Zapamiętałem ją jeszcze, kiedy pod wieczór przyprowadził ją sąsiad. Miała zapadnięte boki, posklejaną sierść, łeb spuszczony. Zmęczona ledwie szła. Teraz rany miała na przednich łopatkach od chomąta. Z rozmowy dorosłych wynikało, że w parze z koniem sąsiada ciągnie pług. Mówili, że sąsiad ją wykorzystuje oszczędzając swojego konia, ale pracować musi, bo sąsiad dał nam ziarno do obsiania pola. Po najeździe ruskich sytuacja była ciężka. Ruskie konie zżarły siano i zboże. Żołnierze zjedli świnie, krowy i drób. Konie, co lepsze zabrali. Nie było, czym uprawiać pola. Dobrze, że zboża ozime były już zasiane, ale nie było, co jeść. Powstała groźba głodu. Rolnicy to lud twardy i zaradny. Głodując nie poddawali się. Wszystko znów zaczęło wracać do normy. Ojca znowu wybrali, ale już nie na sołtysa, ale na precydatiela. Zimą często mama gotowała hamzę. Bardzo smakowała nam hamza. Robiło się ją w ten sposób, że do sagana z ugotowanymi kartoflami mama sypała mąkę, lała pół tygielka usmażonej słoniny i starsze dzieci trzymając sagan musiały tłuc tak długo, aż tłuczek był czysty. Gotową hamzę (czasami zwaną prażochą) mama wykładała na duży talerz i stawiała na środku stołu. Usadowieni wokół stołu kopaliśmy tunele na wylot tak, żeby drugiemu wyjadać skwarki. Naprzeciwko siedziała Irka i udało mi się podebrać jej skwarka. Ona rzuciła we mnie ciężką miedzianą posrebrzaną łyżką i trafiła w czoło. Krew siknęła aż na drugą stronę stołu, na Irkę i na mamę. Ja w krzyk. Irka w płacz i schowała się pod spódnicę mamy. Mama zaraz ją zabrała. Ja wrzeszczałem jeszcze bardziej i czekałem, kiedy wreszcie ojciec ją zleje, ale ojciec nie zrobił nic. Czułem większą złość niż ból. Po tym wydarzeniu mam dotychczas na czole znak. Z Irką postanowiłem rozliczyć się sam. Nie mogłem tego znieść, że jako najmłodsza była pupilką rodziców. Wszystko jej było wolno. Nawet ojciec nigdy nie spojrzał na nią swym mrożącym krew w żyłach spojrzeniem. Jeżeli na któregoś z nas się poskarżyła, to marny był jego los. Było zasadą, że starszy młodszego wykorzystywał i dokuczał mu. Ja byłem starszy tylko od Irki, a ona była nietykalna. Obmyślałem więc podstępne plany zemsty. Kiedyś namówiłem ją na sanki i wywiozłem na dużą połać bardzo śliskiego lodu. Z okrzykiem: „wściekły pies” zostawiłem ją na tym lodzie i uciekłem. Schowany za ścianę z radosną satysfakcją patrzyłem, jak pada, wstaje, próbuje biec i znowu pada zalewając się łzami. Największą satysfakcję miałem, kiedy wyprowadziłem ją do ubikacji. Odczekałem, żeby się usadowiła, ale nie dokończyła czynności zasadniczych i z okrzykiem: „wściekły pies” uciekłem do domu. Przybiegła zaryczana i zafajdana. Widocznie kończyła załatwianie się w biegu. Do ojca – precydatiela znowu przychodzili ludzie. Pili wódkę, gadali. Byli mniej radośni. Mieli ze sobą jakieś książeczki. Mówili o zebraniach, o partii. Mama długo kopała w skrzyni ze starymi papierami i w końcu ucieszona, że znalazła jakąś legitymację. Zdaje się, że była to legitymacja partyjna ojca świadcząca, że należał, do PSL. Pomogło to ojcu, ale nie na długo. Nie chciał zapisać się do partii komunistycznej, czym dawał zły przykład. Stracił, więc władzę. Ludzie już nie przychodzili. Nie chciał zapisać się do kołchozu, czym mocno naraził się władzy. Płot z drutu kolczastego znalazł się w odległości około 3 m od okien mieszkania. Mama straciła ogród. My straciliśmy teren do zabawy, w tym park i sad. Zostawiono drogę do rzeki. Tam można było pobiegać i kąpać się. Zostawiono nam też kawałek łąki nad rzeką. Tam pasłem krowę. Krowa teraz była tylko jedna. Kolegów nie było. Nudziłem się. Próbowałem zrobić fujarkę z gałęzi wierzby, ale niezbyt mi szło. W majsterkowaniu to dobry był mój starszy brat Stefan. Podpatrywałem jak on to robił i tak jak on ucinałem odpowiedniej grubości gałąź wierzby, lekko obstukując oddzielałem korę od drewna. W zdjętej korze wycinałem odpowiednie otwory i zabierałem się do drewna. Tu zdaje się trzeba było mieć nieco nadprzyrodzonych zdolności. Ja pamiętałem, jak to robił Stefan i starałem się dokładnie robić tak jak on. Po obrobieniu drewna naciągałem z powrotem korę, obrabiałem zewnętrzny wygląd tak żeby była ładna. Poczekałem aż podeschnie i kora przylgnie ciasno do drewna. Dmucham i .... nic. Stefanowi gra, a mnie nie. Byłem uparty. Robię więc następną i następną. Po iluś tam nieudanych próbach skapitulowałem. Twórczość swoją ograniczyłem do gwizdków. Robi się tak jak fujarki, tylko są krótsze i roboty mniej. Zrobione gwizdki mi gwizdały, a fujarki nie chciały. Kiedyś mama popatrzyła na przypędzoną z pastwiska krowę powiedziała, że jest głodna i że mleka nie będzie. Zmartwiło mnie to, bo potrawy robione bez dodatku mleka nie były smaczne. W następnym dniu zacząłem myśleć, dlaczego ta krowa była głodna? Dopiero teraz zauważyłem, że trawy na naszym pastwisku prawie nie ma. Krowa wygryzła ją niemal do ziemi. Za drutami kolczastymi, na kołchozowym pastwisku trawa była duża, soczysta. Pastwisko jak okiem sięgnąć pokryte było żółtymi kwiatami mleczu. Był to duży, puszysty, żółty dywan. Krów tam nie było. Po najeździe wojska sowieckiego, zdaje się, że i kołchoz krów nie miał. Mówili, że nasza krowa uratowała się cudem. Była to duża krowa. Była cała czarna, miała długie nogi i małe wymię. Ojciec mówił, że się ciężko doi, bo ma małe cycki. Prawdopodobnie przestraszyła się wojska i pogalopowała w dzikie zarośla białoruskich łąk. Może przestraszona wystrzałem korzystając z długich nóg wymknęła się z łapanki. Odnaleziona po jakimś czasie, wraz z tym koniopodobnym stworzeniem stanowiły podstawę naszego utrzymania. Zasługiwała więc na szczególną opiekę. Pomyślałem, żeby wpuścić krowę na pastwisko kołchozowe, ale zapora z drutu kolczastego była nie do przebycia. Poza tym bałem się kołchozowych władz. Pamiętałem, że kiedyś, kiedy paśliśmy krowy gromadnie, zajęci zabawą nie zauważyliśmy, że krowy poszły na łąki Białorusinów. Ci zajęli krowy i popędzili do swojej wioski. Mama musiała iść do tej wioski i wyprosić oddanie krów. Zdaje mi się, że wioska ta nazywała się Horoszczyce lub Horodycze. Ja jako winowajca musiałem być przy tym. Bardzo się bałem, żeby mnie nie pobili. Białorusin zapytał czy to ja wtedy pasłem krowy? Przyznałem się. Później zapytał czy teraz lepiej będę pilnował krów? Obiecałem. Białorusin oddał krowy i nawet mnie nie skrzyczał. Był to spokojny i dość miły lud . Najlepszym moim przyjacielem był Iwan, syn kulawego Białorusina mieszkającego na wzgórzu. Nie zauważaliśmy różnic narodowościowych. Nie pobili mnie i oddali krowy. Musiałem tylko obiecać, że od tej pory będę dobrze pilnował krów. Teraz bardzo się bałem, żeby kołchoźnicy nie zajęli mi krowy, bo mogli nie oddać. Oni przecież bardzo potrzebowali krów. Zacząłem więc rwać zielsko na polu i nosić je krowie. Dumny przypędziłem krowę z wypchanym dużym brzuchem. Krowa była zadowolona. Mama też. Na mamie ciążył wtedy obowiązek nakarmienia siedmioosobowej rodziny. Poznaliśmy smak pokrzywy, lebiody i innych zielsk, których nazw nie pamiętam. Poznaliśmy, czym na wsi jest przednówek. Dla rolników przednówek był okresem, kiedy zapasy zimowe zostały zjedzone, a żywność nowa jeszcze nie urosła. Mało było takich, którym zapasów zrobionych w poprzednim roku starczało do nowych zbiorów. Wiosną był przednówek i rolnicy głodowali. Skończyła się żywność. Skończyła się pasza. Głodowali ludzie. Głodowały zwierzęta. Wyganiane na pastwisko krowy często były tak chude, że nie miały siły chodzić. Chude były dzieci. Chudzi byli dorośli. Najszybciej wiosną rosną chwasty. Niektóre z nich zjadane były przez zwierzęta. Mama uznała, że jeżeli zwierzętom nie szkodziły to i ludziom nie powinny zaszkodzić. Jednego dnia mieliśmy na stole gotowaną pokrzywę. Drugiego lebiodę, krwawnik, czy mlecz. Jeśli mama znalazła odrobinę mąki lub kaszy i posypała tym zielsko, to było smaczniejsze. W bagiennym lesie koło kościoła rosły bardzo gęsto wysokie olchy. Na najwyższych gałęziach tych drzew wrony miały gniazda. To było wronie mrowisko. Pisklaki wronie już dorastały. Zaczynały wyrastać im pióra. Były wielkie i tłuste. Kiedy pomyśleliśmy jak mogą być smaczny. to zaślinieni zaczęliśmy kombinować jak się do nich dostać. Trudno było tam wleźć. Drzewa były wysokie i cienkie. Podmuchy wiatru wyginały je we wszystkie strony. Wleźć na sam cieniutki czubek do gniazd groziło złamaniem drzewa, upadkiem i śmiercią. Znalazł się jednak odważny. Widać perspektywa wypchania brzucha nie powstrzyma głodnego przed ryzykiem śmierci lub kalectwa. Wyrzucane przez niego z gniazd pisklaki tłuste i ciężkie po upadku na ziemię zamieniały się w krwisty placek z jelitami na zewnątrz. Nie wyglądały zachęcająco. Poszliśmy po torby. Uradowany przyniosłem mamie torbę żywych jeszcze wronich pisklaków. Mama wcale nie była zadowolona i wypędziła mnie z domu razem z tymi pisklakami. Zacząłem wyrzucać je w krzaki. Zwęszył je kot i zaraz rzucił się na nie. Pomyślałem, że resztę dam koledze. Matka kolegi wzięła ode mnie te pisklaki i po niedługim czasie przyniosła nam po trzy gotowe do jedzenia. Były super. Kości też dały się pogryźć. Zjedliśmy, więc z kościami. W następnych wyprawach już nie uczestniczyłem. Pisklaki szybko obrastały piórami i chudły. Przestawały być atrakcyjne. Kolegom jednak udało się znacznie zmniejszyć pogłowie wron. Pamiętam, z jaką lubością patrzyłem na pierwsze snopki żyta młóconego przez ojca cepami. Będzie z niego mąka, a z niej chleb. Nareszcie będziemy jedli chleb. Mama napaliła w piecu chlebowym, rozgarnęła żar na brzegi i do przodu. Na łopacie drewnianej z długim trzonkiem wyłożonej liśćmi chrzanu mama układała kule wyrobionego ciasta lekko je ugniatając. Ojciec wkładał je do pieca. Czekaliśmy z lekkim niepokojem na wypiek, który nie zawsze był udany. Ciasto mogło nie wyrosnąć lub wyrosnąć i opaść. Zamiast bochna chleba dostawało się placek zakalcu. Zależało to od wielu czynników. Przede wszystkim ciasto w dzieży należało dobrze wymiesić. Ojciec mył prawą rękę do ramienia. Dłoń zaciskał tworząc coś w rodzaju tłuczka i tak jak się tłucze kartofle, tłukł aż ciasto przestało się kleić do ręki. To wymagało siły i zawsze robił to ojciec. Czekaliśmy na wypiek w ciszy i z niepokojem. Czas się dłużył. W obecności ojca nie odważyliśmy się ponaglać mamy, żeby sprawdziła czy już. Wreszcie jest! Wielkie bochny, lekko przypalonego od góry żytniego razowca. Brzegami nieco popękane, czyli wszystko tak jak powinno być. Będzie wyżerka! Koniec z głodem! Ojciec tą drewnianą łopatą, którą wkładał do pieca teraz wyjmuje z pieca mama przenosi i układa na łóżku. Przykrywa pierzyną i my musimy znowu czekać śliniąc się. Wreszcie ojciec wyjął jeden bochen, zrobił nożem znak krzyża na nim i przekroił na pół. Podał następnie nóż mamie i mama kroiła na kromki dla każdego po jednej. Musieliśmy jeszcze trochę poczekać żeby wystygły i wreszcie jemy. Kromki są małe i ojciec nakazuje jeść wolno żeby nie zaszkodził. Dopiero jak wystygnie całkiem dostaniemy więcej. Przeżyliśmy przednówek, więc lato przeminęło szybko i przyjemnie, ale zima była ciężka. Zima Nastały silne mrozy i zamiecie śnieżne, co też trzymało ludzi w domach. Pamiętam, że nie wolno nam było wyłazić spod pierzyny, aż w mieszkaniu zrobi się ciepło. Ojciec przynosił do mieszkania naręcze narąbanego drewna i rozpalał w kuchni. Najpierw kładł wiecheć słomy. Później drzazgi i drobne polana z kłód suszonych od wczoraj za piecem. Podpalał słomę i czasami dmuchał. Później dokładał kłody dzisiaj przyniesione. Kiedy już w kuchni huczał ogień to wstawała mama i zaczynała gotować. Jak już ciepło było w całej izbie i zaczynał topnieć lód na szybach, to mogliśmy i my wyłazić z łóżek. Zima oznaczała ciężkie czasy dla nas. Musieliśmy siedzieć w domu. Mama i tato razem, to już atmosfera wojenna. Do tego jeszcze pięcioro niesfornych dzieci w jednej izbie. Nie wiem, co było gorsze. Paniczny strach, kiedy rodzice się kłócili, czy siedzenie cicho i prawie w bezruchu między kłótniami. Kiedyś śnieg zasypał nasz dom po dach. Mimo późnego dnia w mieszkaniu było ciemno. Nie wiem jak ojciec wydostał się z mieszkania. Kiedy my wyszliśmy z domu, to przy ścianie domu był już wielki rów , który rozgałęział się do zabudowań gospodarczych i do wychodka. Na sikanie nie chodziliśmy do wychodka, ale sikając w ścianę tego śniegu, robiliśmy nory o kolorowym zabarwieniu śniegu wokół. Ponieważ śnieg leżał długo, więc ściany rowu przypominały współczesne graffiti. W owym czasie i na tamtejszym terenie były cztery pory roku, a każda wyrazista i stabilna. Teraz, tu we Wrocławiu są tylko trzy pory roku i to niezbyt wyraziste. Zima połączyła się z jesienią i tylko przelotnie występują opady śniegu i mróz rzadko przekracza minus 10 stopni. Tam i wtedy były tygodnie, a nawet wiele tygodni, że temperatura wahała się około -20 stopni. Śnieg zaczynał padać na „wszystkich świętych” („Wszyscy święci – śnieg się kręci”) i leżał aż do kwietnia. Były dni odwilży i dni słoneczne, ale wtedy rozpuszczała się tylko górna, cienka warstwa śniegu. Wieczorem zwykle wracał mróz i z dachu zwisały lodowe sople, a na polu tworzyła się twarda, lodowata warstwa śniegu. Po tej warstwie lekko ślizgały się sanki. Można było też po niej chodzić, choć czasami skorupa lodowa załamywała się i wpadało się w głęboki śnieg. W dniach i tygodniach z mniejszymi mrozami bawiliśmy się w budynkach gospodarczych. Czasami mróz trochę zelżał, ale śnieg zostawał. Dróg nie odkopywano, ale jeżdżono sankami po śniegu. Taka jazda była urozmaicona. Czasami konie brodziły po brzuchy w śniegu, a sanki sunęły lekko po twardej skorupie śniegu, a czasami i sanki się zapadały i trzeba było złazić z nich, zdejmować ciężary i wyciągać sanki. Jazda sankami po śniegu radowała wszystkich. Wypoczęte konie z przyjemnością galopowały, a pasażerowie sanek wcale nie narzekali, kiedy sanki na zakrętach wywracały się. Powstało coś w rodzaju szaleństwa saneczkowego. Raptem wszystkim zachciało się składać sobie wizyty. Zaczęło się bujne życie towarzyskie. Spotkania odbywały się kolejno przede wszystkim w domach panien. Panny do umówionego domu dowożone były wraz z kołowrotkami (kółkami) na sankach. Tam przędły na tych kółkach nici lub też darły pierze na poduszki. Nie pamiętam tylko, czy darły pierze własne, czy też gospodarza zapraszającego, fundującego kolację i umożliwiającego tańce. O umówionej godzinie kończyły pracę, ustawiały stoły i zaczynała się kolacja. Początkowo kawalerowie i panny razem przyjeżdżali. Panny zabierały się do roboty, a kawalerowie zagadywali je, podszczypywali i stosowali inne zalecanki. Robili zamieszanie i pożytku z pracy dziewcząt nie było wiele. Ustalono, że chłopcy będą mogli wejść dopiero na kolację. Gromadzili się, więc przed domem, pili wódkę i głupie myśli przychodziły im do głowy. Kiedyś do pokoju, w którym dziewczyny darły pióra, wrzucili wronę. Dziewczyny narobiły pisku, rozsypały piór , które rozdmuchane wypełniły cały pokój. Wystraszone i nie mające, czym oddychać dziewczyny zaczęły wyskakiwać z pokoju upierzone jak ptaki. Chłopcy pokładali się ze śmiechu, ale wrona strąciła jedną z latarek oświetlających pokój i omal nie powstała pożaru. Zabroniono, więc chłopcom przebywania na terenie gospodarstwa. Ostatecznie ustalono, że chłopcy będą przyjeżdżać na samą kolację. Na tą godzinę ozdobionymi końmi z dzwoneczkami na szyjach i zaprzęgniętymi do wymoszczonych sań przyjeżdżali kawalerowie. Kto nie miał sań lub odpowiedniego konia, to zabierał się z kolegą. Każdy miał ze sobą flaszkę i czasami coś smacznego do zjedzenia. Najedzone i nieco podpite towarzystwo wynosiło stoły i zaczynały się tańce. Nie wiem, na czym grali do tańca. Przypuszczam, że na grzebieniach. Po najeździe Ruskich z muzyką nie było już problemu. Oni mieli dużo sprzętu muzycznego. Były to przeważnie gitary i bałałajki. Sporo było też harmonii dwu i trzy rzędówek typu „BAJAN”. Rosjanie byli bardzo muzykalni i ładnie śpiewali. W owym czasie modne było śpiewanie. Przy wolnych tańcach dziewczyny śpiewały swoim partnerom do ucha. Między chłopcami była ostra konkurencja. Każdy chciał przywabić do swoich sanek, co ładniejszą dziewczynę. Czasami dochodziło tu do mordobicia. Właściwa zabawa zaczynała się dopiero, kiedy towarzystwo znalazło się w saniach. Wszystkie sanie ruszały jednocześnie i galop. Wywrotek było bez liku i o to właśnie chodziło. Chłopcy specjalnie ustawiali się tak, żeby spadając z sań spadać na dziewczynę i tam przytrzymać ją trochę. Dziewczyny przed tym nie wzbraniały się specjalnie. Zmęczeni, syci wrażeń, emocji, a czasami też seksu, wracali nad ranem do domów. My, młodsze pokolenie podglądaliśmy i podsłuchiwaliśmy starszych, ale mieliśmy swoje rozrywki. Czasami te nasz rozrywki dorównywały brutalnością rozrywkom dorosłych. Zimą suki miały cieczkę. Do naszych suk zlatywały się psy z dalekich wiosek i prowadziły ze sobą walki. Było, na co popatrzeć i można było pokibicować. Dla odmiany urządzaliśmy polowania. Na jednym z założonych wnyków (drucianych pętli) zobaczyliśmy wielkiego i groźnego psiska. Warczał, szczerzył kły i szarpał się, żeby nas zaatakować. Baliśmy się podejść, więc zrobiliśmy zawody w celowaniu kamieniami w niego. Po kilku trafieniach szarpał się już nie w naszą stronę, ale w kierunku ucieczki. Wtedy już śmielej podeszliśmy i zaczęliśmy okładać go kijami. Już nie warczał, ale skomlał, piszczał i skowyczał. Im głośniej się darł, tym mocniej biliśmy. W końcu po kilku mocnych uderzeniach w łeb przestał się drzeć. Przestał też się ruszać. Nie ożywiły go nawet kopniaki. Przestał, więc nas interesować i poszliśmy sobie. Kiedy pod koniec dnia przechodziliśmy tamtędy, pies stał. Łeb miał opuszczony i charczał jakby się dusił. Widocznie zaciśnięty na szyi drut utrudniał mu oddychanie. Nasze pojawienie się powitał przyjaznym merdaniem ogona. Kiedy podeszliśmy bliżej, to położył się na plecach. Wiedzieliśmy, że w psim języku oznacza to uległość i poddaństwo. Niezbyt ufając psiej szczerości, zachowując ostrożność zdjęliśmy mu pętlę. Wstał i zamiast uciekać jak przewidywaliśmy, zaczął krążyć wokół nas merdając ogonem. Był posłuszny i wykonywał nasze polecenia. Zachowywał się zupełnie jakby był naszym psem. Kończył się dzień. Byliśmy syci wrażeń i głodni. Szliśmy do domu. Pomyśleliśmy, że pies też może być głodny. Do domu nikt nie chciał go wziąć. Przynieśliśmy mu, więc jedzenie, picie i zostawili na dworze. Nazajutrz na gwizdnięcie zjawił się i radosnym poszczekiwaniem powitał nas. Znowu stał się silny i groźny. Atakował wszystko dookoła. Musieliśmy bronić ludzi i zwierząt. Odstraszył nawet nasze psy. Dorośli zaczęli nalegać na pozbycie się go. Pies nie chciał nas opuścić. Powstał problem. Po przemyśleniu wzięliśmy baty, odeszliśmy daleko od domu i zaczęliśmy go odpędzać. Bez skutku. Zaczęliśmy lekko batem po ogonie (żeby zabolało, ale nie zrobiło krzywdy). Popiskiwał, odskakiwał, ale się nie oddalał. Dopiero jak zaczęliśmy rzucać w niego śnieżkami, zaczął uciekać. Widocznie pamiętał nasze celowanie kamieniami. Wracaliśmy, a on podbiegał za nami. Kiedy znowu zaczęliśmy w niego rzucać, oddalił się nieco i usiadł. Tak zostawiliśmy go wchodząc do budynku. Więcej już nie widzieliśmy go. Widocznie wrócił skąd przyszedł. Zabaw z obcymi psami nie zaprzestaliśmy. Czekaliśmy aż pies z suką szczepią się. Wybiegaliśmy wtedy z kijami. Pies dawał drapaka, a suka ciągnięta jak worek podskakiwała za nim. Goniliśmy, aż się oderwała. Bardzo to nas bawiło. Kiedyś taki pies zagoniony między płoty zmuszony został do skoku przez płot. Pies przeskoczył. Suka nie. I tak zawiśli na penisie. Pies z jednej strony płotu, suka z drugiej. Dobiegliśmy i kijami po penisie. Rozczepili się. Pies skowycząc pogalopował. Nie wiem, czy przeżył. Suce nic się nie stało. Bliskie spotkanie ze śmiercią nr 1 Kończyła się zima. Rzeka wylała. Rozlewiska zamarzły. Zaczęło się szaleństwo na lodzie. Początkowo ślizgawki, jazda na podkówkach. Jeszcze przed wojną mama kupiła wszystkim żółte kamasze „Bata”. Teraz się przydały. A zwłaszcza ich podkówki. Jeździliśmy na nich jak na łyżwach. Poza tym dawały możliwość wykorzystywania nawet małych kałuż, jakie zdarzały się po drodze. Miło było szpanować tym przed kolegami. Ocieplenie postępowało i rzeką zaczęły płynąć kry. Dużo emocji dostarczało nam pływanie na krach. Szło się w górę rzeki już nie zamarzniętej, wskakiwało na krę i płynęło na niej, aż do miejsca gdzie rzeka była zamarznięta. Po drodze moja kra pełniąca rolę tratwy ścierała się z innymi tratwami. Przy takim spotkaniu, któraś z nich mogła się pokruszyć, albo stanąć sztorcem i dostać się pod spód. Należało być uważnym i w porę przewidzieć wynik spotkania. Zderzenie z małą krą było bezpieczne. Rozpadała się mniejsza. Jeżeli przeciwnikiem była duża kra to na moment przed zderzeniem trzeba było przeskoczyć na krę większą. Jazdę na krze rozpoczynało się przy brzegu. Poprzez spotkania i innymi krami, kra ta mogła być wypchnięta na środek rzeki. Można było na środku rzeki znaleźć się poprzez przeskakiwanie z kry na krę wybierając tą bezpieczniejszą. Pamiętam do dziś strach, jaki odczułem, kiedy zobaczyłem brzeg bardzo daleko, a wokół morze wody pokrytej bryłami lodu i słyszałem głuchy trzask skruszonej kry. Akurat wtedy byłem sam. Koledzy na innych krach byli daleko. Modliłem się, żeby szybko dopłynąć do zamarzniętej całej rzeki i po suchym lodzie dostać się na brzeg. Jednocześnie bałem się tego spotkania z zamarzniętą rzeką. Wiedziałem, jaki tam jest zator lodowy tworzący miejscami bardzo wysokie barykady. Zbliżam się właśnie do takiej barykady z tafli lodowych. Mam szczęście. Przede mną niezbyt wysoka barykada z prawie pionowo ustawionych płyt. Płyty te są w ruchu i trzeszczą. Co tam. Muszę działać. Patrzę na krawędź płyty mojej tratwy. Zbliża się. Mały miękki rozbieg (żeby się nie poślizgnąć) i skok. Jak najwyżej. Jak najdalej. Chwytam się najwyżej sterczącej tafli i przerzucam ciało na drugą stronę barykady. Ześlizguję się na płaski lód. Jestem uratowany. Huk straszny. Lód pęka coraz dalej. Szukam bezpiecznej drogi do brzegu. Biegnę. Jeszcze jeden długi skok i wdrapuję się na wzgórek rozmarzniętej mokrej ziemi. Och, jak miło poczuć pod sobą ziemię, mimo, że jest mazista i zimna. Wstaję. Zabłocony i mokry, żeby nie zmarznąć biegnę szybko do domu. Jeszcze teraz pamiętam żywo to uczucie strachu i świadomość niebezpieczeństwa. Dziwię się też, że nie zdarzył się żaden groźny wypadek. Rodziców jakby nie interesowało, co robimy poza domem. Ważne było, żebyśmy byli zdrowi i nie demolowali mieszkania jak i pomieszczeń gospodarczych. Nie mogli też znieść rzępolenia na harmonii, którą nam mama kupiła od Ruskich. Stefanowi zaczęło coś wychodzić, a ja byłem zazdrosny i ambitny. Musiałem mu dorównać. Męczyłem się tak długo, aż zagrałem tak jak on. Tolerancja rodziców miała jednak granice. Starali się dzieci nakarmić, ubrać i wypchnąć na dwór. Nie mieli czasu zajmować się ich zabawami. Śnieg topniał, wody spływały, ziemia wysychała. We wsi znowu pojawili się handlarze. Były to przeważnie kobiety z miasta niosące w chustach założonych na plecy ubrania, obuwie i różne artykuły przemysłowe. Chodziły od wioski do wioski, od chałupy do chałupy wymieniając przyniesione artykuły na kury, mięso, jaja, słoninę i inne artykuły spożywcze. Granica oddzielająca część zajętą przez Niemców od części zajętej przez Ruskich przebiegała kilka kilometrów od Wieliczkowa. Pilnujący jej Niemcy pochodzili chyba z pogranicza Polsko – Niemieckiego, bo trochę mówili po polsku. Nie byli nadmiernymi służbistami. Zatrzymanym handlarzom zabierali to, co im się podobało. Zabierali przeważnie alkohol, jaja i drób. Resztę oddawali i przepuszczali. Jeśli ktoś nie miał nic, co by im się podobało, to zawracali go. Powtarzano we wsi i śmiano się, jak strażnik zawracając kobietę mówił jej, że „ granica zapsita (zamknięta ). Idź do diabła kobita” Wiosna W końcu przyszła wiosna i wypędziliśmy krowy na pastwisko. Nasze zabawy nie wróciły. Nie spotkaliśmy się z kolegami w dawnej dużej grupie przy pasieniu krów. Kołchozowi paśli krowy osobno, a ja osobno. Było nudno i smutno. Nie nudziłem się zbyt długo. Na początku lata Ruskie uciekli. Ja tej ucieczki nie widziałem, ale mówili, że uciekali pojedynczo, grupowo, a niektórzy w kalesonach. Kołchoz przestał istnieć. Ogrodzenia z drutem kolczastym zlikwidowano i mogliśmy paść krowy razem. Znowu było fajnie. Sołdatów wziętych do niewoli Niemcy porozdzielali rolnikom w ilości zależnej od wielkości gospodarstwa. Dla mężatek nie mających mężów przydział był obowiązkowy. We wsi nieoczekiwanie pojawiła się spora grupa młodych zdrowych mężczyzn. Rosjanie wiadomo lud rozpity, roztańczony, rozśpiewany. Zaczęło się bujne życie towarzyskie. Po pracy. Wieczorami zbierała się młodzież przed domem, w ogródku lub w sadzie i grali na gitarach, mandolinach, a czasami też na harmoszce. Tańce były polskie, ale czasami był kozaczok. Znali bardzo dużo czastuszek, czyli krótkich, satyrycznych, sprośnych i melodyjnych utworów. Wszyscy szybko tego się nauczyli i bawiąc się w kółko poprzez czastuszki prawili sobie komplementy lub złośliwości. A wyglądało to tak: Młodzież ustawiała się w kółko trzymając się za ręce. Kółko obracało się. Jedna osoba do środka i śpiewano jej np. Garmanist. Garmanist Kak tibie nie wstydno Za twoim gorbatym nosom Nicziwo nie widno Dla dziewczyny z dużą dupą I ja taka I ty taka Czom u tebe bilsza sraka Mene chłopci lipsz lubyły Bilszu sraku rozrobyły Dla nowożeńca lub kułaka ( bogacza) Wesołuj sia chuju Wezut mołoduju Stanowy sia prutko Bo wywezut ( na Sybir) chutko Dla dziadka Hej wy diwki kurwy, bladi Nie chaditie wy do diadi Etoj diadia nie kaleka chujem zdiełajet czeławieka Tych czastuszek znaliśmy masę. Cóż, te łagodniejsze szybciej wylatują z pamięci. Nauczyliśmy się śpiewać różnych piosenek, zwłaszcza masowych. Dużo piosenek było romantycznych i melodyjnych. Często wyrażały one tęsknotę. Kiedy poduczyliśmy się grać na naszej harmoszce to graliśmy je wieczorami. Było wesoło i fajnie jak nigdy dotąd. Niemcy spowodowali, że w oborze były krowy, w stajni konie, a w świniarni świnie. Pamiętam, że jedna kobieta bardzo płakała i lamentowała, kiedy zabierano jej ostatnią krowę. Ojcu nakazano być zarządcą. Było niby jak dawniej tylko krowy były policzone i oznakowane, konie też. Wszystko, co było hodowane musiało być zapisane i oznakowane. Nie pamiętam czy kury i króliki były znakowane i liczone. W wyznaczonym dniu Niemcy musieli dostać wyznaczone sztuki o zaplanowanej wadze. Zboża nie znakowano, ale były obowiązkowe dostawy w ilości i asortymencie. Ludzie, żeby coś mieć dla siebie kopali np. dołek w stodole, nakrywali go słomą i tam hodowali prosiaka. Były częste kontrole i rewizje. Jeżeli rewizja takie coś ujawniła to rolnik, czasami i cała jego rodzina była zastrzelona. Władzę w terenie sprawował wójt. Był to mały, gruby Niemiec o dość sympatycznym wyglądzie. Kochanką jego została ta ładna siostra Tadka Kulika – tego co rozpędzał zabawy. Izbę Kulików wyremontowano. Zrobiono tam pokój kuchnię i przedpokój. Drzwi i okna wymieniono. Ścianę zewnętrzną otynkowano. Stał się ładniejszy od naszej izby. Ojciec, co jakiś czas musiał składać meldunki o sytuacji w gospodarstwie. Wybierając się do gminy zabierał alkohol pieczonego prosiaka lub gęś. Ja zabiegałem o pozwolenie na zabijanie gęsi. Lubiłem to. Ażeby gęś nie trzepotała skrzydłami to ściskałem ją między nogami. Lewą ręką dziób przyciskałem do szyi i czubek noża wbijałem między czaszkę, a szyję. Krew sikała silnym strumieniem na dość dużą odległość. Odległość tą zaznaczałem i sprawdzałem, która gęś dalej siknie. Robiłem to ukradkiem – kiedy nikt nie widział. Jeżeli ktoś był to musiałem strumień kierować do miski i mama to zabierała. Z tych gęsi i prosiaków mama potrafiła wygospodarować jeszcze inne smakowitości. My też mieliśmy korzyść z tego, że wójt lubił zjeść i wypić. Ojciec wracał z gminy często nieźle wstawiony. i czasami opowiadał ciekawe rzeczy. Kiedy ucztowali z wójtem przyszła kobieta ze skargą, że ją mąż bije. Wójt kazał jej poczekać i posłał po męża. Po kilku pytaniach wyprowadził męża na dziedziniec i spuścił psa. Pies zaczął ganiać delikwenta od płotu do płotu i rwać na nim odzież. Publika miała niezłe widowisko. Po mężu na dziedziniec wyprowadzono żonę. Tu była większa zabawa. Kobieta piszczała i darła się. Pies najpierw zdarł z niej długą spódnicę, później poszarpał bluzkę, a w końcu ściągnął z niej galoty i tak ganiał gryząc w gołą dupę. Kiedy pokaleczona i pokrwawiona w końcu padła to psa odciągnięto. Małżonkom kazano się umyć uklęknąć naprzeciw siebie, pocałować się i przysiąc, że odtąd będą już żyli w zgodzie i miłości. Małżonkowie w objęciach, przytuleni, dostali pozwolenie powrotu do domu. Pan wójt lubił żarty i rzymskie widowiska. Nasz byt materialny jednak się poprawił. W stosunku do czasu kołchozowego to znacznie się poprawił. Zabijając jednego małego prosiaka można było zaryzykować i zabić drugiego większego. Można było samemu coś zjeść i od handlarzy coś kupić. Wójt lubił żartować, ale nie był zbyt dociekliwy. Tylko ojciec mógł się przy nim rozpić, bo wyjazdy miał coraz częstsze i wracał bardziej wstawiony. Głowę miał mocną i pijanego ojca nigdy nie widziałem, ale wyjazdy te mu się podobały i było ich coraz więcej. Kiedyś zamiast konia sam zaprzęgnięty był do wozu. Ojciec ciągnął wóz, a koń szedł z tyłu za wozem. Cała wieś trzęsła się ze śmiechu. Ojciec mówił, że to był zakład. Ja podejrzewam, że to mógł być żart pana wójta. Na szczęście. Albo raczej na nieszczęście zabrano wójta żartownisia a przysłano wójta wielkiego i chudego ascetę. Ten pierw strzelał, a później patrzył, do kogo. Na myślenie za co nie miał czasu. Ojciec rzadziej jeździł do gminy i wracał trzeźwy i jakby przestraszony. Na drzwiach pomieszczeń gospodarczych pojawiły się kłódki a klucze zawsze miał przy sobie. Robiło się coraz gorzej. Ilość Niemców zagęszczała się. W sąsiedniej wiosce zbudowali posterunek- bazę z okopami i zasiekami z drutu kolczastego. W naszej wiosce rolnik orał pole. Przejeżdżający drogą Niemcy strzelili do niego. Wystraszony rolnik podniósł ręce. Zawołali go . Kazali zdjąć czapkę, uklęknąć i kłaniać się do ziemi. Inny rolnik w podobnej sytuacji próbował uciec i został zastrzelony. W innej wiosce w podobnej sytuacji rolnik został ranny. Na podwórku naszego domu kilku podpitych Niemców kazało młodemu człowiekowi uciekać. Jeden chciał od razu do niego strzelać. Pozostali powstrzymali go, aż uciekający odbiegnie dalej, po czym kolejno zaczęli do niego strzelać. Po pierwszym nieudanym strzale, uciekający zaczął biec zygzakiem, padać i dalej szybko biec. Kibicowaliśmy uciekającemu. W końcu padł i nie podniósł się. Niemcy odczekali chwilę po czym zaczęli sobie gratulować i poszli dalej pić. My wiedzieliśmy, że w miejscu gdzie upadł uciekinier był rów. Tym rowem mógł dostać się do koryta rzeki oddalić się w sposób niewidoczny. Pobiegliśmy sprawdzić. Uciekiniera nie było. Byliśmy zadowoleni. Niemcy postępowali tak jakby szukali okazji, żeby kogoś zastrzelić. Zachowanie Niemców odebrało ludziom ochotę do zabawy. Jeńcy rosyjscy mieli obowiązek raz w tygodniu meldować się na komisariacie. Któregoś dnia, ci, co poszli się meldować już nie wrócili. Powstał popłoch. W ciągu jednej nocy wszyscy jeńcy zniknęli. Mówiono, że poszli do partyzantki. Z miasta dochodziły wieści o łapankach, o zabijaniu Żydów, o mordowaniu innych niewinnych ludzi. Wszystkich ogarnął strach. Niektórzy uciekali do partyzantki. Ilość partyzantów się zwiększała. W dzień rządzili Niemcy. W nocy partyzanci. Nie było trudno znaleźć pociski karabinowe, armatnie. Uciekający Sowieci porozrzucali wszystko. Nauczyliśmy się rozbrajać je i wykorzystywać do swoich potrzeb. My robiliśmy pociski w sposób następujący: do korka butelki mocowaliśmy kawałek tkaniny i podpalaliśmy ją Do butelki sypaliśmy proch z dwóch pocisków karabinowych. Zatykaliśmy nim butelkę i rzucali ją do góry. W najwyższym punkcie wysokości proch padał na tlącą się tkaninę, następował zapłon. Butelka rozrywała się, co powodowało huk i duży , dobrze widoczny w nocy efekt świetlny. Nie mogę zrozumieć dlaczego te butelki nie rozrywały się nam w rękach? Rozumiał to chyba Stefan mój 12 letni brat. On był naszym specem od spraw broni. Rozbrajaliśmy też pociski armatnie. Proch z takich pocisków wyglądał jak płyty CD. Krążek taki podpalony rzucaliśmy w górę. Takie zabawy urządzaliśmy w bardzo ciemne noce w najwyższym wzniesieniu wioski. Było to bardzo widowiskowe i widoczne z daleka. Takie fajerwerki ciemną nocą mogły narobić sporo zamieszania wśród partyzantów jak i wśród Niemców. Najczęściej robiliśmy to na polu za stodołą Białorusina, ojca mojego przyjaciela, Iwana. Noc była bardzo ciemna, cicha i bezwietrzna. Szło nam bardzo dobrze, kiedy usłyszeliśmy warkot silników. Cichy warkot dochodził z dwu stron. Uznaliśmy, że to Niemcy nas okrążają. Wpadliśmy w popłoch i noga każdy winną stronę. Przypuszczając, że mogą nas tropić przy pomocy psów, biegłem zygzakiem skokiem w bok zmieniając kierunek tak żeby dla psa trop się urywał. Później wszedłem do strumyka . Przeszedłszy kawałek w kierunku przeciwnym do ucieczki, wyszedłem na tą samą stronę strumyka, z której wszedłem. Teraz, kiedy to wspominam dziwię się jak duże umiejętności mieliśmy mając zaledwie około 10 lat. W następnym dniu dowiedzieliśmy się, że Niemcy byli tam rzeczywiście. Pościgu jednak nie było. Ślady bosych, dziecięcych stóp i pozostawiony sprzęt, widocznie przekonały ich, że to nie była partyzantka. Niemcy nasilali dyscyplinę i kontrole odbywały się częściej. Rolników, którzy nie wywiązywali się z dostaw, Niemcy poddawali represjom. Rolników, którzy wywiązywali się z dostaw partyzanci poddawali represjom. Nasze gospodarstwo jako największe było pod czujną obserwacją jednych i drugich. Ojciec miał sporo przyjaciół w okolicy, więc partyzanci przychodzili pojeść , popić i nie byli specjalnie dokuczliwi. Gdyby Niemcy się o tym dowiedzieli , to z nami byłby koniec. Na razie u Niemców też miał dobrą opinię. Nie taką jak u poprzedniego wójta, ale ten też szanował ojca. Zdarzył się jednak bardzo niebezpieczny przypadek. Kobiety, które pracowały przy młóceniu zboża znalazły w stercie słomy Żyda. Za udzielenie pomocy, lub ukrywanie żyda Niemcy zabijali. Kobiet było kilka, więc tajemnicy być nie mogło. Kobiety namawiały Żyda, żeby uciekał, ale on był ledwie żywy lub chory i nie chciał odejść. Wystraszone kobiety rozbiegły się. Ktoś musiał donieść Niemcom. W tej sytuacji musiał to zrobić ojciec. Przyjechał Niemiec na rowerze. Przezywano go Wściekły. Zdaje się Wściekły Fryc, albo Franc. Kazał Żydowi położyć się w rowku i strzelił mu w tył głowy. Zajścia tego nie widziałem, ale widziałem na ziemi krew niezbyt dokładnie przysypaną. Za jakiś czas przyszli partyzanci. Wyprowadzili ojca . Kazali mu się położyć dokładnie na miejscu Żyda. Ojciec usłyszał trzask zamka karabinu, zacisnął zęby i mocno zatkał uszy żeby nie słyszeć wystrzału. W tym momencie chyba urwał mu się film, bo nie wiedział żyje czy jest już martwy. Niczego nie słyszał. Niczego nie czuł. Pomyślał, że tak widocznie wygląda śmierć. Zaczął jednak sprawdzać poruszając nogami. Kiedy otworzył oczy była cisza i nie było nikogo. Po tym zdarzeniu łysina ojca zaczęła się szybko powiększać, a pozostałe włosy siwieć. Od tej pory ojciec już nie nocował w domu. Po jakimś czasie nikt w domu nie nocował. My właziliśmy do swoich kryjówek, a mama też się gdzieś chowała. Mieszkanie było otwarte. W szafie stała butelka bimbru, kawałek chleba, czasami coś do chleba. Nieszczęścia chodzą parami. W niedługim czasie spłonęła stodoła z oborą. Ponieważ był dzień i lato, więc budynki były raczej puste, ale była wystarczająca ilość słomy, żeby ogień się szybko rozprzestrzenił bez szans na ugaszenie. Krótkie dochodzenie wyjaśniło, że podpalaczami była grupka 2-4latków rozpalających ognisko w stodole. Wśród nich był zdaje się synek mamy siostry – Moniki. Ten wściekły Fryc uparł się, żeby powrzucać maluchów do ognia dopalającej się obory. Kobiety zrobiły straszny lament. Klękały. Całowały Szwaba po nogach. W końcu ustąpił. Chudy bandyta, wójt, kazał zlikwidować gospodarstwo. Ojciec w tym czasie miał chyba u Niemców przechlapane, bo nie uczestniczył nawet w likwidacji gospodarstwa. Pamiętam, że mama stała w oknie i płakała, kiedy prowadzono naszą krowę. Taki stan trwał tylko przez zimę. Wiosną był nowy wójt i w oborze pełno bydła. Wróciły też nasze krowy. Ojciec wrócił na dawne stanowisko. (...)"
komentarze: 0
Ja_wojownik
  • Ocena: 0.0 na 5
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
" I. Wstęp 1. Rys historyczny Urodziłem się i do pierwszej klasy chodziłem kiedy Polska była niepodległa, chrześcijańsko - kapitalistyczna. Hasłem naczelnym był Bóg, Honor, Ojczyzna. W tej kolejności życie polityczne i społeczne się toczyło. Przede wszystkim Bóg, a później Honor, a Ojczyzna gdzieś tam na trzecim miejscu. W tych czasach rolnik, nazywany był chamem. Ponieważ ojciec mój był rolnikiem mogę powiedzieć, że urodziłem się w rodzinie chama. Urodziłem się więc jako cham. Kiedy jechał dziedzic to te chłopy, chamy musieli stawać i czapki zdejmować. Kiedy łaskawie przemawiał to też musieli stać cicho, czapki w rękach i słuchać. Mordy w kubeł. Liczyła się jeszcze szlachta (dziedzice). Dalej to fabrykanci, ludzie wykształceni, urzędnicy i inteligencja. Naród wychowywany był wg tych trzech haseł no i jeszcze ubocznie nasączany był nienawiścią do Bolszewików i Żydów. Bolszewik to było krwiożercze stworzenie, bestia która rozszarpywała i mordowała ludzi. To ociekający krwią bandyta. Utkwił mi w pamięci obraz bolszewika zamieszczony w gazecie. Wielki łeb wilka w ruskiej czapce z wielką czerwoną gwiazdą. Wywalone krwawe ślepia, wielkie kły i z pyska cieknie piana. Później sam chodziłem w takiej czapce. Nie była taka straszna. Czapka ta u góry zakończona była ostrym czubkiem. Nazywano ją szlomem. Do niej przymocowane były nauszniki i krótki szalik. W czasie wojny mama jakoś zdobyła taką czapkę i chodziłem w niej. Była ciepła tylko mało słyszałem. Przed wojną chodziłem do szkoły i zabawialiśmy się w polowanie na Żydziaków naszych rówieśników. Było fajne. Starych Żydów szczuliśmy psami. Wrzucaliśmy wrony do ich kościołów. Nas to bawiło i w tym duchu byliśmy chowani. Robiliśmy to, bo inni też to robili. Taka była moda. Takich wyrazów jak antysemityzm czy fobia antyrosyjska nie słyszeliśmy. Dorosłych to nie interesowało. Rodzice odporni byli na propagandę i nie interesowali się polityką. Pamiętam więc Polskę przedwojenną. Okupację sowiecką, niemiecką i komunę. Za komuny uczyłem się. Ukończyłem studia. Uczestniczyłem w odbudowie gospodarki z ruin powojennych. Byłem młody, wykształcony, aktywny. Zajmowałem stanowiska kierownicze. Żyłem pełnią życia zawodowego i prywatnego. Pensja moja nie przekraczała pensji wykwalifikowanego robotnika, ale dało się żyć. Nieoficjalnym hasłem moich czasów (komuna) było „kochać i być kochanym” albo "chlać i w rowie spać". Modnym też było hasło „czy się stoi, czy się leży- dwa tysiące się należy”. Byliśmy więc wypoczęci i pełni wigoru. Szalałem, spełniałem się zawodowo i prywatnie. Marzyłem o Zachodzie, tam człowieka wykształcanego zdolnego i na kierowniczym stanowisku szanują, doceniają i plącą znacznie więcej niż robotnikowi. A jak ma pieniądze to może zwiedzać cały świat i to własnym samochodem. Sklepy pełne towarów. Nie ma kolejek. Oh! jakież by było życie piękne gdyby nie ta komuna. Kiedy nadeszła okazja to z entuzjazmem włączyłem się do akcji jej obalania. Oczywiście w ramach SOLIDARNOŚĆ. Udało się. Był kryzys . Była wielka bieda. Była też wielka radość. Był optymizm. Było zaufanie do nowych władz. Naród zgadzał się na wszystko co proponowały nowe władze. Nareszcie sami możemy decydować o naszych polskich sprawach. Zaczynają się tradycyjne, czysto polskie rządy. Zaczyna się polskie piekło. Zaczyna się polski burdel. Następowały szybkie zmiany. Byłem świadkiem kradzieży, grabieży i dewastacji gospodarki polskiej przez Balcerowicza i spółkę. Byłem świadkiem burzenia tego co odbudowaliśmy i zbudowaliśmy. Tego co było polskie. SOLIDARNOŚĆ pierwsza to uczciwi, naiwni ideowcy. Niestety we władzach tych zagnieździł się Balcerowicz. Bieda w kraju, ale entuzjazm w narodzie wielki. Prezydent Wałęsa rozpoczyna wojnę na górze. Lata z siekierką i wyrąbuje uczciwych naiwniaków pozostawiając tylko Balcerowicza. Władzę przejmują, karierowicze, cwaniacy, oszuści i złodzieje. Zaczyna się lustracja i dekomunizacja. Dekomunizacja to polowanie na komuchów. Złodziej (solidaruch) krzyczy „łapaj złodzieja" (komucha). Zmienia się nazwy ulic, likwiduje pomniki żołnierzy radzieckich, likwiduje się żłobki, przedszkola, gabinety lekarskie w szkołach. Likwiduje się kolonie dla dzieci, wczasy, sanatoria i inne pozostałości komuny. Naród jeszcze ufa rządom wywodzącym się z SOLIDARNOŚCI. „SOLIDARNOŚĆ" to dla Polaków wciąż słowo święte. Teraz za tym słowem stoi AWS Akcja Wyborcza Solidarność, czyli kradzież, grabież, oszustwa, łapownictwo, zdrada narodowa i utrata państwowości. Hasłem przewodnim AWS - u jest TKM, czyli Teraz Kurwa My. Lustracja to ciąg dalszy Wałęsowej wojny na górze. Wojna ta przechodzi coraz niżej i obejmuje cały naród dzieląc go po połowie. Opluwany jest „Okrągły Stół" Opluwany jest prezydent Jaruzelski i zmuszony do ustąpienia ze stanowiska. W wyborach prezydenckich Wałęsa odwołuje się do polskiego antysemityzmu zarzucając konkurentowi, że jest obrzezany. Kilka kobiet przysięgło, że Mazowiecki nie jest obrzezany. To nie wystarczyło. Lud domagał się publicznej oceny, Mazowiecki nie chciał publicznie pokazać swojego penisa i wybory przegrał. Nie pomogło mu nawet świadectwo chrztu. Wałęsa jako prezydent otworzył nowy front walki. Rozpoczął walkę z rządem przymierzając się do zamachu stanu (Drawsko). Powołany do celów lustracyjnych IPN (Instytut Pamięci Narodowej) publikuje dowody świadczące, że Wałęsa był płatnym agentem bezpieki. Ale cyrk! 2. Suwerenność Za czasów AWS (Krzaklewski, Buzek, Tomaszewski, Balcerowicz) państwowe zakłady sprzedawane są zagraniczniakom na zasadzie państwo otrzymuje walizkę pieniędzy, a pośrednicy (łapownicy) trzy walizki. Następuje totalna kradzież, grabież i dewastacja majątku gospodarczego. Kraj został oczyszczony z przemysłu, rolnictwa i handlu. Polaków nie dopuszcza się do działalności gospodarczej. Bankami osobiście zajął się Balcerowicz. Najpierw wyremontował i zmodernizował budynki. Później wyposażył je w najnowocześniejszy sprzęt, by w końcu sprzedać je zagranicznikom za cenę działki, na której te budynki stały. Czy kraj może być suwerenny jeżeli przemysł, rolnictwo i handel należą do kogoś innego? Jeżeli nie ma swoich banków, swoich pieniędzy? Tego wszystkiego pozbawił Polskę Balcerowicz pod opieką Buzka, daleko wcześniej aniżeli weszliśmy do UE. ONI (zagraniczni oligarchowie) szybko przejęli polskie publikatory z wyjątkiem RTVP i zbudowali swoje. Przy pomocy socjotechniki opanowali rządzących i całą ludność. Przejęli władzę w Polsce. Ich ludzie to: -L. Wałęsa -L. Balcerowicz -J. Buzek Są to najwięksi szkodnicy współczesnego Państwa Polskiego. Nie ma Piłsudskiego, żeby dokonał zamachu stanu i rozpędził tę hołotę kierowaną przez ONYCH. 3. Dziki kapitalizm Do UE weszła Polska jako obszar pustynny miejscami zabudowany budynkami zapełnionymi bezrobotnymi utrzymującymi się z zasiłków. Powstało wielkie zapotrzebowanie na pracę dla bezrobotnych. Powstał głód na kapitał Zachodni. Na przemysł, handel, rolnictwo. Nowi członkowie UNI złożyli zapotrzebowanie na kapitał (przemysł). Kapitał zachodni ogłosił licytacją „kto da lepsze warunki". No i zaczęło się finansowanie przemysłu zachodniego. Jeśli ktoś wygrał licytację to nie znaczy, że powstawał nowy, samodzielny – polski zakład z zagranicznym właścicielem. Nie tak. To był oddział firmy zachodniej. On jest rozliczany w firmie macierzystej i tam płaci podatki. Towar należy do firmy zagranicznej. On jest tylko wyprodukowany w Polsce. Wysyłka tego towaru w świat nie jest polskim eksportem. To jest eksport firmy zagranicznej. Rząd polski księguje to jako nasz eksport. TO JEST BZDURA. To jest księgowość kreatywna (fałszywa, oszukańcza). Rząd Polski chwali się jak to za czasów Balcerowicza wzrósł eksport polskich wyrobów przemysłowych. Nie było polskiego przemysłu, a jego wyroby eksportowaliśmy. Cud!! Cud!! Cud Balcerowicza. Ci co głoszą ten cud są oszustami. Podobnie sprawa wygląda z handlem (markety). Te zagraniczne skarby dają nam tylko pracę dla bezrobotnych. Tam się tworzy grupa roboli. Tam wylęgają się „szczury wyścigowe", o których napisałem w innym miejscu. Te wymodlone i za grube pieniądze kupione perły Zachodu mają cechy turystyczne. Znaczy to, że jeżeli państwo zbyt mało dopłaca do nich to swoje parterowe konstrukcje rozbierają, ładują na przyczepy i wiozą np. do Tajlandii. Państwo powinno dążyć do zmniejszenia bezrobocia poprzez zmniejszenie ilości dzieci np. za trzecie dziecko rodzice powinni płacić podatek. Państwo powinno opodatkować przemysł i handel. To mogłoby ograniczyć rozrost tych firm. To mogłoby czasowo zwiększyć bezrobocie, więc powinno się o 10 lat wcześniej dawać ludziom emerytury. 4. Wielki kapitał Kapitał zachodni przeważnie jest kosmopolityczny i kraj, w którym działa interesuje o tyle, o ile daje duże i bezpieczne zyski. Wielki kapitał nie chce płacić podatków, nie chce ustawy kominowej, nie chce związków zawodowych i obciążeń kosztami pracy. Chce natomiast podatku liniowego i liberalnego prawa gospodarczego. To może zapewnić im tylko prawica. Od komercyjnych publikatorów nie należy się spodziewać obrony interesów Polski, interesów państwa polskiego. Publikatory dostały więc nakaz zlikwidowania lewicy. Kapitał sypnął groszem i zdolni ludzie zabrali się do roboty. Z faktu bez znaczenia, jakim było żądanie łapówki przez Rywina zrobiono aferę, która rozbiła SLD i premiera Millera pozbawiła władzy. Obaliła rząd. Jest dziwne, że mimo upływu lat nie poinformowano ludzi, że była to tylko sztuka teatralna. Wszyscy wiedzą, że publikatory to potęga. Wszyscy wiedzą, że gazetą można człowieka zabić (politycznie). Można też zabić największą partię polityczną. Obecnie Europa śmierdzi zgnilizna, a barbarzyńców i wojen brak. Teraz rolę tę przejęli intelektualiści i dewastują nie mniej skutecznie niż Hunowie. Szkoda , że Sobieski zatrzymał Turków pod Wiedniem. W ten sposób zahamował postęp cywilizacyjny. Przedłużył okres chrześcijańskiej ciemnoty i zacofania w Europie. Przedłużył okres trwania świętej inkwizycji i wojsk kościelnych (Templariusze. Krzyżacy). Można dyskutować czy dobrze zrobił Piłsudski zatrzymując nawałnicę bolszewicką skierowaną na Europę. Może lepiej by było, żeby broniąc Polski nie zamykał drogi Bolszewikom. Ciekawe jak wtedy wyglądała by Europa i komunizm? My Polacy jako politycy bijemy rekordy głupoty. Tak było kiedyś i tak jest teraz. II. Będzie gorzej Jest rok 2014 i coraz bliżej władzy są ci co głosili, że „na drzewach zamiast liści wisieć będą komuniści". Komunistów już nie ma, więc Kaczki walczą z Kaczorami. Naród jest podzielony po połowie. 1. Próba dokończenia grabieży PO szukając wsparcia i poparcia w wyborach zobowiązało się dokończyć grabież tego co jeszcze pozostało np. RTVP, służba zdrowia, lasy itp. i przekazać to ONYM. Napotkało tu jednak duży opór społeczny. Postanowiono więc wykończyć te firmy ekonomicznie i organizacyjnie i skutki są widoczne. Służba zdrowia znajduje się w stanie nędzy. Rząd oczekuje, że zmęczone społeczeństwo samo poprosi o prywatyzację, a wtedy szpitale, przychodnie i pozostałe mienie wraz z wyposażeniem zostanie sprzedane ONYM po cenie złomu. Oni to później sprzedadzą lekarzom po cenie rynkowej. Społeczeństwo cierpi, ale zgody na prywatyzację nie daje. To cierpienie można wyrazić liczbą przedwczesnych zgonów. Wszyscy wiedzą jak długo trzeba czekać na wizytę u lekarza specjalisty. Praktycznie ludziom biednym uniemożliwiono dostęp do lekarzy specjalistów, co dla wielu chorych oznacza śmierć. 2. Zatrzymajmy się tu chwilę, czyli chwilę o zdrowiu Bogatych stać na to aby prywatnie leczyć się u specjalistów. Tam kolejki mierzone są w dniach. Bogaci dają więc pracę. Wykupując leki pobudzają rozwój farmakologii. Oni są pożyteczni. Oni mają więc prawo do życia. Za leczenie biednych państwo musi płacić. Nie wykupują wszystkich leków i jeszcze domagają się leków refundowanych. Domagają się pieniędzy od państwa jeszcze na inne sposoby np. poprzez opiekę społeczną. Państwo jest zainteresowane tym, aby jak najszybciej kierować tych ludzi do piachu. Powinna powstać jakaś komisja i zbadać czy obecna sytuacja w służbie zdrowia nie ma na celu świadomego uśmiercania biednych. Mogła by tym zająć się prokuratura. Może zająłby się tym Trybunał Stanu? Państwo tak bardzo potrzebuje pieniędzy na zbrojenia, na finansowanie nacjonalistów ukraińskich, a socjotechnika pozwala iść do celu po trupach. Bardzo dużo pieniędzy potrzeba na fobię antyrosyjską (rafineria Możejki, port gazowy). Wszyscy biedni muszą umrzeć, żeby to sfinansować. 3. Rusofobia Rusofobia wywodzi się od czasów zakończenia pierwszej wojny światowej. Powstało wtedy Niepodległe Państwo Polskie, a w Rosji komunizm. Zachód był przerażony komunizmem, ponieważ zabierano tam wszelką prywatną własność. Kapitaliści tracili wielkie bogactwa. Zorganizowano blokadę gospodarczą komunistycznej Rosji. Posłano tam wielkie pieniądze na organizację oporu wewnątrz Rosji. Jeszcze nie skończyła się tam rewolucja, a już powstała wojna domowa zorganizowana przez Zachód. Powstał tam wielki głód (Ukraina). Masa ludzi umarła z głodu. Masa ludzi też straciła życie w wyniku rewolucji i wojny domowej. W końcu Bolszewicy opanowali sytuację. Zachód przegrał. Szanse Polski wzrosły. Wojowniczy lud polski uznany został jako ośrodek oporu przeciw ekspansji bolszewizmu na Zachód. Powstał korzystny klimat do ustalenia granic państwa polskiego. Już niepotrzebny sprzęt wojskowy przesłano do Polski. Zorganizowano tam i wyposażono armię polską (Haller). Polacy dumni ze zwycięstw łatwo dali się napuścić na Bolszewików. Wojsko weszło daleko w głąb Rosji. Bolszewicy w końcu zorganizowali się i czerwona nawałnica ruszyła na Zachód. Ten fragment historii znam z opowiadań ojca. Ojciec znał język niemiecki oraz francuski i chyba z tego powodu był adiutantem gen. de Gaulle. Opowiadał, że przed Bolszewikami uciekali małą platformą kolejową (drezyna) napędzaną siłą mięśni. Mówił, że de Gaulle pracował równo z innymi pasażerami platformy. Jechali szybko. Napracowali się, byli zmęczeni, ale udało im się uciec. Polska miała być tylko małą przeszkodą w marszu Bolszewików na Europę. To mogło być realne, gdyby nie błąd wodza bolszewickiej armii Tuchaczewskiego idącego na Warszawę od wschodu. Nie poczekał on na konnicę Budionnego idącą na Warszawę od południa. Uderzył sam i poniósł klęskę. Jego wojsko rozproszyło się lub trafiło do niewoli. Niektórzy mówią, że większość tych jeńców zmarła z głodu w polskich obozach. Polska historia nie wyjaśnia co się z nimi stało. Tuchaczewski z rozkazu Stalina został rozstrzelany. Marsz Bolszewików na Europę został zatrzymany. Piłsudski jeszcze raz okazał się świetnym wodzem. Później niezbyt chętnie mówiło się o Polsce jako przedmurze kapitalizmu, ale chętnie mówiło się o przedmurzu chrześcijaństwa. To zwycięstwo porównywało się ze zwycięstwem Sobieskiego pod Wiedniem. Oba te zwycięstwa obroniły kościół. Dużo straciła Ukraina, której Piłsudski obiecał niepodległość. Zyskali robotnicy świata. Kapitaliści zaczęli się ich bać i poprawili im warunki życia. Polska jako przedmurze chrześcijańskiej cywilizacji była później bazą propagandy antybolszewickiej. Propaganda ta była wyjątkowo jadowita i na wielu płaszczyznach. Ja byłem dzieckiem i do mnie docierała propaganda wizualna. Jeszcze pamiętam obrazy wściekłych i krwiożerczych Bolszewików. Moje pokolenie jako pierwsze wyrosło nasączone fobią antyrosyjską. Kaczor Donald (ksywa Tusk) rusofobię Polaków doprowadził do histerii. Zachował IPN. Wojsko wyposażył w rakiety manewrujące dalekiego zasięgu. Rakiety te nadają się do przenoszenia przez posiadane samoloty F - 16. Teraz tylko oczyści kraj z nieproduktywnych elementów wysysających pieniądze z budżetu państwa. Inaczej mówiąc dokończyć plan Hitlera i oczyści kraj ze śmieci wszelkich. A jeszcze inaczej mówiąc uśmiercić najbiedniejszą grupę emerytów, rencistów, chorych i grupę wykluczonych. Służba zdrowia ma podobny cel tylko metodę inną. Tam nie stosuje się eutanazji, ale utrudnia się dostępność do lekarza i utrzymuje biedę w samych placówkach służby zdrowia. Za pieniądze przeznaczone na służbę zdrowia buduje się supernowoczesne szpitale z przeznaczeniem na cele prywatne po cenie złomu i za łapówki. Przyśpieszenie tych procesów spowoduje, że starczy pieniędzy na zbrojenia, a nawet na kupno głowicy nuklearnej. Środki przenoszenia już są. Wściekła Kaczka Dziwaczka lub gęś będzie mogła znieść swoje atomowe jajo na Placu Czerwonym. Kreml z Putinem zamieni się w proch i pył nuklearny. Takie są marzenia i dążenia naszych wodzów. Mały problem w tym, że Putin o wszystkim wie i można zgadywać co zrobi. Może np. - ustawić tarczę antyrakietową na Polskę -swoimi rakietami zwykłymi lub atomowymi zlikwidować polskie ośrodki agresji (np. lotniska - F16, magazyny). Skutki rusofobii Skutek tego wszystkiego? Dużo Polaków (albo i wszyscy) umrze. NATO zastosuje odwet i będzie III wojna światowa. Rosjanie tu przygotowują się do uderzenia atomowego. Bo wojnie tradycyjnej nie mają szans. Spełni się marzenie prawicy polskiej. To znaczy, że druga wojna światowa zakończy się wtedy kiedy zniszczeni będą Bolszewicy. Radio Wolna Europa siała jeszcze przez długie lata psychozę wojenną w kraju. ZSRR razem z Bolszewikami upadło. Pozostały w różnych krajach drobne grupki komunistów nie mające wpływu na kraj. Dla prawicy polskiej Rosja wciąż jest komunistycznym imperium pragnące zagarnięcia Polski. Obecnie prawie cały naród polski psychicznie jest w stanie wojny z imperium zła. To nic, że praktyczne działania Polaków zaktywizują system obronny Rosji. Rakiety z lądów, mórz i być może z kosmosu uderzą w wyznaczone cele. Prawie cała kula ziemska pokryta będzie pyłem z wystającymi kikutami konstrukcji betonowych. Cóż, że nas nie będzie, ale nie będzie też Putina i o to właśnie chodzi. J. Kaczyński to zrobi. Jego identyczny brat prezydent dowiódł tego w Gruzji. Dla nich zniszczenie Rosji jest wartością ważniejszą niż życie własne. Nad życie całego stada wściekłych kaczek. Nad życie Polaków. Nad życie ludzkości. TO SĄ PSYCHOLE. Nie wierzycie, że to możliwe? Zobaczcie ile Polacy robili prób stworzenia armii poza NATO. Armii podległej tylko wściekłym kaczkom. Polski genialny pomysł: „to my zaatakujemy ruskich, a oni nie ośmielą się nas tknąć, bo nas chroni NATO”. Ile to nas kosztuje? Ile emerytów będzie musiało umrzeć, żeby zebrać pieniądze na plany wojskowe? Zapewnia to wicepremier w rządzie polskim. Podobno Simoniuk jest wsadem nacjonalistów ukraińskich do rządu polskiego. Powinniśmy to sobie uświadomić wreszcie, że PRZYWÓDCY TO PSYCHOLE. Powinno się ich natychmiast ubezwłasnowolnić i zamknąć w Wariatkowie. Powinna być powołana komisja sejmowa w celu wyjaśnienia tych spraw i odsunięcia szaleńców od władzy. Tymczasem główny kaczor – Donald przeniósł się do ładniejszego gniazda wyżej, a do jego gniazda wlazła gęś. Lud polski jak gąsięta wzięła pod swoje skrzydła i obiecała opiekować się nim. Niestety już po paru tygodniach pod jej opiekuńczymi skrzydłami znalazł się Simoniuk ze swoimi rakietami i dywizją wojsk polsko - ukraińsko – litewskich. Tak wygląda władza ONYCH w Polsce. Cały aparat państwowy ustawiony jest na likwidację ludzi nieproduktywnych. Na likwidację ludzi nie dających zysku. Pieniądz i tylko pieniądz się liczy. Wszystko co nie służy pomnażaniu pieniędzy jest niepotrzebne i szkodzi państwu. To są odpadki szkodzące zdrowiu państwa. Wobec zagrożenia państwa (Putin) należy rozbudować obronę. Jest więc pilna potrzeba przyśpieszenia utylizacji tych toksycznych śmieci. Takie bzdury wciska się obecnie społeczeństwu. 4. Obsesja wojenna polskich władz Polakom udało się przywrócić światu „zimną wojnę”. Świat oprzytomniał i zaczyna izolować Polskę. Doprowadzić świat do wojny atomowej Polska nie ma szans. Jednak kaczki z kaczorami nie załamują się i już mogą samodzielnie przenieść głowicę jądrową na plac Czerwony. Kaczki i kaczory prześcigają się w histerii wojennej Tymczasem krajem rządzi Gęś – p. Ewa. Ta już po paru tygodniach zarażona została wścieklizną antyrosyjską. To wszystko szczegółowo opisałem w innych tekstach już opublikowanych. Kliknij na www.czytnia.pl i wpisz Piątas. III. Przyjęto na do Unii Nie mogę pojąć czemu ONI pozwolili niedobitkom komuny ( L. Miller i SLD oraz prezydent Kwaśniewski) wprowadzić Polskę do NATO i do Unii Europejskiej. To muszą być jakieś dalekosiężne plany. To nieco ograniczyło swawolę władz. Wejście do UE nie oznacza utratę suwerenności, ponieważ straciliśmy ją już dawniej. 1. Dobrobyt Nie wiem czemu, ale Unia sypnęła groszem. Sypnęła tak, że rząd nie może nadążyć z wydawaniem. Pieniądze te są adresowane. Polacy podają cele i koszty, a UE na ogół akceptuje to i po dołożeniu polskiego wkładu (chyba 20 %) można realizować plan, ale tylko to co zostało zaplanowane. Rusza więc budownictwo, zwłaszcza dróg. Odbudowuje się zabytki. Buduje się ośrodki sportu i rozrywki. Miasta pięknieją. Chodniki i jezdnie dostają nowe nawierzchnie, a domy nową elewację. Miasto staje się piękne i nowoczesne. Sklepy wypełnione są żywnością i ładnymi towarami. Sprzedawcy zaczynają być mili i uśmiechać się. Jesteśmy tym oczarowani. Nie zauważamy, że te rarytasy to zagraniczne buble, towary wybrakowane i inne nadwyżki towarowe jak np. góry zjełczałego masła. My widzimy, że nareszcie sklepy zapełnione są tanimi eleganckimi i towarami. To nic, że towary te są w większości jednorazowego użytku - zaspokajają snobów, a to najważniejsze. Kapitalizm to piękny ustrój. Wkraczamy do raju. Karierę robią stare zachodnie samochody i buty jednorazowego użycia. Cały ten śmietnik Zachodni przesunięty został do Polski. Zmodyfikowane genetycznie zboże jest tanie więc i chleb jest tani, to nic, że likwiduje uprawy krajowe. Polskie niegdyś pola uprawne leżą odłogiem. To nic, że faceci tracą wigor, nie dopieszczone dziewczyny tyją. Sprawy te pogarsza jeszcze wyprodukowane metodą przemysłową mięso. Polacy wszystko to akceptują z zadowoleniem. Czyżby Polacy ogłupieli? Nie. Faktyczną władzę w Polsce sprawują już ONI. ONI znają siłę socjotechniki i przy jej użyciu kierują poglądami narodu. Pamiętacie co Hitler zrobił z Niemcami. Podobnie Chomeini ukształtował Irańczyków. Z socjotechniki korzystał też Stalin. Mistrzem był tu Gebels. Propagandę uwiarygodnia rzeczywista znaczna poprawa bytu materialnego ludności. Teraz Polacy mogą pracować prawie w całej Europie i dużo zarabiać. Bogacą się. Tworzy się nowa grupa społeczna nazywana szczurami wyścigowymi. Hasłem tej grupy jest „apartament, fura i komóra”. Nie wszyscy nadążają. Nie nadążają emeryci, renciści, chorzy, obarczeni obowiązkami rodzinnymi i zadowoleni z pracy na miejscu. Tym ludziom powodzi się coraz gorzej i w końcu tworzą nową grupę WYKLUCZONYCH. Tę grupę państwo przeznacza do likwidacji. Najpierw państwo wypycha ich spod ochrony prawnej (konstytucja, karty praw, kodeksy, sady). Później tworzy dla nich odrębne prawo czyniąc z tej grupy żerowisko dla oszustów i złodziei. Ludzi z tej grupy poddaje się nawet przymusowej eutanazji. Mogę to udowodnić. 2. Nauka Następuje rzeczywisty rozwój nauk, ale czy to służy ludziom? Najbardziej odczuwa się rozwój takich nauk jak genetyka, socjotechnika no i przede wszystkim nauka o mózgu. Wszystko ma dwie strony. Nauki też mają stronę pozytywną i negatywną. Dotychczas wykorzystywano dobrą stronę nauki. Nauka służyła człowiekowi. Jest np. duży rozwój medycyny. Nauczono się leczyć wiele chorób. Zlikwidowano dawne epidemie. W ostatnim czasie zaczęto wykorzystywać złą stronę nauk. Co się stało? Czyżby ludzkość ocipiała? Wszystko zależy od mózgu. Przyjrzyjmy się więc mózgowi. Mózg Od mózgu zależy nasze zdrowie, szczęście i pomyślność wszelka. Od mózgu zależy nasz dobrobyt, pokój, a nawet klimat. Od mózgu zależy cała nasza cywilizacja, a nawet życie na planecie Ziemia. A więc mózg! I jeszcze raz mózg! Skoro mózg, rozum, umysł jest tak ważny to chyba powinniśmy choć trochę go znać. Powinniśmy wiedzieć przynajmniej, że mózg jest tylko miejscem zamieszkania umysłu (rozumu) i posiada odpowiednie oprzyrządowanie do jego pracy. Dla uproszczenia przyjmijmy jednak nazwę mózg. Geny współpracując z mózgiem tworzą chemię mózgu. Geny wytwarzają np. dopaminę - potrzebę szukania nowości oraz miłości. Wytwarzają tez oksytocynę powodującą przywiązanie - monogamię albo serotoninę – wywołującą lęk i depresja. Oksytocyna i acetylocholina uczestniczą w przekazywaniu informacji do mózgu. Poza informacjami dostarczanymi przez geny i chemię, mózg zbiera informacje dostarczane przez zmysły. Informacje te (wejściowe) mózg analizuje i przetwarza na informacje wyjściowe (polecenia). Mówi, co w takiej sytuacji czynić należy. Już na samym początku (z chwilą urodzenia) dostajemy duże możliwości rozwoju umysłowego - dużą porcję neuronów. Z biegiem lat neuronów nie przybywa. Przybywa ilości połączeń między nimi -synaps. Jest nauka – połączeń przybywa. Nie ma nauki – połączeń ubywa (człowiek głupieje). Jeżeli do mózgu dostaje się duża ilość impulsów (informacji) to gwałtownie rośnie ilość synaps - połączeń między neuronami. Rośnie ilość szarej masy mózgu. Tworzy się umysł. Myśl staje się jasna i racjonalna. Zdarza się, że ktoś mówi, że w mózgu mu się rozjaśniło. To ma sens. Przybywa pomysłów i rozwiązań alternatywnych. Adrenalina jak wiadomo jest czynnikiem mobilizującym mózg do działania. Mózg zaiskrzył, wystartował i szybko przeszedł na najwyższy bieg. Mózg zaczął intensywnie pracować. Adrenalina powstaje w sytuacjach skrajnych i to właśnie wtedy mózg jest najbardziej wydajny. Potęga myśli naprawdę istnieje i jest o wiele większa niż zwykło się sądzić. Jeżeli emitujemy wibracje bardzo silne to myśli mogą oddziaływać nawet na to co materialne i namacalne. Połączenia między neuronami (synapsy) mają charakter impulsów elektromagnetycznych. Impulsy te są bardzo słabe i wymagają bardzo czułych odbiorników. Takimi odbiornikami są chipy – elektrody. Chipy mogą wzmocnić impulsy do tego stopnia, że odbierze je komputer. Powstaje, więc możliwość połączenia mózgu z komputerem. Daje to możliwość powstania cybermózgu. To z kolei oznacza kierowanie maszynami przy pomocy mózgu. Zajmują się tym programy My Drive i program M K Ultra. Dużym usprawnieniem jest tu Biochip. Jest to silikon nafaszerowany elektrodą – chipem. Na silikon takim zaszczepia się pojedyncze komórki mózgu. Komórki te rosnąc dążą do połączenia się między sobą i obrastają urządzenia chipa tworząc pewnego rodzaju jedność. Tak powstaje biochip. Biochip taki wszczepiony do mózgu nie jest odrzucany przez mózg. Jest to szpieg mózgowy. Wychwytuje poczynania mózgu, nagłaśnia je i przekazuje na zewnątrz. Już widzę jak zazdrosny mąż sadza rozrywkową żonę obok komputera, zakłada jej rękawiczkę połączoną kablem z komputerem i zagląda do jej myśli. Sprawdza prawdziwość jej odpowiedzi na pytania. A jaką frajdę mają prokuratorzy. Największą frajdę mogą mieć władcy państwa. W odwrotną stronę też mogą działać. Bioczipy będą mogły przyjąć impulsy nadawane przez megafony ze stacji nadawczych rządu, no i wtedy na komendę pobudka, zbiórka na placu, hymn, hasła, modlitwa, praca, seks i spanie. Świat opisany przez Orwella jest w zasięgu ręki. DMS to program dotyczący stymulacji elektromagnetycznych fal mózgowych tak aby kierować stanem psychicznym ludzi. Jest to przydatne w czasie wojny aby pobudzić instynkty mordercze żołnierzy. Czy to nie jest elektroniczny narkotyk? Przypuszcza, że Amerykanie wykorzystują to do tworzenia grup wywrotowych (terrorystycznych) wewnątrz państw nie lubianych przez Amerykę np. Libia, Jugosławia, Syria, rewolucja arabska. Terroryzm światowy i państwo islamskie to są dzieci Ameryki. Rozum Mądrość rozumiana jest różnie. Niektórzy twierdzą, że mądrością jest stosowanie umiaru. Inni, że to zdolność do myślenia abstrakcyjnego, perspektywicznego, zdolność do planowania. Mnie najbardziej podobała by się definicja, że mądrość to zdolność do podejmowania prawidłowych decyzji, zdolność do prawidłowych wyborów. Mózg jest głodny informacji. Im więcej człowiek ma informacji tym skuteczniej rozum rozwiązuje problemy, Tym lepszych człowiek dokonuje wyborów. A wybierać człowiek musi codziennie np. iść do pracy czy dłużej pospać. Może wyjechać na Zachód? Umówić się na spotkanie z Teresą czy Wojtkiem? Kupić buty te czy tamte itd. itp. Od tych właśnie wyborów zależy los człowieka. Od tego zależy czy się jest bogatym czy biednym. Zdrowym czy chorym. Od tego zależy nawet to czy jest się młody czy starym. Mózg człowieka to komputer nad komputery. Miliony jednocześnie zachodzących procesów i zdumiewająca ilość informacji. Nasz mózg rejestruje wszystkie oglądane kolory i kształty, temperaturę otoczenia, nacisk stóp na podłoże, dochodzące dźwięki, suchość ust, a nawet fakturę dotykanych przedmiotów. Mózg przechowuje i przetwarza wszystkie emocje, myśli i wspomnienia. Jednocześnie nieustannie obserwuje bieżące procesy i funkcje organizmu, takie jak rytm oddechu, ruchy gałek ocznych, głód czy pracę mięśni dłoni. Mózg człowieka przetwarza ponad milion komunikatów na sekundę. Ocenia wagę wszystkich tych danych, odfiltrowując mniej istotne informacje. Dzięki temu możemy się skupić i skutecznie działać na podstawie najistotniejszych danych. Mózg działa inaczej niż pozostałe organy. Dostrzegamy w nim inteligencję, zdolność rozumowania, generowania uczuć, snucia marzeń i planów, podejmowania działań oraz kontaktowania się z innymi osobami. Uważam, że mózg służy również do kontaktowania się z bogiem. Religia zwalcza myślenie i sprawę stawia jasno „albo myślisz, albo wierzysz”. Myślenia nie da się pogodzić z religią. W człowieku symbolem religii jest serce, a symbolem Boga jest mózg. Kto myśli, a więc kontaktuje się z Bogiem to wie, że religia to złoty cielec i że to on napisał biblię. Polecam tu moje książki pt. „Boskie prawa natury i ludzkie bzdury" oraz „Religia". Patrz www.czytnia.pl i Piątas. W tekstach swoich usiłuję dowieść, że tylko rozum może uratować gnijącą cywilizację europejską. Rozum ogłupiał. – niestety Nauka o mózgu sięgnęła tak daleko, że wykryła jego słabości i ułomności. Wykorzystano to do kierowania mózgiem. Do kierowania mózgami ludzi i ludności a nawet ludzkości. Przykład: Nasze władze partyjno - rządowe. Nasi wodzowie stanowią prawie zamkniętą grupę ludzi. Grupie tej wszczepiono przekonanie o potrzebie militaryzacji Polski. Grupa ta z przekonaniem działa w trym kierunku. Można powiedzieć, że to jest tylko grupa zmanipulowana czyli ogłupiona przez ONYCH. Okazuje się, że cały kraj jest ogłupiały. Dowodem tu jest, że szef tej ogłupiałej grupy prezydent Komorowski w sondażach opinii społecznej ma poparcie około 70 % społeczeństwa. Militaryzacja Polski to głupota gigant !!! Jesteśmy pod parasolem obronnym NATO. To wystarcza dla Niemiec, Francji, Włoch i pozostałych członkach UE, tylko nam za mało. Musimy poza tym mieć własną niezależną obronę przeciw Rosji. Czy to nie bzdura ? W wojnie konwencjonalnej mamy takie szanse jak ratlerek w walce z niedźwiedziem. Taka wojna byłaby absurdem. Co innego wojna nuklearna. Polska ma samoloty dalekiego zasięgu F16 i rakiety manewrujące dalekiego zasięgu. Jeśli nie ma głowic nuklearnych to może je mieć. Może więc nuklearne jajo umieścić w gnieździe wszelkich nieszczęść. czyli na placu czerwonym. Putin poleci wtedy prosto do beczki ze smołą, a na popiołach kremla ustawiony będzie krzyż. Rosja o tym wie i już na pewno na Polskę ma nakierowany system antyrakietowy. W razie zaostrzenia sytuacji okolice stacjonowania samolotów i magazynu rakiet zamienią się w popiół. Militaryzacja Polski jest więc prowokacją ruskich do ataku na Polskę. Czy to tak trudno zrozumieć? Jak im się udało aż do tego stopnia ogłupić naród polski? Oto do czego prowadzi niekontrolowany rozwój nauk. Naukowcom udało się opanować mózgi ludzkie i podporządkować je ONYM. Jest jeszcze inny aspekt tej sprawy. Polska jest pod ochroną Paktu atlantyckiego. Rosyjski atak na Polskę może spowodować odsiecz tego paktu no i mamy trzecią wojnę światową. I o to chodzi polskiej prawicowej dyplomacji. Dla nich wojna nie została zakończona. Oni uważają, że wojna zakończy się dopiero po upadku i rozbiorach Rosji. Tak jest ponieważ Polska podlega władzy ONYCH. Putin nie wpuścił ONYCH do Rosji i dlatego musi zginąć Rozum zwariował. Utworzył bowiem naukę umożliwiającą neutralizację rozumu lub jego degenerację. Rozum wystąpił przeciwko rozumowi. Rozum wystąpił przeciwko sobie. Jest to więc typowe samobójstwo. Samobójstwo rozumu. Myślę, że jest to skutek eksperymentów na mózgu. To skutek wszczepiania mózgowi elektroniki. Mózg teraz pracuje zgodnie z potrzebami naukowców - władców. Naukowcy nauczyli się też ogłupiać mózg. Oligarchowie (świecki złoty cielec). ONI za olbrzymie pieniądze skusili naukowców pracujących na mózgu do opracowania podstaw teoretycznych pomnażania pieniędzy. Naukowcy ci zmusili mózg do wykonania zamówienia ONYCH. Na tej podstawie rozwinęła się socjotechnika. 3. Socjotechnika Definicja socjotechniki Socjotechnika, zwana inaczej inżynierią społeczną to druga po inżynierii genetycznej plaga naszych czasów. Wiedza ta opuściła m. in. mury klasztorne, tajemnice masonerii i stała się drugą potęgą zagrażającą ludzkości. Inżynieria społeczna uczy skuteczności. Mówi, że najważniejsze jest osiągnięcie celu. Takie hasła jak prawda, uczciwość, moralność, sprawiedliwość wolność itp. To hasła przestarzałe i na naszych oczach przechodzą do „lamusa”. Wydaje się to nieprawdopodobne, a jednak. Ja jeszcze pamiętam trzy sztandarowe hasła tj. BÓG, HONOR, OJCZYZNA. To były bardzo silne hasła. Pragnieniem wielu było oddać życie w obronie tych haseł. Czy nie w imię tych haseł Polska stanęła do walki z Hitlerem? Poszła na śmierć. Gdzie te hasła są teraz? Kto o nich pamięta? Tak może być z hasłami: prawda, wierność, uczciwość, sprawiedliwość itp. Socjotechnika podobnie jak religie, odwołuje się do uczuć i stara się uśpić mózg. Tu nawet nie ukrywa się hasła, że cel uświęca środki. Nie są ważne metody. Ważna jest skuteczność. Do celu choćby po trupach. Socjotechnika to całkiem nowa nauka i wchłania coraz więcej tematów potrzebnych do kierowania jednostkami, grupami i całymi społeczeństwami. Mówi się o niej mało, a wszyscy się jej uczą. Fragmenty jej wykorzystywane były od dawien, dawna np. przez religie. Wraz z poznawaniem tajemnic socjotechniki jej wpływ na ludzi i ludzkość rośnie. Można np. przy pomocy socjotechniki wywołać wojnę i nawet ją wygrać mimo przygniatającej przewadze przeciwnika. Tym między innymi tłumaczyć można niebywałe poparcie dla Hitlera przez naród niemiecki i sukcesy wojsk niemieckich. Tym można tłumaczyć obecne poparcie dla partii prawicowych i katolickich w Polsce. Można też tym tłumaczyć wrogość do Rosji i miłość do Ukrainy i Ameryki. Socjotechnika wykorzystuje najnowsze zdobycze wiedzy takie m in. jak: sugestia, podświadomość, bodźce podprogowe, hipnoza, bioenergia no i znane, ale zaniedbywane środki takie jak krasomówstwo czy powtarzanie ciągle tych samych informacji. Opracowane już są szczegółowe dyrektywy odpowiednie do poszczególnych dziedzin życia. Uniwersalne zasady socjotechniki opracował prof. Robert Cialdini w dziele pt. "Wywieranie wpływu na ludzi". Myślę, że tu wytycza się kierunki marszu narodów. W średniowieczu tajemnice socjotechniki znane były tylko wtajemniczonym kapłanom i to oni wymyślili i przyjęli za cel działalności uszczęśliwianie innych. Od średniowiecza trwa zapoczątkowany przez religie marsz narodów w kierunku uszczęśliwiania innych narodów. Wojny np. wyprawy krzyżowe były pod hasłem NIESIEMY WAM WOLNOŚĆ, SPRAWIEDLIWOŚĆ I SZCZĘŚCIE. Za tym szło następne hasło „albo się nawrócicie, albo umrzecie". Umierali więc ludzie, ludy i narody np. Prusowie, Katarowie (we Francji). Obecnie w socjotechnice specjalizują się elity. Uczą się jej ludzie dorośli na stanowiskach, politycy decydenci. Streszczając tę naukę, tę dziedzinę wiedzy można powiedzie, że uczy ona odmóżdżenia, ogłupiania. Za moich czasów (w komunie) w szkole uczono mnie przede wszystkim myślenia. Ta zasada była jeszcze długo po upadku komuny i młodzież polska za granicą wyróżniała się wysokim poziomem. Teraz poprzez nieustające reformy w szkolnictwie królują testy. A co będzie jeżeli do programów szkolnych wprowadzi się socjotechnikę (odmóżdżenie) ??? Zamiast nakazu myślenia wprowadzi się oficjalnie zakaz myślenia ??? Publikatory Socjotechnika nie byłaby siłą miażdżącą i decydującą gdyby nie dysponowała publikatorami. Publikatory (RTV PRASA) w rękach oligarchów (ONYCH) to potęga rządząca światem. Kapitał ten nie interesuje się sprawami kraju ale zyskami swoich przedsiębiorstw. Publikatory nie są więc obiektywne, ale wciskają nam kit korzystny dla kapitału np. wielu chyba jeszcze pamięta wielką kampanię w publikatorach na temat szarej strefy. Przedstawili to tak jakby los narodu zależał od szarej strefy. Symbolem tej szarej strefy był handel prywatny, handel uliczny, obnośny i targowiska. Zwłaszcza targowiska przygraniczne. A chodziło tu o coś zupełnie innego. Chodziło o likwidację konkurencji. Konkurencję unieszkodliwiono bez najmniejszego protestu, a nawet z poparciem społecznym. Tu było wielkie oszustwo społeczne i publika bez oporów połknęła ten kit. Tak było też z wsadem dewizowym do unowocześnienia naszych zakładów przemysłowych. Przemysł został przejęty przez obcy kapitał nie po to żeby go unowocześniać, ale żeby zniszczyć konkurenta. Tak jest z prywatyzacją i gospodarką wolnorynkową. Siła publikatorów jest wielka, a jeżeli one posłużą się socjotechniką to mogą zamienić nas w małpy. I robią to. Teraz jest etap robienie z nas szczurów wyścigowych. Małpy będą w następnym etapie. Polscy dorobkiewicze i złodzieje wspólnie z oligarchami zagranicznymi opanowali publikatory. Zrobiono to w ten sposób, że redakcje zostały przekształcone w spółdzielnie pracownicze. Udziałowcami spółdzielni byli pracownicy tych redakcji. Udziały dano im w formie akcji giełdowych. Te akcje zostały następnie po wysokiej cenie skupione przez oligarchów krajowych i zagranicznych. Publikatory stały się więc własnością oligarchów. Polskie Radio, telewizję, jako własność społeczna (abonament) prawo nie pozwalało sprywatyzować. Tu można było tylko zmienić zarząd. Tak też uczyniono. W ten sposób całość mediów dostała się pod władzę kapitału -ONYCH. To była sprawa zasadnicza. To była sprawa ważna. To był punkt wyjścia do zniewolenia mózgów i do niewyobrażalnego zniszczenia gospodarki kraju. Pracownicy tych redakcji dalej pracowali w tych redakcjach tylko już za duże pieniądze od nowych właścicieli, przez co stali się dyspozycyjni. Stali się zależni. Ten personel redakcji został uzupełniony specjalistami od socjotechniki. Publikatory stały się ośrodkami manipulującymi rozumami. Stąd wychodzi manipulacja jednostkami, grupami, jak i całym narodem To, co kiedyś robiono ogniem i mieczem, później poprzez gestapo, NKWD, UB, teraz robią publikatory. Robią to przystojni, uśmiechnięci panowie i piękne kobiety. Robią to w sposób czarujący i miły. Trudno zauważyć, że są następcami tych ponurych siepaczy, że spełniają ich rolę. Cóż. Postęp. Cywilizacja. Socjotechnika. OŚRODKI TE OSIĄGAJĄ WSZYSTKIE CELE POPRZEZ ZNIEWOLENIE UMYSŁU, CZYLI przez to, że rozum nasz myśli dokładnie tak jak oni chcą i człowiek zachowuje się tak jak oni chcą. Opanowanie mózgów nie jest takie trudne. Umiejętność tą mają kapłani. Miał Gebels, Hitler, częściowo Stalin. Mieli też Chomejni, Mao Tse Tung i wielu innych. Przypomnijcie sobie, co oni zrobili ze swoimi obywatelami. Niemal 100% poparcia. Teraz wiedza ta jest powszechnie dostępna i stosują ją publikatory. Teraz, kto ma media (publikatory) ten ma władzę. Oligarchowie (ONI) zdobyli, więc władzę nad naszymi umysłami i mogą zrobić z nami wszystko. My jesteśmy gotowi z pobożną uległością całować nogę, która kopie nas w dupę. Nie wszyscy są świadomi potęgi socjotechniki. Pozostały jeszcze media publiczne, które są obecnie zarządzane przez ONYCH. To może być baza polskości. Wystarczy wykopać ten zarząd mianowany przez ONYCH, a media te będą mogły służyć Państwu Polskiemu jako swojemu właścicielowi. Jako media publiczne, są zaciekle i podstępnie niszczone przez PO. I osobiście przez premiera Tuska. PO wygrało wybory dzięki ONYM. Musi się więc odwdzięczyć. ONI wiedzą, że największą siłą jest rozum, a najgroźniejszą bronią jest słowo. Publikatory to jest słowo. Najpierw ONI zdobyli słowo ( media), a później tą bronią zaatakowali rozum. ONI wykorzystują tu socjotechnikę. Walka trwa.(...)"
komentarze: 0
Saga
  • Ocena: 0.0 na 5
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
" Znane mi początki rodziny Piątasów Zrodzonych z Jana Piątasa i Józefy Karpińskiej Matka ojca z domu Świngel (Niemka). Babcia miała na imię Katarzyna. Mniej wiarygodna jest moja wiedza na temat przodków „po kądzieli”. Podobno na podupadłym majątku ziemskim gospodarował szlachciura Karpiński. Miał on co najmniej dwóch synów, którzy odziedziczyli skromne ilości gruntu. Jeden z nich dobrze gospodarował i dodatkowo zajmował się flisactwem. W sumie uważany był za bogatego. Miał służbę i wykształcił dzieci (Inż. Adwokat). Drugi brat prowadził tryb życia tradycyjnie szlachecki (rozrywki zagraniczne) i całkiem zbankrutował. Dzieci jego nie dokończywszy edukacji poszły na służbę do innych dworów. Jeden syn tego niedouczonego Karpińskiego był ojcem mojej babci Marianny, a drugi ojcem Franciszka Karpińskiego –poety. Karpińscy ci mieszkali w Kijanach. Ja narodziłem się 13, a właściwie 18-go czerwca 1932 roku gdzieś na Białorusi. W aktach mam napisane, że urodziłem się w Siemiechowie pow. Brześć nad Bugiem. W czasach moich rodziców dzieciak rodząc się, imię dla siebie przynosił z nieba. Ja narodziłem się w dniu Gerwazego i Protazego. Takie też imiona otrzymałem na chrzcie. W roku 1932 Gerwazy i Protazy mieli swoje święto nie 13 –go, ale w dniu 18 go czerwca. A więc ja się narodziłem nie, 13 jak mam napisane w dowodzie, ale 18 go czerwca. Dzieciaki śmiały się z moich imion, a w domu nazywano mnie Gienkiem (a właściwie miękko Gieńkiem), więc zażyczyłem sobie żeby nazywano mnie Eugeniuszem. Tak mam też napisane w dowodzie, w przeciwieństwie do aktu chrztu. Jako chrzestnego wybrano mi organistę. Mieć organistę w rodzinie to nobilitowało. To prawie tak jak mieć księdza w rodzie. Wiadomo powszechnie, że kto ma księdza w rodzie tego bieda nie dobodzie. Poza tym wierzono, że cechy chrzestnego przechodzą na chrześniaka. Powinienem, więc mieć talent muzyczny. Miałem istotnie, ale nie po organiście, bo mój brat Stefan był w tym lepszy. Mama moja jako panna szlacheckiego rodu Karpińskich wciąż miała wysokie aspiracje. W prawdzie szlachta to była zaściankowa i w końcu całkiem schłopiała, ale ambicje zostały. Ambicje te kierowały życiem mamy i miały wpływ na nasze życie. Życie jej dzieci. To skutkiem jej ambicji zdobyłem tytuł inżyniera i teraz w wieku 76 lat w zdrowiu (względnym) i dobrobycie (względnym) siedzę przy komputerze i am-bitnie (mozolnie) usiłuję stworzyć kawałek historii naszej rodziny. W czasie wojny można było pozwolić sobie na luksus wybrania sobie samemu imion i daty narodzenia. Wykorzystałem sytuację, a więc już jako dzieciak podejmowałem ważne decyzje. Tak mi zostało. W życiu dorosłym, prywatnym i służbowym też podejmowałem ważne decyzje. Najczęściej jako szef. Nie wiem natomiast, dla-czego jako miejsce narodzenia wpisano mi Siemiechów. Nie wiem czy taka miejscowość w ogóle istnieje. Pamiętam nazwy wszystkich miejscowości gdzie mieszkaliśmy i żadna z nich nie nazywała się Siemiechów. Nie pamiętam nazwy tylko jednej miejscowości, ale tam byłem już duży i pomagałem paść krowę, którą z pastwiska do domu pędziliśmy chyba z bratem. Krowa szła przodem ścieżką między lasem a polną drogą. Po drugiej stronie drogi stały z rzadka dość ładne domy. My pędząc tą krowę puszczaliśmy po ścieżce kołek, który uderzał ją w pęciny. Krowa oglądając się wiała jak szalona. Myślała chyba, że ją wąż gryzie w pięty. Rozbawieni goniliśmy ją. Kiedy dogoniliśmy to znowu puszczaliśmy ten kołek i krowa znowu zrywała się do galopu. Nasz dom nie stał po tej stronie drogi co inne domy, ale samotnie w głębi lasu. Dom był duży i pokryty grubą strzechą (słoma długa i prosta specjalnie wiązana w małe snopki – pęczki). Dach ten schodził nisko i zasłaniał górną część ściany. W no-cy często byliśmy budzeni nawoływaniem dochodzącym od drogi. Niewielki odcinek drogi przed naszym domu był wyjątkowo piaszczysty. Wozy przejeżdżających nocą kupców grzęzły w piachu i kupcy (przeważnie żydzi) ustalonym zawołaniem wołali ojca, żeby przyszedł z koniem i pomógł im wydostać się z tego piachu. Ojciec zadowolony był z tych nocnych wypraw. Podobno żydzi dobrze za to płacili. Opowiadał kiedyś, że żyd miał dużego i silnego konia. Koń ten mógł spokojnie, bez pomocy, przeciągnąć wóz przez ten piach, ale był narowisty. Kiedy uznał, że jest mu za ciężko to w ogóle przestawał ciągnąć. Okładany batem, skakał, wierzgał. Łamał i rwał uprząż. Kiedyś w takiej sytuacji Żyd wsadził mu pod ogon gorący, pieczony na ognisku kartofel. Koń poczuł gorące, więc przycisnął ogon i w ten sposób rozgniótł gorą-cy pieczony kartofel. Teraz dopiero zaczęło go piec. Koń wyrwał do przodu i galopem wyciągnął wóz z piachu. Żyd ledwie nadążył za nim biec. Podobno prze-stał być narowisty. Ostatni zapamiętany obraz z tamtego gospodarstwa to pierzyny, garnki, jakieś meble na kupie pod drzewami i dopalające się resztki domu. Mówiono, że mama piekła chleb i w piecu paliła gałęziami sosnowymi. Podobno smolna gałązka (żywica pali się intensywnym płomieniem) wciągnięta została przez komin, wy-rzucona na słomiany dach i zapaliła go. Kiedy mama zauważyła to już cały dach płonął i nie było możliwości ugaszenia ognia. Wyniosła, więc z domu tyle ile zdążyła. Później mieszkaliśmy w Wieliczkowie powiat Brześć nad Bugiem. Była to posiadłość ziemska mająca 100 do 200 ha ziemi, czyli za duża jak na gospodarstwo chłopskie, a za mała jak na folwark. Gospodarstwo położone było malowniczo na skarpie, przy rzece Leśnej – dopływ Bugu. Był tam stary park, sad z wysokimi drze-wami. Były stare jabłonie, grusze, śliwy, wiśnie. Drzewa były wysokie i trudno było na nie wleźć. Po drugiej stronie ogrodu był drugi sad z drzewami wysokości około 3 m. Drzewa te choć małe to jednak miały dużo owoców. Gałęzie ich pod ciężarem owoców uginały się aż do ziemi. Sad ten był pilnie strzeżony w dzień i w nocy przez stróża ze złymi psami. Rzadko tam chodziliśmy na jabłka. Zresztą nie były smaczne. Smaczniejsze były w starym, mniej pilnowanym sadzie. Gospodarstwo należało do kapitana, którego chyba nigdy nie widziałem. Kiedyś on albo jego ojciec mieszkał tam w dworku. Dworek ten spłonął i zostały po nim zgliszcza, które służyły nam do zabawy w chowanego. Ojciec był w tym gospodarstwie zarządcą, a jednocześnie pracował razem z zatrudnionymi ludzi (dworusami, fornalami). Mieliśmy swoje krowy, świnie, gęsi, kury itp. Zwierzęta te zakwaterowane były i pasły się razem z innymi. Mama zajmowała się domem i ogrodem. Do pracy w pole nie wychodziła. Pamiętam, że dom był parterowy kryty blachą. Był to zdaje się typowy czworak folwarczny. Składał się z czterech niezależnych mieszkań. To były duże pomieszczenia z piecami z cegły, płytą kuchenną z cegieł opalaną drewnem. Okna miały pojedyncze szyby, na których mróz malował ładne obrazki. mieszkania te (izby) oddzielone były dużą sienią, z której można było wejść do dwóch oddzielnych izb i dwóch oddzielnych komórek-spiżarni. Ze spiżarni tych drabinką można było wleźć na strych. Każdy mieszkaniec strych nad swoim mieszkaniem wykorzystywał w sposób dowolny. My nad swoją częścią mieliśmy siano na którym latem spaliśmy, a zimą ocieplało izbę. Dwie duże izby od frontu zajmowała moja rodzina składająca się z rodziców, dwóch starszych sióstr i starszego brata oraz młodszej siostry. Jedna izba pełniła funkcję kuchni i stołowego, a druga była sypialnią i tam też przyjmowano gości. Najczęściej gościł u nas nauczyciel, który pomagał ojcu w prowadzeniu ksiąg. Urządzanie sypialni jako wizytowego (salonu) chyba wtedy było modne. Pamiętam, że jeśli u kogoś byliśmy w gościnie to zawsze w tym pokoju były łóżka ładnie po-ścielone ze stertą poduszek na każdym z nich. Poza tym było masę serwet i serwetek. Stół nakryty był białym obrusem, a na nim duża serweta. Małe serwetki były na łóż-kach, stołkach, krzesłach. Na parapecie, na ścianach i meblach. Wszędzie serwety, serwetki i serweteczki. Oczywiście były to ręczne wyroby gospodyni lub jej córek. Świadczyło to o zdolnościach kobiet w tym domu. Poduszki zaś świadczyły o ich pracowitości i zamożności. Trzeba przyznać, że zrobienie takiej ilości pierzyn i poduszek wymagało sporo pracy, ponieważ robione były one z ręcznie dartego pierza lub puchu gęsi. Wszystko to miało podnieść atrakcyjność córki na wydaniu. Zaproszony lub zwabiony kawaler ujrzawszy serwetki miał zrozumieć jaka ta panna jest zdolna i pracowita. Sterty pierzyn i poduszek miały kusić do pójścia do łóżka z panną. Gdyby kawaler uległ pokusie natychmiast, to rodzice już mieli przygotowaną wodę święconą i kropidło, aby pobłogosławić parze na nowej drodze życia. W ten sposób zapoczątkowana została procedura ślubna to jest ustalanie daty zaręczyn, posag itd. Mama swoich gości również przyjmowała w pokoju z poduszkami serwetkami i pierzynami. Ojciec robił wymówki, że córki jeszcze z pieluch nie wyrosły, a mama już szykuje im posag. Najważniejszymi gośćmi mamy były trzy koleżanki przyjeżdżające z daleka powozem lub bryczką, ubrane były chyba na ciemno. Na głowach miały kapelusze z woalkami. Na rękach czarne siatkowe rękawiczki sięgające prawie do łokcia. Ojciec unikał spotkania z nimi. Kiedyś zaskoczyły go w mieszkaniu i mu-siał szarmancko ich powitać, całowaniem w rękę oczywiście. Był bardzo zawstydzony, zakłopotany i zmieszany, zwłaszcza, że rękawice sięgały prawie do łokcia. Zwy-kle taki chojrak, a tu speszony jak małolat. Później, jeżeli zobaczył przez okno nadjeżdżający powóz lub bryczkę to z okrzykiem „znowu te Matyldy” gnał po drabinie na strych, ze strychu na klatkę schodową po drugiej stronie budynku i do ogrodu, przez zarośla przedostawał się do stodoły i tam spał albo pracował aż do odjazdu po-wozu. Tak niezauważony unikał spotkania z Matyldami. Kiedyś przyjechały z gramofonem i udało im się przyłapać ojca w domu. Ja się bardzo cieszyłem, bo pozwolono mi kręcić korbą. Musiałem tylko uważać, żeby kręcić równo. Obsługiwać taką ładną, grającą skrzynkę to była frajda. Podobała mi się zwłaszcza duża, błyszcząca trąba. Mniej zadowolony był ojciec Nie dość, że musiał je obtańcowywać to jeszcze musiał być miły. Był bardzo nieszczęśliwy. Nie mogliśmy tego zrozumieć, że duży i silny mężczyzna ma tremę przed kobietami. Mama często pokpiwała z niego na ten temat. Chodziło o to, że na sezon robót polowych Polacy wyjeżdżali do Niemiec pracować. Niemieccy bambrzy kwaterowali ich para-mi w jednym lokum. Ojca zakwaterowano z najładniejszą dziewczyną w okolicy. Po powrocie śmieli się z ojca, że dziewczyna ta wróciła w stanie nienaruszonym. On też był przystojniakiem na okolicę i też wrócił chyba w stanie nienaruszonym. Ja choć z wyglądu jestem nieco podobny do ojca, to względem dziewczyn jestem całkowitym przeciwieństwem. Tu podobnym do mojego ojca jest mój syn Konrad. My lubiliśmy kiedy przyjeżdżały „Matyldy”, bo było coś smaczniejszego do jedzenia. Jakieś słodycze, bułki, ciastka. Mama pokazywała „Matyldom” swój ogród kwiatowy, warzywny i sad. Chodziły też po parku. Oglądały ruiny dworku kapitana – właściciela tego gospodarstwa. Na dłużej zatrzymywały się nad rzeką Leśną płynącą tusz przy sadzie i parku. Czasami urządzały tam piknik. Była to rzeka nieuregulowana szerokości na rzut kamieniem. Były miejsca bardzo głębokie, ale były też miejsca gdzie płynęła bardzo szeroko i w tych miejscach można było przez nią przejść nie zamoczywszy głowy. Dla nas była to bardzo wielka i groźna rzeka. Większość wolnego czasu spędzaliśmy latem kąpiąc się i bawiąc w wodzie, a zimą ślizgając się na lodzie. Zdaje się, że to był najlepszy okres dla naszej rodziny. Ojciec zarządzał gospodarstwem i pracował w polu razem z robotnikami, przez co był lubiany i szanowany na tutejszym terenie. Ponieważ był przystojny i umiał ładnie opowiadać, więc był ulubieńcem kobiet i chętnie był zapraszany do domów. Kobiet nie podrywał i lubił wypić (choć nie upijał się), więc panowie też miło go witali. Mama twierdziła, że ”chłop w chałupie to jak wrzód na dupie” i nie zachęcała go do przebywania w domu. Ojciec, więc do domu przychodził tylko jeść i spać. My też byliśmy z tego zadowoleni, bo bardzo baliśmy się ojca. Nie pamiętam, żeby kiedyś okazał nam odrobinę czułości. Żeby któreś wziął na kolana, albo pogłaskał. To się chyba nie zdarzyło. Mama za to nas rozpieszczała i dawała nam luz. Wystarczyła in-formacja, że ojciec idzie, a chwytaliśmy się za robotę i w ciągu paru minut w mieszkaniu był porządek i cisza. Każdy w osobnym kącie siedział cicho i czekaliśmy aż ojciec wyjdzie, albo dyskretnie uciekaliśmy z mieszkania. Ojciec nas bił ręką gdzie popadnie. Widziałem jak na zabawie ktoś dostał w głowę to padł i nie ruszał się. Teraz myślę, że to był zwykły nokaut, ale wtedy myślałem, że jeżeli po uderzeniu delikwent padł i się nie rusza to znaczy, że został zabity. Bardzo bałem się ojca, bo bił w głowę. Panicznie bałem się nie o lanie, ale o życie. Strach przed laniem i strach przed śmiercią to są dwa całkiem różne strachy. Miałem wtedy jakieś 8 lat i tak silny pierwotny instynkt obrony życia. Tak duże przywiązanie do życia i tak wielki strach przed śmiercią. Oby nigdy i żadne dziecko nie poznało tego strachu. Drugie podobne zachowanie ojca zapamiętałem w innych okolicznościach. Zimą bawiliśmy się prze-ważnie w pomieszczeniach gospodarczych. Zwłaszcza w stodole. Tam bawiliśmy się w chowanego, robiliśmy nory w słomie i w sianie. Robiliśmy gniazda – kryjówki i tam mieliśmy spotkania towarzyskie. Tam chowaliśmy swoje skarby i organizowali uczty dzieląc się zdobytymi owocami, wędliną lub ciastem. Ojciec nie był zadowolony z bałaganu jaki robiliśmy i zabraniał nam tego. Najwygodniejszą kryjówką była kryjówka pod maszynami rolniczymi. Na okres zimy maszyny gromadzone były w stodole, a na nich kładzione było siano lub słoma. Pod maszynami była wolna przestrzeń i nie musieliśmy wyskubywać sobie miejsca na gniazdo. Wadą gniazd była panująca tam ciemność. Przypuszczam, że razem z owocami zjedliśmy masę robaków. Wialnia i dwie młocarnie nie były schowane, bo służyły do młócenia i czyszczenia zboża w czasie zimy. Maszyny te napędzane były kieratem. Kierat to takie urządzenie z wielkim kołem zębatym i długą belką do końców, której zaczepione były konie. Konie chodząc w kółko obracały to wielkie koło zębate, a ono z kolei obracało drąg metalowy, który obracał bęben młocarni. Duża młocarnia używana była do młócenia żyta i wychodziła z niej słoma prosta. Mała młocarnia używana była do innych zbóż i miała małą wydajność. Podawanie do młocarni było pracą niebezpieczną. Chodziły słuchy, że już nie jednemu razem ze zbożem wciągnęła rękę i urwała ją. Toteż ojciec nikogo do maszyny nie dopuszczał i sam je obsługiwał. Chcieliśmy sami zobaczyć jak to jest z tym młóceniem. Ciągnąc za szprychy dużego koła zębatego małej młocarni, można było ją rozpędzić tak, że młóciła. Wkładając zboże do czeluści zbyt mocno je popchnąłem i maszyna razem ze zbożem wciągnęła moją rękę. Na szczęście ładunek zboża razem z ręką był dla niej za duży i zatrzymała się. Dłoń ręki została jednak wciągnięta i zakleszczona w maszynie. Koledzy nie mieli siły odkręcić bębna. Próbowali różnych sposobów, a krew zaczęła już wyciekać z pod maszyny. W końcu przy pomocy drąga udało im się odkręcić i rękę wyjąłem. Co było dalej nie pamiętam. Rękę jednak mam z palcami, tylko na dłoni pozostała szrama. Z zabaw w stodole nie zrezygnowaliśmy. Organizowaliśmy zawody sportowe np. w zjeżdżaniu na dupie z wysokiej sterty lub w skakaniu z pryzmy na pryzmę. Bardzo lubiliśmy skoki z najwyższej pryzmy na kupę słomy na dole. Z takiej wysokości leciało się długo, a upadek amortyzowała słoma. Kiedyś skacząc jeden po drugim Stefan (mój starszy brat) lecąc z góry zauważył, że ktoś otwiera drzwi i zamiast jak było w umowie przesunąć się w stronę drzwi, przesunął się w stronę odwrotną, a ja będąc już w powietrzu nie mogłem go ominąć i upadłem na niego uderzając brodą w jego głowę. Szybko do nory i dopiero w gnieździe dotykając ręką brody poczułem coś twardego i ostrego. Na ręce poczułem coś ciepłego i lepkiego. Zrozumiałem, że to twarde to odkryta kość a to ciepłe i lepkie to krew. Pomyślałem, że jeżeli ta krew będzie ciekła długo to może wycieknąć wszystka. Zatkałem, więc ranę dłonią. Nie pamiętam co było później, ale sądzę, że bez szycia się nie obyło. Teraz mam tylko szramę na brodzie. Stefan taką samą powinien mieć na głowie. Wieczorem w stodole polowaliśmy na ptaki. Rzucając kamieniami w strzechę pokrycia stodoły od środka, płoszyliśmy śpiące ptaki, które jak ćmy leciały do na-szych latarek. Łapaliśmy je lub zabijaliśmy kijami. Kiedyś ojciec przyłapał mnie w stodole. Drugimi drzwiami wyskoczyłem i gnałem ile sił w nogach. Ojciec prawdo-podobnie nie widząc szansy dogonienia mnie rzucił za mną kołkiem. Kołek lecąc obracał się i końcem trafił między moje nogi, podciął mnie tak, że fiknąłem koziołka i zatrzymałem się w pozycji leżącej na kołku. Zauważyłem, że kołek był gruby i nasiąknięty wodą, a więc musiał być ciężki. Spojrzałem czy nie nadbiega ojciec i w nogi. Kiedy się zatrzymałem to bardzo biło mi serce. Mniej ze zmęczenia, a więcej ze strachu. Uświadomiłem sobie, że gdyby kołek leciał metr wyżej to dostałbym w głowę i już bym nie żył. Gdyby leciał tylko pół metra wyżej to może bym żył, ale z prze-trąconym kręgosłupem. Prawdopodobnie moje odczucie było przesadne. Ojciec być może celowo rzucił nisko, żeby nie zrobić mi zbyt dużej krzywdy. Nie mogę pojąć dotychczas tego, że ludzie powszechnie szanowani i lubiani w swoich środowiskach, potrafią być tak okrutni i bezwzględni dla swoich rodzin. To jest wbrew logice. Środowisko można przecież zmienić, a rodziców czy dzieci zmienić nie można. Jeżeli człek się skompromituje to później wlecze się to za nim do grobowej deski, albo i dalej (jak np. z moim ojcem). Na szczęście ojciec rzadko był w domu. Latem pracował do późna, a w dni wolne szedł do znajomych (mama mówiła, że na chałupki). Zimą przeważnie wyjeżdżał na roboty do karczowania puszczy białowieskiej. Ziemia po wykarczowanych drzewach sprzedawana była pod uprawę. Ojciec kupił kawał takiego karczowiska, ale nie uprawiał go. Była to lokata pieniędzy i zbieranie posagu dla dzieci. Żyliśmy bied-nie, ale pieniędzy chyba rodzice mieli sporo. Mieliśmy swoje krowy i mleko, które dostarczali do mleczarni. Mieliśmy swoje świnie i drób, co też dawało pieniądze. Oj-ciec brał pieniądze za pracę w gospodarstwie i za zarządzanie. Mama jeździła w róż-ne miejsca i kupowała ziemię. Po wojnie walały się po domu pęczki przedwojennych pieniędzy, pliki akcji i weksli. Teraz te przedwojenne dobra mogły mieć zastosowanie do zabawy i rozpalania ognia w kuchni. Szkoda mi rodziców, że żyli biednie i całe życie się dorabiali, aby ich dzieciom (nam) żyło się lepiej. Ich przedwojenny dorobek zniszczyła wojna. Powojenny dorobek nie był nam (dzieciom) przydatny. Ich plany poniosły tragiczną klęskę, a oni zmarnowali życie. Zakupione ziemie zostały na Białorusi. Tylko działka po wykarczowanej puszczy jest po polskiej stronie granicy. Po wojnie ojciec z trudem odnalazł tą działkę, ziemia nie uprawiana, nie usunięte pnie dały odrosty. Puszcza się odrodziła. W czasach komuny niebezpiecznym było przy-znanie się do tego, że się jest właścicielem kawałka Białowieskiej Puszczy. Komuna padła i mimo to wśród spadkobierców nie widać amatorów posiadania na własność kawałka puszczy. Część 3 Wracajmy do Wieliczkowa Ojciec był chłopem i rolnikiem z dziada ,pradziada. Toteż łatwo wszedł w tamtejsze środowisko rolników. Nie przeszkodziło mu nawet to, że jak na tamtejsze warunki był światowcem. W czasach kawalerskich jeździł na roboty sezonowe do Niemiec. Poznał trochę Niemiec. Poznał niemieckie rolnictwo i nauczył się języka niemieckiego. W czasie pierwszej wojny światowej był adiutantem gen. De Gaulle, późniejszego prezydenta Francji. Ojciec musiał, więc nauczyć się języka francuskiego. Gen. De Gaulle był wtedy doradcą w sztabie generalnym Piłsudskiego. W efekcie ojciec był w stanie porozumieć się w czterech językach (łącznie z polskim). Był, więc poniekąd człowiekiem wykształconym i „otarł się”, że tak powiem o najwyższe władze wojskowe i państwowe. Nie był z tego powodu wyniosły czy zarozumiały. Do-świadczenia życiowe wykorzystywał do prowadzenia gospodarstwa i tworzenia barwnych opowieści. Musiało tych opowieści być bardzo dużo, bo ojciec cały wolny czas spędzał na „chałupkach”. Zapraszano go, przypominano o zaproszeniu, nalega-no. Wprawdzie był to gość znamienity, ale podejrzewam, że główną atrakcją ojca mogła być jego zdolność do „bajania”. Kawałek jednej takiej opowieść zapamiętałem. Ojciec opowiadał jak z De Gaullem i kilkoma żołnierzami uciekali przed Bolszewikami drezyną. Drezyna to taki czterokołowy wózek kolejowy do jeżdżenia po szynach. Żeby nim jechać trzeba było ruszać wajchą. Do wajchy stawało po dwie osoby. Generał nie oszczędzał się i pracował równo z innymi. Opowieść była długa, ale szczegółów nie pamiętam. Nie pamiętam innych opowieści, bo ojciec opowiadał głównie „na chałupkach”, a w domu dzieci nie miały prawa być przy rozmowach do-rosłych. Ojcu te zaproszenia bardzo odpowiadały, bo gospodynie prześcigały się w smakowitości potraw, a gospodarze w alkoholu. Zresztą kto by nie lubił być gościnnie przyjmowanym i wysłuchiwać pochlebstw. W tamtych czasach świat wyglądał inaczej. Nie było radia. Nie było telewizji. Nie było kina. Nie było nawet światła elektrycznego. W długie jesienne wieczory atrakcją były głównie wizyty gości. Atrakcyjny gość był wręcz rozchwytywany. Podatność ojca na „chałupki” wzmacnia-na była tym, że mama przy wielu zaletach nie była najlepszą kucharką. W przeciwieństwie do ojca, mama nie była dobrze przyjęta przez tamtejsze środowisko. Przy-czyn było wiele. Najważniejsze to, że: - nie chodziła do pracy w pole – jak inne kobiety, - inaczej się ubierała, - mówiła czystą polszczyzną (językiem literackim), - była biegła w pisaniu, czytaniu, rachowaniu i w mowie. Uchodziła, więc za osobę wykształconą (paniusię). - miała duży ładny ogród. Uprawiała w nim dziwne warzywa i dużo kwiatów. Poza tym miała własny dobry „nowoczesny” warsztat tkacki, na którym wyrabiała tkaniny od cienkich prześcieradeł i koszul po chodniki. Sama też szyła. Poza konfekcją ciężką, wszystko odzienie i pościel było jej dziełem. Sama siała len, pieliła go, wyrywała z ziemi i wiązała w snopki. Następnie len był moczony w rzece i rozkłada-ny na trawie żeby wysechł i wybielał. Później było międlenie to jest łamany w drewnianym urządzeniu w czasie międlenia odpadały łodygi, a zostawało włókno. Przy pomocy specjalnego kołowrotka, włókno to przerabiane było na nici czyli na przędzę. Ta czynność obok darcia pierza była głównym zajęciem kobiet i dziewczyn wiejskich w czasie jesiennych i zimowych wieczorów. Z przędzy wyrabiane były tkaniny w czym mama była mistrzynią. Tamtejsze kobiety często przychodziły do mamy prosząc o radę albo przynosiły coś do szycia. Między sobą mówiły o mamie „ta ryża”. Mama była ruda i piegata stąd to przezwisko. Ja, choć miałem jasne włosy, miałem piegi. Mnie też przezywano „ryży” i bardzo cierpiałem z tego powodu. Młodsza siostra Irka była blondynką, ale nie miała piegów. Starszy brat Stefan miał ciemne włosy i nie miał piegów. Ojciec go nie lubił i pogardliwie nazywał „ten Karpiński” – nazwisko rodowe mamy. Starsza siostra Cela, miała nie tylko piegi, ale i włosy rude. Nie lubiliśmy jej. Uważaliśmy ją za wredną. Miała ciężkie życie. Najstarsza siostra Urszula miała jasne włosy, ale piegi też miała. Autorytet mamy podnosił miejscowy proboszcz. Jako osobie wykształconej, pobożnej, oraz mającej dar swobodnej wypowiedzi, zlecał przewodnictwo różnych kółek i organizacji nabożnych. Głośne odczytywanie tekstów religijnych, gromadzenie i rozliczanie funduszy też zlecał mamie. Poza tym była żoną powszechnie szanowanego zarządcy gospodarstwa. W gościnę zapraszana była jednak tylko wtedy, kie-dy nie wypadało zaprosić ojca samego np. chrzciny, wesele. Chyba cieszyła się z ta-kich zaprosin, bo śpiew i taniec były żywiołami mamy. Pobożność mamy denerwowała ojca. Jeżeli w kościele były jakieś uroczystości to mama zostawiała wszystko i szła do kościoła. Poza tym była złą kucharką. Nie radziła sobie w pracach domowych i z dziećmi. Dzieci robiły, co chciały, a w domu był bałagan. Często kłótnie i awantury wynikały głównie z niegospodarności mamy. Zdaje mi się, że ojciec bił mamę. W czasie takich awantur chowaliśmy się pod łóżkiem lub w inne głębokie ką-ty i umieraliśmy ze strachu. Pamiętam, że w czasie jednej z takich awantur ojciec kopnął w stół jakoś tak od spodu, że stół skoczył w górę, tak że kluski czy też placki (dokładnie nie pamiętam) mama później zdrapywała z sufitu, a odłamki talerzy zmiatała z podłogi. W tamtych czasach bicie żon było normalnością. Zimą kobiety wiejskie po obiedzie brały kołowrotek pod pachę i zbierały się w którymś domu i przędąc len czy wełnę plotkowały. Najczęściej plotkowały o swoich mężach. Taką jedna rozmowa wydała mi się dziwaczna i chyba z tego powodu zapamiętałem ją. Wszystkie kobiety skarżyły się na swoich mężów, ale jedna z nich powiedziała, że mąż ją nie bije. Jeżeli mu się coś nie podoba to marudzi, zrzędzi, narzeka, naburmuszy się, przez kilka godzin się nie odzywa, ale żeby kiedyś zrobił awanturę, walnął pięścią w stół gdzie tam. Nie mówiąc o laniu. Nie wiem, co z nim jest. Jakiś niewydarzony. Jakaś niezguła. A może nie kocha mnie? Nie wiem czy mam jakieś znaczenie w tym domu, czy jestem potrzebna. Chciałabym mieć tak jak wy. Żeby mnie czasami zwymyślał, czasami przylał, a później przytulił. Czułabym się kochana. Czułabym się pewniej, bezpieczniej. Po długiej dyskusji ustaliły, że mąż powinien czasami zrobić awanturę, ale nie za często. Powinien czasami przylać, ale nie za mocno. Mnie się to nie podobało. Nie mogłem zrozumieć, że ktoś może chcieć awantury, a nawet dostać w skórę. Ja będąc tylko światkiem takich sytuacji umierałem ze strachu. Już wtedy postanowiłem sobie, że nigdy nie uderzę swojej żony. Postanowienie wtedy podjęte było tak poważne i głębokie, że dopiero swojej drugiej ślubnej żonie sprawiłem lanie, ale była to już ostateczność. Moja ślubna tak mi dopiekła, że wolałbym umrzeć niż być z nią. Postanowiłem zrobić pożegnanie i zrewanżować się za wszystkie moje krzywdy. Po-łożyłem, więc ją na dywanie. Spódnica w górę. Majcięta w dół. W rękę wąż z grubej gumy i po przekątnej od lewego półdupka do prawego uda robiły się czerwone pręgi, które w końcu zlały się w jeden czerwono - siny pas. Ślubna dalej szamotała się, wymyślała, wrzeszczała, groziła. Przełożyłem, więc wąż z prawej zmęczonej do le-wej ręki i znowu po przekątnej. Ślubna zaczęła płakać i prosić. Przestałem, więc. Po-łożyła się na kanapie i rycząc dostała spazmów. Ja nie odkładając gumy usuwałem z zasięgu jej rąk ciężkie przedmioty jak popielniczka, wazon itp. Stanąłem w pobliżu gotów do odparcia nagłego ataku. Kiedy się nieco uspokoiła odwróciłem na plecy i dokonałem aktu kopulacji. To nie był seks. To była czysta kopulacja podyktowana złością, a nawet nienawiścią. Miała na celu pognębienie i zniszczenie psychiczne jej. Taki stan dzikiej nienawiści łatwo było mi osiągnąć, ponieważ wróciła właśnie z kilkudniowych wojaży z kochankiem. A mnie podsunęła pod nos delegację kilkudniową z podpisem dyrektora. Sądziła, że ciołek połknie ten kit. Ja już wiedziałem, że podpis dyrektora uzyskano podstępnie, a we wskazanej w delegacji miejscowości w ogóle jej nie było. Po kopulacji, wobec której nie stawiała specjalnego oporu poszła do łazienki. Poszedłem za nią. Obawiałem się, że może zrobić sobie krzywdę. Kiedy się-gała na półkę dostała gumą po ręce. Podejrzewałem, że sięga po słoik z chemikalia-mi, ale ona chciała wziąć tylko krem. Powiedziałem, że będę jej podawał. Trochę się uspokoiła, więc zostawiłem ją samą. Wyszła jakby spokojniejsza i jak zwykle rozebrała się i wlazła pod kołdrę. Nie wiedziałem jak się zachować. Spać pod jedną kołdrą z gołą atrakcyjną kobietą, ale po takim lańsku? Przede wszystkim jednak bałem się, że kiedy zasnę to może się zemścić. Poznałem już grozę babskiej zemsty przy okazji rozwodu z pierwszą żoną. Poszedłem, więc spać do drugiego pokoju. Na wszelki wypadek zamknąłem się od środka. Rano wstała pierwsza, ugotowała zupkę mleczną i pyta czy zrobić mi kanapki do pracy. Dawno tego nie robiła. To ja wstawałem pierwszy i zajmowałem się tym. Teraz ona poczuła obowiązki żony? Zachowuje się normalnie, mówi normalnym tonem, a nawet milszym. Zbaraniałem. Co tu jest grane? Ja wczoraj byłem dla niej niemal oprawcą, a dziś ona jest dla mnie miła, a nawet troskliwa i słodka. Ja natomiast mam potężnego kaca moralnego i nie śmiem spojrzeć jej w oczy. Staram się zachowywać jak gdyby nic się nie stała, ale uważam, żeby między moimi żebrami nie znalazł się kuchenny nóż. W dniach następnych jest miła i coraz milsza. W domu następuje coś w rodzaju miodowego miesiąca. Nie po-doba mi się to. Jestem wściekły. Czuję tu podstęp. Poznałem jej wredny charakter i przecież nie mogła tak raptem zmienić się. Chce mnie tylko uspokoić i znowu będzie to samo. W pracy jestem specjalistą wysokiej klasy. Prowadzę wykłady dla kolegów inżynierów. Pełnię funkcję naczelnika wydziału w zjednoczeniu. Słowem autorytet. Potęga. U znajomych szacunek. W domu wsiowy ciołek, burak, kmiotek. Nie. Tak być nie może. To nie może się powtórzyć. Nigdy. Ale jak mam się zachować kiedy ona jest miła i słodka? Jestem twardy i agresywny w walce, ale jeśli ktoś jest słaby i miły to jestem bezbronny jak niemowlę. Co robić? To się nie może powtórzyć. Wracają też przyjemne wspomnienia. Po przemyśleniu przyznaję, że z tym ciołkiem to miała trochę racji. Mówią, że chłop ze wsi może wyjechać szybko, ale wieś z chłopa wyjeżdża wolno. Bardzo wolno. Mówią też, że na uszlachetnionym kmiotku frak do-brze leży dopiero w trzecim pokoleniu. Ten mój frak ją raził. Tylko, że ona przed ślubem wiedziała kim jestem. Poza tym jej pierwszy mąż był szlachcicem czystej krewi i rzuciła go dla mnie. Wspominam też dobre czasy… Pamiętam, że w kawiarni „Monopol”, który w ów czas był najelegantszym lokalem we Wrocławiu gdzie były potańcówki w godz. 17- 22. Tam miała swoje zbiór-ki kilkuosobowa elita podrywaczy. Do tego lokalu wpadały po pracy dziewczyny ni-by na ploteczki. To było takie nie zobowiązujące miejsce gdzie bez biletu, bez specjalnego stroju można było wpaść prosto z pracy, pogadać, posłuchać dobrej orkiestry i ewentualnie potańczyć. Pary tu raczej nie przychodziły. Tu przychodzili głównie ludzie wolni. Pewnego razu przyszły cztery dorodne dziewczyny. Ja wybrałem tą najbardziej naturalną (najmniej makijażu), ale chyba najzgrabniejszą. Naturalne włosy do ramion. Dość ładna buzia, ładna długa szyja drobna kość, duże piersi, wąska talia i duża dupa. Jej budowa kształtem przypominała łyżkę. Tylko nogi miała niezbyt zgrabne z tendencją do platfusa. Na prawej ręce miała ozdobny pierścionek w kształcie obrączki. Zapytałem, więc czy to ozdoba czy dowód. Powiedziała, że dowód. Ostudziło to mój zapał. Nie uwodzę mężatek. Trudno było taniec przerwać, więc dla zabawy zacząłem „tango przytulango”. Akceptowała. Dziwne. Łatwa zdobycz. Z rozmowy wynikało, że jest damą z lepszego towarzystwa, a jej mąż to czysty szlachcic. Jako syn chłopa lubiłem być złośliwy wobec arystokracji. Pomyślałem, że łatwa okazja przyprawić szlachciurowi rogi. Pewien sukcesu umówiłem się na następny dzień. Było miło, ale sukcesu nie było. I tak było przez kilka następnych spotkań. Poza tym ta dama swoją osobowością zaczęła wymuszać na mnie eleganckie zachowanie. Musiałem odświeżyć znajomość z teatrem, operą. Jakieś koncerty symfoniczne. Wnerwiało mnie to. Czas leci. Pieniądze też i nic. Miałem zasadę, że jeżeli dziewczyny nie zdobędę w ciągu trzech spotkań to przestaje mnie interesować. Tu był wyłom od zasady, ale za dużo straciłem czasu i pieniędzy żeby bezkarnie odpuścić. Wreszcie przyholowałem ją na chatę. Trochę szarpaniątek i wyjąłem ją z opakowania. Ułożyłem do strzału i nie mogę. Szczelina zamknięta. Czyżby błoną? Zmęczony zaprzestałem ataku i ogłupiały zastanawiam się czy atrakcyjna dziewczyna dwa lata po ślubie może być dziewicą? Nie wiem czy sytuacja jest nie taka, czy ze mną jest coś nie tak? Jestem przecież trzeźwy. Może za trzeźwy. Wypiłem, więc następną lampkę wina i zaczynam sprawdzać przy pomocy palca i oka. Dziewica ! To, co że dziewica. Będę miał w kolekcji jeden wianuszek więcej. Podobno szlachcic na premierę wkłada smoking. Ten nie będzie musiał wkładać smokingu, bo premiera będzie ze mną. Na ogół nie miałem problemów z dziewicami. Mój miecz był spraw-ny w boju. Na następnym spotkaniu już bez szarpaniątka, spokojnie ułożyłem dziewczynę w odpowiedniej pozycji, odwróciłem uwagę, uśpiłem czujność, spowodowałem rozluźnienie i atak. Wrzask i nic. Cofnęła dupcię do tyłu. Poczuła ból i tak ją wystraszyłem, że ciało dostało trzęsionki. Uległem prośbom, obietnicom i zaprzestałem ataku. Powiedziała, że jej domownik (nie używała nazwy mąż) jest głęboko wierzący i nie uznaje ślubu cywilnego. Czeka na ślub kościelny i przestrzega wszelkich ceremonii. Dla mnie ateisty to była dodatkowa prowokacja żeby przynajmniej ten ceremoniał mu pomieszać. Poza tym zazdrościłem mu takiej żony. To była dama z krwi i kości. Kulturalne i eleganckie wyrażanie się. Opanowanie, dobre trunki, dobre towarzystwo, gustowny i elegancki strój. Później jeszcze okazało się, że świetnie gotuje, jest dobrą krawcową i dobrą gospodynią. Poza tym prawdomówna, słowna i punktualna. Tyle dziewczyn przetestowałem i takiej nie spotkałem. Po rozwodzie z pierwszą żoną po-stanowiłem sobie, że nigdy więcej się nie ożenię. A z Krystyną ożeniłbym się natychmiast. Drugiej tak doskonalej kandydatki na żonę nie ma. Ona o domowniku wyrażała się pozytywnie i nie myślała o rozwodzie. Tu szansy brak, ale mogę przyprawić mu rogi. Okazuje się, że tego też nie mogę. Dziewczyna ma dobry refleks i wy-czucie. Kiedy ja wykonuję ruch ataku ona jednocześnie cofa dupcię do tyły i brzuchem unosi mnie do góry. W końcu wnerwiony i załamany kazałem się jej ubierać, spadać i więcej się nie pokazywać. Bez słowa zaczęła spełniać moje polecenia. Przed wyjściem zaczęła prosić żebym ją odprowadził. Oczywiście damę musiałem zawsze odprowadzać lub odwozić taksówką. Po drodze zaczęła przepraszać i obiecywać, że następnym razem pozwoli się związać. Musiała mi to przysięgnąć. Na następnym spotkaniu nakłoniłem ją żeby wypiła więcej niż zwykle. Jeden koniec ręcznika kąpielowego zawiązałem na jednej nodze powyżej kolana, drugi na drugiej. Środek założyłem za głowę i dziewczyna znalazła się w pozycji ginekologicznej. Teraz przygotowanie psychologiczne, rozluźnienie i niespodziewany cios. Wrzask i miecz wbił się do polowy, Płacz prośby, ale ja nie wyjmuję i drugie pchnięcie. Miecz zagłębił się cały. Poczułem ból na plecach i stróżki krwi cieknące z pleców. Domyśliłem się, że to sprawka jej pazurów wbitych w moje ciało. Wbicie mojego miecza w jej ciało utoczyło więcej krwi. Dalej sprawy seksu nie wyglądały najlepiej. Dziewczyna nie czuła przyjemności seksualnej. Przyjemnością dla niej było to, jeżeli udało mi się włożyć bezboleśnie i nie ruszać nim. Przyczyną tego był prawdopodobnie wypadek samo-chodowy i operacja przecinająca jakiś nerw. Sprawy seksu były, więc sporadyczne. Dopiero, kiedy oboje dostaliśmy wczasy w Sosnówce pozwoliliśmy sobie poszaleć. Żadnych zabezpieczeń poza kalendarzykiem nie stosowałem, a pobyt w Sosnówce zahaczał o dni płodne. Postanowiłem się tym nie przejmować. Aż tak łatwo nie jest zapłodnić kobietę. Koledzy lubili uwodzić mężatki, bo w razie wpadki wszelkie konsekwencje ponosi mąż. Poza tym jej budowa jest taka, że do śmierci może uchodzić za dziewicę, więc szlachcic będzie mógł włożyć frak na premierę. Ciąża to już byłby dowód. Krystyna pracowała w grupie kobiet. Kobiety na siebie mają zły wpływ. One robią skoki w bok, a ta jedna nie –taka parszywa owca w stadzie. One ją namawiały na randki ze mną. Kibicowały jej, ale kiedy się zorientowały, że sprawy zaszły za daleko i realny staje się rozwód to powiadomiły o wszystkim męża. Wracam wieczorem z miasta, a na klatce facet pyta mnie o nazwisko i czy znam Krystynę. Chce ze mną porozmawiać. Myślę trudno. Mordobicia tu się nie uniknie. Nie demolujmy przynajmniej mojego mieszkania. Zaproponowałem, więc rozmowę na ławce przed domem. Zapytał wprost czy łóżkuję z Krystyną? Nie zaprzeczyłem. Dalej rozmawialiśmy o tych wstrętnych babach i nic więcej się nie wydarzyło. W następnym dniu zadzwoniła Krystyna prosząc żebym przyjechał po rzeczy, bo domownik kazał się jej wyprowadzać. Mówiła, że domownik przyszedł wściekły i goły zaatakował ją seksualnie mówiąc „z nim możesz to i ze mną”. Ona pierwszy raz zobaczyła jego penisa. Zemdliło ją i rzygnęła na jego brzuch i jego penisa. Facet zdębiał i pobiegł do łazienki. Po powrocie już spokojny kazał jej się wynosić. Przyjechała, więc do mnie. Kiedy pojechała po rzeczy zastała na środku pokoju stertę zniszczonych ubiorów i wszystkiego, co dało się zniszczyć. Zamieszkała, więc ze mną wnosząc tylko to co było na niej. Niebawem okazało się, że jest w ciąży. Poprzednie małżeństwo nie było skonsumowane i kobieta w ciąży z innym facetem, więc rozwód uzyskano już w pierwszym podejściu i wzięliśmy ślub. Po doświadczeniach z pierwszą żoną postanowiłem, że nigdy nie wejdę w trwały związek kobietą no i nie dotrzymałem. Krystynę uważałem za ideał nieosiągalny, jednak niespodziewanie go osiągnąłem. Ewentualne dziecko miało być problemem dla domownika, a stało się moim. Krzyżując moje plany i postanowienia los niespodziewanie obdarzył mnie prawie idealną żoną i byliśmy prawie idealnym małżeństwem. Kochała mnie. Ulegała mi. Mieliśmy podobne poglądy i upodobania. Te-raz już razem biegaliśmy po lokalach z tańcami i wiedliśmy rozrywkowo nocny tryb życia. Była doskonałym kumplem i przyjacielem. Wreszcie zacząłem się ładnie ubierać. Byłem zadbany i domyty. Byłem świadom tego jakim szczęściem los niespodziewanie mnie obdarzył i podjąłem mocne postanowienie, że będę dobrym mężem. Bardzo się tu starałem i chyba byłem podręcznikowo dobrym mężem. W pracach domowych wyręczałem ją. Moja żona miała eleganckie i drogie stroje. Po porodzie odradziłem jej karmienie piersią, żeby nie popsuć piersi. Codziennie robiłem jej masaż likwidujący skutki ciąży. Konstruowałem odpowiednie gorsety ściskające. Efekt tego był. Jej ciało zachowało dawny urok. Ubierała się elegancko i drogo. Grupa włamywaczy, która okradła nasze mieszkanie zeznała na milicji, że szli tropem boga-to ubranej kobiety. Żyliśmy z naszych etatowych poborów, a te jej stroje i złote ozdóbki to były prezenty wujka, który jest księdzem. Przynajmniej tak mówiła, bo ja tego wujka nigdy nie widziałem nawet na zdjęciu. Do dziecka w nocy wstawałem ja. Sam byłem zdziwiony, że z takiego podrywacza może być tak dobry mąż. Teraz my-ślę, że za dobry. Dopiero w trzecim roku sytuacja zaczęła się psuć. Powodem był seks. Seks nie dawał Krystynie żadnej przyjemności. Było to prawdopodobnie skutkiem, tak jak pisałem wcześniej, wypadku samochodowego w dzieciństwie. Mimo, że seks ani sprawy erotyczne nie sprawiały Krystynie żadnej przyjemności to jednak znała obowiązki żony i starała się dobrze je wypełniać. Ja z kolei starałem się nie nadużywać jej dobrej woli i być na bardzo chudej diecie. Miała tyle zalet, że seks można było ograniczyć do niezbędnego minimum. Kiedy i to minimum zostało skasowane powiedziałem, że jeżeli głodu nie zaspokoję w domu to zacznę poszukiwać pożywienia poza domem. Odpowiedziała „jak ty to i ja”. Tak też się stało. Mnie dokarmiała z zapałem i dużą przyjemnością dość atrakcyjna studentka, a Krystyna zaczęła znikać z domu. No i zaczęło się. To zdumiewające jak taka dama nie podnosząc głosu i nie używając wulgarnych słów może doprowadzić człowieka do białej gorączki. Nie nazywała mnie wprost ćwokiem ani kmiotkiem tylko, np. „czy ćwok może to zrozumieć” lub „co kmiotek może na ten temat powiedzieć„. Nie pomogła tu moja pozycja w pracy, czy w towarzystwie. Nie pomogło nawet to, że uratowałem ją od więzienia. Grafolodzy sądowi, bowiem na podstawie charakteru jej pisma dowiedli, że to ona dopuściła się malwersacji na sporą sumę pieniędzy i sąd w krótkiej rozprawie orzekł dwa lata więzienia bez zawieszenia. Dla mnie to był szok. Moja żona - dama miała pójść do więzienia? Miała siedzieć w więzieniu razem z pospolitymi przestępcami? Z marginesem społecznym? Nie mogę do tego dopuścić. Jestem przecież mężem. Nie pytałem jej czy jest winna. Przypominam sobie, że kiedyś niespodziewane pojawiła się sterta nowych ciuchów. Zapytana, wyjaśniła to prezentem od wujka, który był księdzem. Teraz bałem się, że zrezygnuje z bajki o księdzu. Łatwiej mi było broniąc ją wierząc w tę bajkę. Ona przyjęła wyrok dość spokojnie, a ja nie mogłem spać. Dzień i noc myślałem jak z tego wybrnąć. Opracowałem wreszcie strategię i taktykę. Uważałem, że zawodowy grafolog pracujący w tej branży ocenia sprawy prawidłowo i jednoznacznie. Szansa może być w niejednoznaczności ekspertyzy, bo choćby najmniejsza wątpliwość przemawia na korzyść oskarżonego. Któż, więc może wydać decyzję niejednoznaczną? Może to uczynić naukowiec – profesor. Jest bowiem tak, że im ktoś więcej wie tym więcej ma wątpliwości. Z tych też powodów naukowcy rzadko zajmują wysokie stanowiska w administracji, a chyba nigdy w wojsku. Mojemu adwokatowi chyba się podobał mój tok rozumowania, bo sporządził notatkę z naszej rozmowy. Znalezienie takiego naukowca i skierowanie sprawy do niego to była już sprawa adwokata. Z tego zadania adwokat wywiązał się doskonale, bo sprawa trafiła do profesora z Krakowa - największego specjalisty w tej dziedzinie. Wynik zawierał cień wątpliwości, a więc tak jak oczekiwaliśmy. Już nie raz się przekonałem, że umysł mój w krytycznych sytuacjach wykazuje wyjątkową sprawność. Szkoda, że na co dzień jest leniwy i czasami ma przestój na kilka tygodni. Krystyna została uniewinniona. Ona cieszyła się uwolnieniem od wiezienia, a ja byłem dumny, że potrafiłem obronić swoją żonę, a więc dobrze spełniałem rolę męża. Uważałem, że powinna mnie szanować choćby za to. Niestety. Dla niej wciąż byłem kmiotkiem. Miarka się przebrała kiedy wróciła z kilkudniowego pobytu u faceta (sprawdziłem), pod pretekstem wyjazdu służbowego. Wtedy sprawiłem jej tęgie lanie. Nie wiem czy czytający ten tekst usprawiedliwi mnie. Powinien jednak wziąć pod uwagę, że nie biłem po twarzy, a więc nie poniżyłem. Nie biłem czymś twardym nie kopałem, a więc nie byłem barbarzyńcą. To była kara chłosty. Potraktowałem ją nie jak faceta, ale jak dziecko To było podsumowanie prawie rocznych cierpień. To była zemsta. To była gwarancja ostatecznego rozstania. Miałem nadzieję, że mi nigdy nie wybaczy i porzuci mnie. Ku nemu zaskoczeniu ona stała się miła. Ona znowu zaczęła być idealną żoną. Byłem kompletnie zdezorientowany. Nie wiedziałem jak się za-chować i co robić. Jestem mocny i twardy w walce, ale kiedy kobieta jest miła i uległa robię się miękki jak plastelina. Załatwiłem, więc jej wyjazd do Kanady na zaproszenie kuzyna no i po jakimś czasie słuch o niej zaginął. Nie przysyłała pieniędzy na dziecko, a ja byłem na rencie, więc musiałem nieźle się na główkować żeby nie głodować. Dopiero kiedy syn dorósł i się ożenił to kupiła mu samochód przez osobę trzecią i dalej miejsce jej pobytu nie jest znane. To jej ukrywanie się wynika stąd, że postraszyłem ją sądem o alimenty. Ta nieco przydługa dygresja na temat mojego małżeństwa ma dowieść, że bicie żony nie jest zbrodnią jak się teraz uważa. Kiedy na ten temat rozmawiam z młodymi kobietami to na wstępie słyszę kategoryczny sprzeciw przeciwko biciu. Dopiero po dłuższej rozmowie przyznają, że bardziej by kochały i szanowały swojego chłopa gdyby się go bały. Kobiety w głębi swej natury szukają w mężczyźnie obrońcy, bezpieczeństwa no i oczywiście miłości nawet, jeśli ta miłość ma się wyrazić laniem. Lanie jest jedną z form wyrażania miłości. Mężczyzna powinien mieć przewagę nad kobietą niemal w każdym względzie, a zwłaszcza fizyczną. Bicie kobiety jak i dziec-ka powinno mieć charakter karcenia. Mężczyzna nie powinien używać pięści ani przedmiotów twardych. Bicie nie powinno być też poniżające. Nie powinno się zwalczać bicia, ale należy ucywilizować go. Kobieta czy dziecko, to nie jest bandzior, ani przeciwnik w ringu. Kobietę i dziecko trzeba skarcić, a później przytulić. Kobietę trzeba jeszcze dopieścić (dobrze wyjebać). Strach jak i miłość są uczuciami naturalnymi danymi nam przez boga (naturę). Człowiek pozbawiony strachu czy miłości jest człowiekiem okaleczonym. Kobiety z wyższym wykształceniem mają problemy w życiu prywatnym. Trudno im znaleźć mężczyznę przed, którym czułyby respekt. Obecna propaganda o partnerstwie jest sprzeczna z naturą. To jest łamanie praw natury, praw boskich. "(...)
komentarze: 0
Boskie_prawa_natury_a_ludzkie_bzdury
  • Ocena: 0.0 na 5
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
"I. Bóg Nie wiemy skąd się wzięła Ziemia i życie na Ziemi. Nie wiemy skąd się wzięły planety, komety i inne ciała niebieskie. Skąd się wzięły galaktyki. Wyjaśnieniem jest, że stworzył je bóg. Jest kilka teorii stworzenia świata, ale zawsze na początku jest bóg. To wszystko jest mądrze ustawione i dobrze zorganizowane. Ktoś tym rządzi. Więc kto? Nie wiemy, kim on jest, a więc jest to bóg. Dowody Czy istnieje takie coś co powszechnie nazywane jest bogiem? Ja twierdzę i jestem przekonany, że istnieje. Oto dowody: - istnieją rzeczy i zjawiska stwierdzane przez nasze zmysły (słuch wzrok itp.) - istnieją rzeczy zjawiska poza zmysłowe np. myśli, psychika, wyobraźnia itp. - To wszystko co dostrzegamy i nie dostrzegamy ma jakiś sens istnienia, jakiś program do wykonania i podany sposób wykonania tego programy. Ma do tego odpowiednie narzędzia i sprzęt. Ma odpowiednią wiedzę i umiejętność. Pomyślcie, o tym, że każdą istotę od bakterii po galaktykę trzeba w to wszystko wyposażyć. Grupy, plemiona, skupiska, ale nawet każdą pojedynczą istotę. Trzeba o każdej z nich pamiętać i interesować się nią. Poza tym istoty te mają zdolność zmieniać się z różną częstotliwością (minuty, sekundy, lata, wieki). Czy można sobie wyobrazić kogoś lub coś co nad tym wszystkim panuje, rządzi lub ocenia? Przyjemnym przykładem zmienności może być kobieta opisana przez Juliana Tuwima: Od grzechu zaczął się jej świat, A że Pan Bóg ją stworzył, a szatan opętał, Jest więc odtąd na wieki i grzeszna, i święta, Zdradliwa i wierna, i dobra i zła, I rozkosz i rozpacz, i uśmiech i łza, I gołąb i żmija, i piołun i miód, I anioł i demon, i upiór i cud, I szczyt nad chmurami, i przepaść bez dna, Początek i koniec - kobieta, aha! A tak zmienność kobiety opisał E. Piątas. Poszukać tramwaj - na stronie 25 pasuje bardziej Zmienność u zwierząt też występuje zwłaszcza w okresie rui. Wymienione tu zmienności są szybkie albo natychmiastowe. Jest też zmienność zauważalna po latach, a nawet wiekach np. wygląd kobiety. W czasach dzikości żywność dla dziecka kobiety magazynowały w udach piersiach, dupie. Teraz są sklepy i lodówki więc kobiety są szczupłe. Organizmy otrzymały również możliwość dorabiania sobie innych cech i zdolności im potrzebnych, a których od boga nie otrzymały. Nazywa się to zdolnością dostosowania do środowiska lub nabywanie nowych cech genetycznych. Nie wiem czy bóg tu uznał swoją niedoskonałość i pozwolił człowiekowi na poprawki, czy też świadomie dał człowiekowi możliwość uczenia się i doskonalenia siebie. Dziecko przychodząc na świat ma już zaprogramowany podstawowy skład cech. Później uzupełnia je ucząc się od rodziców. Dalej środowisko i szkoła. Na końcu najbardziej skuteczna nauka to jest radzenie sobie w życiu. Czy można sobie wyobrazić istotę, która to wszystko wymyśliła, pamięta o każdym z egzemplarzy, dała mu program, cel i kontroluje to wszystko. Trzeba pamiętać, że poza ziemią są jeszcze planety, komety, gwiazdy, galaktyki, kosmos. Urządzone jest to wszystko tak, aby te planety i komety były w ruchu. Zderzają się lub nie. Łączą się i dzielą. Krążą wokół siebie. Jest w tym jakiś zamysł, ale nie rozumiemy go. Na ciałach tych jest już lub nie jest zorganizowane życie. Jest tam jakiś klimat. Cechy indywidualne są różne. Jeżeli spojrzymy na Ziemię widzimy w tym wielką mądrość. Mądrość niewyobrażalną i wciąż odkrywaną. Nauka wciąż odkrywa nowe fragmenty mądrości bożej. A więc nauka to odkrywanie boga. Jest to poznawanie boga. Dużo w tej dziedzinie odkrył Darwin. On był prawdopodobnie posłańcem boga, jego misjonarzem. On najbardziej przybliżył nam boga. Na tym, co już wiemy można sobie jakoś wyobrazić boga. Dla mnie bóg to jest taki potężny niesamowicie wielki komputer, wielka mądrość, niewyobrażalnie wielka siła. Siła sprawcza. Siła, która dokonuje rzeczy niemożliwych, która zaprzecza prawom fizyki. Tym prawom, które sam Bóg utworzył. To jest nieograniczona potęga w każdym względzie. Mam wrażenie, że wyobraźnia ludzka tego nie ogarnie. Matematyk by tu napisał, że jest to mądrość do plus nieskończoności. Ponieważ boga nie możemy sobie dokładniej wyobrazić, więc poznawajmy go po czynach jego. Czy udowodniłem tu istnienie boga? Nie. No to jedzmy dalej Dowody CD 1. głód boga - już ludy pierwotne na malowidłach pokazywały boga 2. sumienie - część niematerialna, a jednak istnieje, choć w różnym stopniu. 3. przeczucia - mają zwłaszcza matki. 4. dusza - poganie nazywają ją jaźnią, świadomością. 5. wyższość ducha nad materią - spełnianie się pragnień, wiara czyni cuda. 6. słowo ciałem się stało - słowo to najpotężniejsza bron człowieka 7. wstyd, miłość, pożądanie Wielu szuka boga w starych zapiskach u ewangelistów proroków. Myślę, że te ślady są złudne. Człowiek jest omylny, a poza tym od czasu kiedy religie stały się biznesem ślady te zmieniano dostosowując do potrzeb biznesu np. Przejęcie władzy boskiej przez księży (dialog między Jezusem a Piotrem). Nie szukajmy więc boga u ewangelistów, w proroctwach, pismach świętych. Szukajmy boga w sobie, w odkryciach naukowych: „Po owocach jego poznamy go”. Szukajmy boga w otoczeniu. O bogu mój idol Khalil Gibran - autor książki „Prorok” - pisze w sposób następujący: „A jeśli Boga chcesz poznać, nie szukaj Go w rozwiązywaniu zagadek. Raczej rozejrzyj się uważnie wokół, a ujrzysz Go jak bawi się dziećmi. Patrz dalej w przestrzeń, a zobaczysz Go jak sunie w obłokach i błyskawicami wyciąga ramiona i deszczem spływa. Uśmiecha się w kwiatach, by wyprostować się znowu i dłonią powiewać – wierzchołkami drzew”. Taka wizja boga, choć poetycka jest mi bliska. Ludzie pierwotni Historia i prehistoria wskazują, że bóg towarzyszy człowiekowi od pradziejów. Na każdym etapie cywilizacji ludzie inaczej wyobrażali sobie boga. Mnie najbardziej podobają się starożytne wizje boga. Mitologia grecka jest pasjonująca. Obecnie panujące religie są w zasadzie tworem średniowiecza. Nie opracowano jeszcze religii odpowiadającej poziomowi intelektualnemu człowieka współczesnego. Szkoda. Człowiek wciąż potrzebuje boga. Ludzie pierwotni byli bliżej natury bardziej znali prawa natury. Znali je z obserwacji. Psychicznie wyczuwali je. Wyczuwali prawa boga. Wyczuwały je zwłaszcza samice – matki. Jeszcze teraz obserwując zwierzęta można się domyśleć o nadciągającej katastrofie np. zatonięcie statku. Powodzi, pożarze, trzęsieniu ziemi itp. Nawet współczesne matki wyczuwają, jeżeli z ich dzieckiem na innym kontynencie jest źle. Plemiona pierwotne wyczuwały boga swoją wrażliwą psychiką, a poznawały go poprzez jego prawa. Ludzie pierwotni szukali kontaktu z bogiem poprzez rytuały. Ich taniec często był przeniesieniem w inną rzeczywistość. Poprzez taniec oni łączyli się z duchami przodków, a może i z bogiem. Jeszcze teraz można to zauważyć u ludów pierwotnych lub konserwatywnych jak np. Cyganie. Cyganeczka Tańcząc z młodą, piękną cyganeczką wychowaną w środowisku polskim, widziałem piękno i harmonię jej ruchów. Widziałem niepowtarzalność wykonywanych figur. W jej oczach nie widziałem jednak podniecających kurwików. Jej oczy były jakby niewidzące. Jakby wpatrzone w siebie. Ona tańcząc była nieobecna. Nie zauważyłem też charakterystycznego błysku w jej oczach, kiedy spogląda na mnie. Nie przyszło mi do głowy, że jej duch w tym czasie jest daleko. Być może razem z duchami przodków wędruje po bezkresnej przestrzeni kosmosu. A może tańczy przy ognisku w oszałamiającym huku bębnów. Forma jej tańca mogłaby na to wskazywać, choć nie był to taniec dzikich, ale też niespotykany przeze mnie taniec współczesnych. Początkowo byłem dumny z tego, że wszyscy patrzyli się na nią, a pary na parkiecie mimo tłoku robiły jej miejsce. Dumny byłem, kiedy otrzymywała piosenki w koncercie życzeń. Gorzej było, kiedy tańczyliśmy na skraju pakietu przylegającym do sali konsumpcyjnej, kiedy widziałem wpatrzone w nią oczy i rozdziawione gęby. Kiedy widziałem stojące pod ścianami wpatrzone w nią postacie to zamiast przyjemności czułem tremę. Czułem się pokracznym dodatkiem do niej. Traciłem pewność siebie i ruchy moje stawały się jeszcze bardziej pokraczne. Zaczynałem się bać, że ją stracę. Jeżeli konkurenci zauważą zbyt dużą różnicę klas to zaczną atakować. Na moje szczęście ona bez skrępowania demonstrowała swój stosunek do mnie, co zniechęcało konkurentów. Teraz, kiedy to wspominam, nie jestem z siebie zadowolony. Nie byłem świadom. Nie doceniałem szczęścia, jakie mnie spotkało. Tak piękna i powszechnie podziwiana dziewczyna patrzy na mnie jak na święty obraz. Publicznie okazuje swoją miłość. Mało tego. Demonstruje publicznie tą miłość jakby chciała całemu światu powiedzieć jak bardzo mnie kocha. Jak bardzo jest szczęśliwa. W sytuacji tej było mi fajnie, ale nie było mi bosko. Cieszyłem się, ale nie wpadałem w ekstazę. Nie byłem świadom skarbu, jaki posiadam. Nie byłem świadom, czym jest wielka, czysta miłość młodej dziewczyny. Widać z miłością jest jak ze zdrowiem: „Szlachetne zdrowie. Ile cię cenić trzeba ten tylko się dowie, kto cię stracił” (A. Mickiewicz). „Dziś urok twój czuję i opisuję, bo tęsknię o tobie”. Moja cyganeczka była od dziecka wychowanką dużego zakładu w Jaworze. Tam chodziła do przedszkola, szkoły podstawowej i średniej, a później podjęła pracę. Cyganki szybko dojrzewają. Sprawy randkowe musiała, więc utajniać. Dopiero, kiedy przyjechała do mnie, do Wrocławia, to nadrabiała zaległości. Jej zakładowi opiekunowie zareklamowali dla niej przyzwoitego pracownika zakładu, młodego absolwenta politechniki. Wkrótce odbył się ślub i weselisko z udziałem całej załogi dużego zakładu. Młodzi zostali suto wywianowani łącznię z dużym pięknym mieszkaniem kompletnie wyposażonym również w najnowszy sprzęt elektroniczny i komputer. No cóż. Ja byłem rozwodnikiem, dwa razy starszy od niej. Zakład ani miasto nie akceptowałyby tego. Moja Cyganeczka kochała swoich rodziców (800 pracowników zakładu). Kochała też swoich kuzynów (15000 mieszkańców miasteczka). Była świadoma, że nie może sprawić im zawodu. Ta królewsko - cesarska dolegliwość bardzo jej ciążyła. Mnie oddała się ciałem i duszą bez reszty. Prawdopodobnie czuła, że to jest jedyny fragment jej życia, kiedy robi to, na co ma ochotę, że samodzielnie podejmuje decyzję. Że jest naprawdę wolna. Czuła, może przez te kontakty z bogiem, że nie potrwa to długo. Chciała, więc w krótkim czasie przeżyć tyle wolności, tyle radości i spełnionych marzeń, co innej dziewczynie zabrałoby kilka lat. Wszystko, co czyniła, czyniła to z pełnym zaangażowaniem, z pasją. Jej odczucia fizyczne, psychiczne i zachowania były skondensowane. To chyba nie jest wynik moich zdolności uwodzicielskich. To był raczej zbieg okoliczności albo wola boga, że oboje znaleźliśmy się w raju. Zarozumiałe dodam, że to sam bóg zaprosił nas do raju. A do tego raju wchodziłem nie z jedną kobietą. Jeśli chodzi o moją cyganeczkę to poznałem ją też dziwnie. Głodny stałem w kolejce sklepu spożywczego śliniąc się na widok żywności. Do sklepu weszło stadko roześmianych smarkul. Jedna z nich rzuciła okiem na mnie. Zdarzało się, że dziewczyny kokieteryjnie spoglądały na mnie. Czasami widziałem błyski i kurwiki. Tym razem to był wybuch gwiazdy. Znieruchomiałem. Kiedy oprzytomniałem stadka już nie było. Wybiegłem ze sklepy i szedłem za nimi czekając aż się rozdzielą. Podszedłem do niej i nic nie mówiąc wziąłem za rękę jak swoją oblubienicę. Spojrzeliśmy na siebie dalej radośni. Nie pamiętam o czym mówiliśmy, ale pamiętam, że roześmiani zatrzymaliśmy się przy moim łożu rozpusty, lubieżności i dzikiej orgii. Doprowadziłem dziewczynę do miłości. Do miłości sięgającej bram niebios. Mam duże zdolności uwodzicielskie (socjotechnika i tupet) i niemal boski dar uszczęśliwiania partnerek. Bóg postawił na mojej drodze to niebywale piękne stworzenie i stała się wola jego - lub Szatana. Zakazany owoc został skonsumowany mimo, że był jeszcze zielony. Przy rozstaniu nie cierpieliśmy. Było tak jakbyśmy od początku wiedzieli, że tak będzie. Małgosia - droga do raju Nasza droga do raju zaczęła się na terenie niewielkiego, dość ładnego, podwrocławskiego miasteczka zwanego Jaworem. Miałem tam drugie letnie mieszkanie. Dla mnie było to miasto, miłości. To dla mnie (dla nas) było miejsce startowe do raju. Pamiętam doskonale Małgosię. Prawie całe lato spędzone tam z Nią. Rowerami zwiedziliśmy okolicę. Piękna, prawdziwa, czysta natura, a śpiew ptaków w wąwozie myśliborskim przypominał mi wizyty w Raju. Małgosię poznałem przypadkiem kiedy szedłem na wrocławski dworzec jadąc do Jawora. Wziąłem ja z tym co miała na sobie i przy sobie. Na miejscu musiała mieć coś na zmianę, więc bluzkę zrobiłem jej wiążąc rogi chusteczki. Kupiłem zapas majciąt i tenisówki. Biustonoszy nie nosiła. Spodnie a zwłaszcza krótkie spodenki nosiła moje. W tym miasteczku musieliśmy fajnie wyglądać. Ja, łysawy, chuderlawy, nieco przygarbiony, 45 letni amant, a obok 19 letnia zgrabniutka, z pięknymi włosami prawie do pasa oblubienica, obejmująca i dość często całująca oblubieńca swego. Myśmy nie widzieli nikogo, ale nas widziano. Czułem, że w tym miasteczku nie poderwę żadnej dziewczyny, ale myliłem się. Początkowo byliśmy domatorami, ciesząc się sobą wzajemnie. Razem z moimi sokami wsiąkało w nią i moje uczycie. Ta smarkula zawróciła mi w głowie. Początkowo ona widziała we mnie przystojniaka jak Apollo, mędrca jak Salomon, człowieka dobrego jak Jezus i jebaka jak Rasputin. Byłem jej ideałem. Byłem jej spełnieniem marzeń. Żyła ze mną i dla mnie. Choćby na zatracenie. No i zatracała się. Kiedy miała ochotę na okazanie mi swych uczuć to szyby w oknach dzwoniły. Sąsiadka z góry onieśmielona i zażenowana prosiła abyśmy w jakichś tam godzinach ciszej wyrażali swoje uczucia, bo o tych godzinach zwykle jej małe dzieci mają popołudniową drzemkę. Zaizolowałem więc podłogę i ściany. Sufitu zaizolować nie mogłem, więc mocniejsze uczucia okazywaliśmy w nocy. Małgosia była bardzo uczuciowa i okazywała mi je kilkakrotnie w jednym stosunku. Ja to nazywałem wchodzenie w stan nieważkości albo wchodzenie na orbitę. Pierwsze wejście było stosunkowo łagodne. Ciało jednak było całkowicie bezwładne, oddech ledwie zauważalny i praca serca ledwie wyczuwalna. Tu nie śpieszyłem się z przywróceniem jej do normalności. Lubiłem użytkować jej ciało bez jej świadomości. Zastanawiam się czy to nie było zboczenie. Po kilkunastu głębokich oddechach wracała do normalnego zachowania i stopniowo przybliżała się do nowego startu na orbitę. Nowy start to był już inny start. Teraz szyby dzwoniły i ziemia trzęsła się. To jakby ryk odrzutowca w ciszę wpadł, a tam już inny świat. Obiecany ludziom raj. To już był Raj. Ja z opóźnieniem wędrowałem za nią i byłem tam krótko. W świadomości miałem obawę, że ona może tego nie przeżyć. Może zostać tam na zawsze, a ja zostanę sam w dodatku w więzieniu. Strach mnie ogarniał, bo jakoś kojarzyło mi się to ze śmiercią. Pytacie czy to możliwe. Wiedziałem, że ludzie mi nie uwierzą. Postarałem się więc o dowód. Jedną ze swoich partnerek nagrałem na taśmę. Słychać tam wyraźnie odgłosy normalnego seksu, przyśpieszonego i głośne wołanie: „Ratuj mnie! Ratuj! Umieram! Ratuj...”. Za Komuny były taśmy. Dopiero później w Akademii Muzycznej nagrano mi to na płyty. Niewiernym mogę pokazać. Dodam jeszcze, że były też wołania: "Lecę! Lecę! Trzymaj mnie! Ratuj!". Wołaniom takim zwykle towarzyszyło bardzo silne trzymanie się mnie, firanek, pościeli. Wszystkiego co było pod ręką. Taki seks to była niezła demolka mieszkania toteż seksowaliśmy się na dywanie. Ja wkładałem dużą dżinsową koszulę, w którą chowałem też głowę chroniąc włosy i uszy. W rozmowie nie mogłem się dowiedzieć konkretnie czemu się tak zachowują. Mówiły, że to był strach, ale jakiś inny niż znały dotychczas. Dwie partnerki przerwały akcję i uciekły. Jedna z nich na klatce schodowej kończyła ubieranie się. Te „nieustraszone" nie potrafiły opowiedzieć tego co czuły w czasie omdlenia (odlotu). Takie zachowanie kobiet ma jakieś uzasadnienie w badaniach naukowych. Istnieje podobno możliwość podróży miedzy planetami i galaktykami bez użycia statków kosmicznych. Odbywa się to przy pomocy tunelu czaso - przestrzennego. Tunel czasoprzestrzenny do raju Bóg ma możliwość łatwej zamiany materii w energię i na odwrót czyli potrafi przenosić człowieka do różnych miejsc w galaktykach. Być może śmierć jest zakończeniem czasowego zameldowania człowieka na Ziemi. Mieszkaniec Ziemi nie musi cały czas przebywać i mieszkać w tej samej miejscowości. Może np. robić wycieczki i wracać. Czasami bóg zaprosi takiego ludzia do Nieba i pozwoli zajrzeć do Raju. Ja tam byłe wielekroć, ale na początku nie byłem świadom tego. Myślę, że ja wędrowałem tam inną drogą niż kobiety. Ja byłem świadom konieczności przywrócenia oddechu partnerce, a więc mierzyłem czas bezdechu. Widocznie nasze odloty nie były jednoczesne. To wszystko jest bardzo skomplikowane, ale człowiek małymi kroczkami podąża za mądrością boga i poznaje go. Religie i nauki powinny ułatwiać nam poznanie boga i zrozumienia czego bóg od nas oczekuje. Już teraz prawie na pewno mogę powiedzieć, że bóg nie oczekuje od nas modlitwy, komplementów, ofiar, ani miłości. Bóg nie oczekuje od nas masy innych bzdur wymyślonych przez różne religie. To tylko zaciemnia sprawę i oddala nas od boga. To są wymysły szatana. Chrześcijaństwo oczekuje Rushdiego, aby wskazał szatańskie wersety biblii, ewangelii i innych pism świętych. Chrześcijanie powinni poznać też kazania księdza Natanka. Niestety świat nie idzie w kierunku prawdy. W kierunku poznania praw boskich. Ludzie poznają stworzoną przez boga rzeczywistość, ale boga w tym nie widzą. Idą więc złą drogą. Drogą prowadzącą do zagłady. Sięgnijcie do moich książek publikowanych pod adresem www.czytnia.pl, a przekonacie się, że współczesność to zgnilizna i cywilizacja umiera. Jest teoria, że we wszechświecie była tylko energia w postaci bardzo wysokiej temperatury. Bóg poprzez serie wybuchów zamienił temperaturę w materię i tak powstały planety i galaktyki. Te ciała niebieskie połączone są autostradami - tunelami czaso - przestrzennymi. W tych tunelach jest dość duże natężenie ruchu. Wybrańców swoich bóg dematerializuje, czyli ich ciało zamienia w energię, a dotarłszy na miejsce z tej energii wskrzesza człowieka. Droga powrotna jest podobna To wszystko chyba jest bardziej skomplikowane, bo ciało partnerki było wciąż przy mnie. Bezwładne i stygnące, ale jakoś dziwnie podniecające. Antropologiczne badania wykopalisk wskazują, że odnajdywane były czaszki małp, małp człekokształtnych, małpoludów i ludzi współczesnych żyjących w tym samym czasie. Myślę, że bóg niezadowolony z tubylców autostradami galaktycznymi przysyłał im rozpłodników z innych planet dla poprawienia gatunku. Ślady tego są też w wierzeniach i pismach. Przypuszczam, że Ewa z Adamem znaleźli się na ziemi w tym czasie. Z powyższego można wnioskować, że komunikacja międzyplanetarna, a może i międzygalaktyczna istniała od dawna tylko nie wiem czym się kieruje boski minister komunikacji. Prawdziwe poznanie boga Ta moja pisanina nie jest wymysłami. To są fakty możliwe do sprawdzenia. Oficjalnie uchodziłem za ateistę, ale widocznie miałem w sobie coś pierwotnego co pozwalało mi wyczuć intencję boga . Idąc przez życie nieświadomie korzystałem z boskiego nawigatora. Poznajcie boga. Wędrujcie przez życie drogą przez niego wskazaną, a będziecie zapraszani do raju za życia i całe życie Wasze będzie udane jak moje. Przyznaję się, że uwodziłem dziewczyny, a swojej ślubnej spuściłem tęgie lanie. Miałem też inne ludzkie wykroczenia, ale widocznie nie łamałem prawa bożego skoro byłem w łaskach boga. Otoczenie, cywilizacja, kultura, moda, religia, źle oceniają ludzi żyjących według praw bożych. Na przykład bóg dał talenty ludziom do pracy w różnych zawodach i posiadacz talentu powinien szukać pracy zgodnej z talentem. Jest to korzystne i dla niego i dla pracy. Osoba z talentem erotycznym powinna pracować jako prostytutka. Powinna ona być traktowana z szacunkiem równym lekarce lub nauczycielce. Prostytutki powinny być zatrudniane na etatach szpitalnych jako uzdrowicielki. Wizyty w burdelach powinny być wypisywane na receptę i w większości refundowane. Kościół powinien nakłaniać ludzi do stosowania boskich praw. Tymczasem pobożny człowiek często jest dyskryminowany przez ludzi religijnych. Chciałbym aby opis powyższy dał innym odrobinę wyobrażenia jakie jest życie w pobliżu boga. Jak to jest kiedy się stąpa po drodze przez niego wyznaczonej. Przez niego wskazanej. Kiedy się korzysta z jego nawigatora. Tu oczekuję od Was zadumy. Oczekuję czegoś zbliżonego do modlitwy. Bóg dał Wam wyobraźnię. Wyobraźcie, więc sobie, że bóg nie oczekuje od was modlitw, klasztorów, ascezy, cierpień, imprez (mszy, procesji itp.) ku jego czci. Bóg chce tylko żebyście żyli według jego wskazań. Podobnie jak ja (albo my z Cyganeczką) będziecie uprawiali turystykę kosmiczną. Będziecie dematerializowani i kanałem czaso - przestrzennym pojedziecie do Nieba. Tam duch wasz zazna rozkoszy nieba po czym tą samą drogą wróci i wstąpi w ciało swoje. Uwagę swoją skierujcie na siebie, a zauważycie, że Wasz ból i cierpienie ma związek z ciałem i zmysłami, ale odbierana jest też w innym ośrodku. Ciało i zmysły wszelkie dostarczają informacji temu ośrodkowi. Ocena i odczucia należy do tego ośrodka i to on decyduje czy jesteśmy zadowoleni czy nie. Jesteśmy radośni czy smutni, zdołowani czy szczęśliwi i w raju czy w piekle. On nie podejmuje decyzji sam z siebie, ale na podstawie informacji. Jeżeli, chcemy osiągnąć najwyższy stopień szczęśliwości to bóg przy użycia swoich metod musi przenieść ten ośrodek do raju. Nie jestem pewien czy przenosi ten ośrodek łącznie ze zmysłami czy też zmysły pozostają w ciele. Będąc w raju słyszałem coś w rodzaju muzyki tylko piękniejszej i nastrojowej. Widziałem i nie widziałem. Przed oczami snuły mi się obrazy, ale niezbyt określone, bez wyraźnych kształtów To co tam było odbierałem nie tylko uszami i oczami, ale całym sobą. Byłem w określonym stanie cały. To był stan zbliżony do spotęgowanej euforii. Nie jestem w stanie opisać dokładnie tego co tam jest. Ja to odbierałem jakoś bardziej spokojnie. Moje oblubienice były bardzie wyraziste. Kobiety mają większą wrażliwość. One w czasie dematerializacji są bardzo głośne i przerażone, a później nieobecne w seksie. Bałem się długo przetrzymywać je w tym stanie, bo prawie nie oddychały (kompletne omdlenie). Po powrocie do ciała już częściowo ostygłego nie potrafiły opowiedzieć czemu darły się jak opętane. Najczęstszą odpowiedzią było: "a jakoś tak, nie wiem". Ja też nie dopytywałem. Fajnie było no to jeszcze raz i do następnego spotkania. Po iluś tam wizytach w raju stawało się to dla niej normalnością i byle patałach mógł ją tam wysłać. Być może tym wyjaśnić mogę to, że następny po mnie partner seksualny dostawał zaburzeń mózgu i obrączkował dziewczynę, aby zyskać prawo wyłączności. Niestety mnie wdzięczności nie okazywali. Moje byłe partnerki też podlegały prawu kobiecemu, że: „Każda miłość jest pierwsza, najszczęśliwsza, najlepsza i każdą inną usuwa w cień". Te dziewczyny były kochane i nie były zdradzane. Miłości u kobiet należy szukać na tej właśnie drodze. W niebie i piekle. Powstanie religii Pierwotne plemiona chciały wiedzieć jak wygląda bóg. Spotkać go nie mogły, więc fizyczny wygląd boga usiłowały sobie wyobrazić. Wyobrażenia te są różne. Dla chrześcijan jest to staruszek z brodą siedzący na chmurze i trzymający w ręku kulę ziemską z krzyżem. Ustalony przez jakąś grupę wizerunek boga stał się kultem. Proszono go o coś i dla poparcia swych próśb przynoszono bogu dary. Tak powstały modlitwy. Tak powstali amatorzy tych darów i pierwsi biznesmeni. Stworzyli oni organizacje zawłaszczania darów zwane teraz religiami. Te dary okazały się fantastycznym biznesem. Organizacje żyjące z tych darów (religie) rosły w siłę. Doskonaliły sposoby zarabiania i przetrwały wieki, aż do dziś. Religie te im bardziej myślały o pieniądzach, o władzy tym dalej odsuwały się od boga. Religia chrześcijańska załatwiła to w ten sposób, że jakoby Jezus powiedział Piotrowi, że jest on opoką i teraz na nim spoczywa obowiązek utrzymania i krzewienia wiary w boga. Co on uczyni to bóg to potwierdzi. Znaczy to, że Piotr uczeń Jezusa jest upoważniony do działań w imieniu Jezusa, w imieniu boga. Znaczy to, że Piotr - człowiek ma prawo występować w imieniu boga, może zastępować boga. Piotr to już prawie sam bóg. Znaczy to, że Piotr uczeń Jezusa - kapłan ma prawa boga to i wszyscy kapłani te prawa mają. Znaczy to, że bóg z całą rodziną może sobie spać w cieniu rajskiego drzewa, a na ziemi ludem bożym kierować będą kapani. Ludzie już nie muszą modlić się do boga. Kapłan - bóg tu na ziemi zbiera wszystkie skargi, zażalenia i prośby. Rozważy je, wyceni i sam załatwi nie przerywając rajskiego snu bogu. Z Szatanem też można się porozumieć. Jezus nie chciał mu się pokłonić, ale Jezus to bóg. Kapłan to człowiek. Więc może by tak... No i mamy „panu bogu świeczkę, a diabłu ogarek". Kapłani nie mieli ochoty zasnąć spokojnym snem w cieniu drzew. Oni mają potrzeby ludzkie, a więc władza, pieniądze i rozpusta. Teraz człowiek przychodząc na świat musi u księdza kupić bilet. Ma ochotę na seks to musi kupić bilet lub abonament. Opuszcza ten padół to też bilet. Był czas, kiedy kościół bezpośrednio rządził państwem. Bywało się czasami w szkole i pamięta się, że była wojna papiestwa z cesarstwem i była Kanossa. Powstaje więc pytanie: Kto rządzi na ziemi? Bóg? Szatan? Czy może kapłani? Aby oczyścić ciało boga od tych pasożytów należałoby stworzyć religię opartą o rozum i podległą bogu. Do tego ja jestem za cienki. Tym powinien zająć się ONZ. Drogowskaz - program życia - prawa natury Dla każdej materii ożywionej (rośliny zwierzęta, ludzie) i nieożywionej (skały, minerały, wiatr i woda) na ziemi i w kosmosie bóg napisał program od poczęcia poprzez narodzenie, dzieciństwo, młodość, dojrzałość, starość i śmierć. Dla każdego etapu życia bóg taki program napisał. To są indywidualne mapy drogowe. Połączenie tych map tworzy program dla grupy, plemienia, gatunku itd. Dalsze łączenie tych programów daje program globalny, a ten nazywa się prawem natury. Ponieważ opracował go sam bóg, więc ma nazwę boskiego prawa natury. Wszystko powinno się dziać według tych praw. Tylko człowiek burzy ten boski porządek. Władza kapłanów Chrześcijanie mówią, że bóg przekazał władzę Piotrowi (klechom), więc to chyba oni tu rozrabiają. Przed przyjazdem papieża Wojtyły do Polski ukazał się afisz, na którym potężny papież Wojtyła płynął wśród chmur, a na ziemi malutki, chudziutki Jezusek klęcząc modlił się do niego. Bóg dał człowiekowi nieco więcej rozumu niż innym stworzeniom i jak dotychczas jest to przyczyna wszelkiego zła na Ziemi, a być może i w kosmosie. Przy tej ociupince boskiej mądrości człowiek wpadł w zarozumiałość. Równa się z bogiem, a nawet stawia ponad nim. Rozrabia jak pijany zając i życie na Ziemi doprowadził do granicy przepaści. Bóg daje nam szansę. Zesłał nam Darwina, aby objaśnił ludowi prawa boże. Lud poprzez kapłanów przyjął część materialną praw bożych. Czyli to co się nazywa naukami ścisłymi. Części ideologicznej czyli tego co się nazywa naukami humanistycznymi lud nie przyjął. Tą część przejęli kapłani i mamy problem. Problem żyć czy umierać całej cywilizacji. Tylko Darwin i naukowcy nauk ścisłych mogą nas uratować. Poznawajmy, więc prawdy ujawnione przez Darwina. Poznawajmy boskie prawa natury. Poznawajmy boga pokazywanego przez naukowców. Odrzućmy ogłupiające prawa klechów (Szatana). zagrożenia świata współczesnego, ONI, socjotechnika Bóg wszystkim stworzeniom dał jakiś cel do wykonania i Ścieszkę dojścia do tego celu. Ścieszka ta jest częściowo odkryta przez Darwina. Naukowcy całego świata pracują nad dalszymi odkryciami dotyczącymi poznania możliwie najwięcej boskich paw natury. Dotyczy to zwłaszcza nauk ścisłych i przyrodniczych. Teraz jest sezon na genetykę i biotechnologię. Ludzie już wiedzą, że DNA jest nieśmiertelne. Są więc na progu zapewnienia sobie życia wiecznego. Mogą też wskrzesić gatunki przedpotopowe. Duże osiągnięcia mają naukowcy badający mózg. Opracowano chipy i bioczipy. Jesteśmy na progu skrzyżowania komputera z człowiekiem. Cyborgi już pukają nam do drzwi. Powstała nowa – stara nauka. To znaczy, że niegdysiejsza tajna wiedza została ujawniona, rozwinięta i wzbogacona o nowe odkrycia. Teraz jest to królowa nauk. Niestety nauka ta dostała się w ręce złych Ludzi. W ręce zbrodniarzy. W ręce ONYCH. Światu grozi niebezpieczeństwo. Światu grozi zagłada Armagedon zbliża się. Opisałem to najdokładniej jak umiałem w moich innych książkach. Tam też wskazałem na sposób obrony przed zagładą Niezawodnym. Pewnym i skutecznym sposobem obrony jest stosowanie się do boskich praw natury. Prawa te przede wszystkim trzeba znać. Przypomnę, więc kilka podstawowych.(...)"
komentarze: 0
Ukraina_inaczej
  • Ocena: 0.0 na 5
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
" I. ZASADY cywilizowanego kraju Władzuchno! Przewodnicy nasi, opiekunowie, obrońcy, nauczyciele! Chciałem wam przypomnieć, a właściwie nauczyć was, kilku praw politycznych obowiązujących w świecie cywilizowanym: 1. Władze naczelne kraju wybierane są przez obywateli tego kraju przy pomocy kartki wyborczej. Tak myślą zwykli ludzie, a wy? 2. Władze te upoważnione są do ustalenia struktury organizacyjnej i prawnej państwa. Tak myślą ludzie, a wy? 3. Władze obowiązane są strzec prawa, sprawiedliwości i bezpieczeństwa mieszkańców tego państwa. 4. W sprawach trudnych i wyjątkowo ważnych władze państwa mogą zapytać obywateli – referendum. Ja zwykły ludź muszę was tego uczyć? To skandal! II. Obecna sytuacja na Ukrainie Otóż Władzuchno, władze Ukrainy zostały wybrane w prawidłowych demokratycznych wyborach. Jeśli one przestały się podobać obywatelom przed końcem kadencji to obywatele mają prawo zmienić te władze. Wszystko to powinno być zgodne z przepisami prawa. W Ukrainie zmiany władzy zażądało około miliona osób. Powinna więc być tu włączona procedura zmiany. Taka procedura została włączona przy asyście ministrów innych państw. Protestujący nie czekając na zmiany zgodne z prawem dokonali przewrotu. Państwa ościenne, a zwłaszcza Polska, dopuściły się tu rażącego łamania prawa podburzając do tego i akceptując to. 1. Obca ingerencja Państwa ościenne mają prawo śledzić i informować świat o wydarzeniach na Ukrainie. Mogą komentować je. Nie wolno im w żaden sposób wpływać na decyzje stron. Tymczasem polscy aktywiści, przedstawiciele partii politycznych, a nawet w pewnym stopniu przedstawiciel rządu polskiego zagrzewali buntowników do walki z rządem. Były grupy Polaków z flagami polskimi. To jest niedopuszczalna ingerencja w sprawy wewnętrzne innego państwa. Władze ukraińskie powinny natychmiast aresztować te osoby. Władze polskie też powinny aresztować te osoby za to, że pod polską flagą prowadzili działalność przestępczą. Obce państwa groziły władzom Ukrainy sankcjami gdyby te użyły siły wobec agresywnych buntowników. Każde państwo ma organizacje przymusu fizycznego. Organizacje te wyposażone są w broń używaną w walkach wewnętrznych łącznie z ostrą amunicją. Obowiązkiem państwa jest zapewnienie bezpieczeństwa obywatelom, władzom i strukturom Państwa. Wybrane demokratycznie władze państwa są upoważnione do korzystania z aparatu przymusu zgodnie z prawem. Obca ingerencja powinna być zabroniona prawem międzynarodowym. Jeśli chodzi o Ukrainę to sankcjami międzynarodowymi powinni być objęci interwenci w sprawy wewnętrzne Ukrainy, a szczególnie Polska. Ta szeroko zakrojona akcja „Polska a sprawy Ukrainy” jest wynikiem antyrosyjskiej fobii rządu polskiego, a to czytać jako uzbrojenie armii ukraińskiej. W Polsce już się zaczęły afery łapownicze z tym związane. Poleciał ze stołka jakiś wielki generał. Teraz kiedy Ukraina odpadła może odłożą zbrojenie armii, bo Polsce armia nie jest potrzebna. Nas broni NATO. Nam armia potrzebna jest tylko do celów reprezentacyjnych. Zdumiewające, że w Polsce ani w sejmie, ani w publikatorach nikt dziobem nie kłapnie, że te pieniądze powinniśmy dać na służbę zdrowia, żłobki, przedszkola, a nie finansować bezsensowne wydatki jak wojsko czy IPN. P.S. Nasz rząd i ogłupiali aktywiści doprowadzili Ukrainę na krawędź wojny domowej i podziału. Panie Kwaśniewski, były prezydencie Polski, były strażniku konstytucji. Co z panem? To demencja czy gąbczaste zwyrodnienie mózgu? Przyjdzie czas zapłaty, Ukraińcy wtedy zrobią nam drugi Wołyń. Nie boicie się? Wy nie. Macie swoje samoloty F - 16 gotowe do ucieczki. Ludzie zwykli będą cierpieć za was. Już raz przysłużyliśmy się Ukrainie. Wtedy nazwano to pomarańczową rewolucją. Aktualny prezydent Janukowycz był neutralny w stosunku do Rosji jak i do Zachodu. Nie interesował go konflikt polsko - rosyjski. Jego interesowało dobro Ukrainy. Nacjonalistycznej części Ukraińców on się nie podobał i zaprotestowali nazywając się pomarańczową rewolucją. Polacy pomogli im i Janukowycz zrezygnował ze stanowiska, a władzę przejął nacjonalista rusofob Juszczenko. Nie mała w tym zasługa była A. Kwaśniewskiego. Juszczenko przez 2 lata władzy razem z panią Tymoszenko skompromitował się jako prezydent. Polakom podziękował za pomoc w ten sposób, że ograniczył handel z Polską. Rząd Polski popierał go w dalszym ciągu. Juszczenko zdążył wznowić kult S. Bandery, UPA i zrehabilitować ukraińską armię wyzwoleńczą współpracującą z Hitlerem. To był ukraiński nacjonalista typu S. Bandery -mordercy Polaków Wołynia. A co ciekawe prezydent Polski L. Kaczyński uczestniczył w odsłonięciu pomnika S. Bandery. Ja to rozumiem jako akceptacje zbrodni na Polakach. Teraz ten prezydent pochowany jest na Wawelu. Miasta nazywają ulice jego imieniem. Projektanci przygotowują się do budowy jego pomników. Niebawem błogosławionym zostanie. III. Polityka 1. S. Bandera – ulubieniec naszych władz Oto migawki z działalności S. Bandery - idola prezydenta Juszczenki i polskiego prezydenta L. Kaczyńskiego: „Tłum mordujących popadł w szał bestialstwa, w którym ostatnie ofiary były rozszarpywane i ćwiartowane na kawałki (...). Widziałem, jak jeszcze żyjącym ludziom rozpruwano brzuchy, wyciągano rękami wnętrzności, ciągnąc kiszki. Widziałem, jak gwałcili kobiety, potem wbijali je na kołki, jak stawiali żywe kobiety nogami do góry i siekierą rozcinali na dwie połowy (...). Ktoś, kto nie widział tego na własne oczy, nie będzie w stanie w to uwierzyć.”– wspominał świadek rzezi Polaków w kolonii Władysławówka 29 sierpnia 1943 r., Władysław Malinowski. Nic nie mówi się również o bestialstwie Ukraińców przy likwidacji powstania warszawskiego. Obecnie rządząca prawica niezbyt różni się od prawicy przedwojennej np. o morderstwie w Katyniu trąbią od lat wszystkie publikatory, a o morderstwach dokonywanych przez Ukraińców ledwie wspomni się przy jakichś okazjach. Nie zauważa się różnicy pomiędzy strzałem w tył głowy (Bolszewicy), a przerzynanie piłą na żywca czy zabijaniem dzieci poprzez rozbijanie ich głów o ścianę (Ukraińcy). Nie liczy się ofiar, ale ich jakość. W Katyniu zginął kwiat arystokracji i tradycji szlacheckiej, a na Ukrainie ginął lud, pospólstwo, hołota. Juszczenko, którego w dużej mierze wysiłkiem Polaków osadzono na tronie ukraińskim ogłosił S. Banderę (Bandurę) bohaterem narodowym. Ten bandyta podobno był Polakiem z krwi i kości i nazywał się Stefan Bandura. Podobno broniąc się przed zamordowaniem przez Ukraińców przysięgał, że kocha Ukrainę, że czuje się Ukraińcem, że jest ukraińskim nacjonalistą. Żeby to udowodnić zamordował swoich rodziców i swoje rodzeństwo. Później swoim bestialstwem tak zadziwił nacjonalistów ukraińskich, że uznali go swoim wodzem. Podobno po wojnie we Wrocławiu pracował jako szewc. Kiedy w pracy odwiedził go kuzyn to się przestraszył i zniknął. Podobno popełnił samobójstwo. Polskim obecnym władzom. Tym potomkom zdegenerowanej szlachty oraz nosicielom tradycji rządu przedwojennego i londyńskiego przypominam jeszcze raz, że Banderowcy byli zwyrodnialcami. Najwięcej mordów dokonano latem 1943. Mordy niejednokrotnie miały miejsce w niedziele. Ukraińcy wykorzystywali to, że ludność polska gromadziła się podczas mszy w kościołach, więc często kościoły były otaczane, a wierni przed śmiercią niejednokrotnie torturowani w okrutny sposób (np. przecinanie ludzi na pół piłą do drewna, wyłupywanie oczu, palenie żywcem). O świcie (godzina 3:00 nad ranem) 11 lipca 1943 oddziały UPA dokonały skoordynowanego ataku na 99 polskich miejscowości, głównie w powiatach horochowskim i włodzimierskim pod hasłem Śmierć Lachom. Po otoczeniu wsi, by uniemożliwić mieszkańcom ucieczkę, dochodziło do rzezi i zniszczeń. Ludność polska ginęła od kul, siekier, wideł, kos, pił, noży, młotków i innych narzędzi. Teraz my popieramy banderowców np. Juszczenko, Majdan. Przepraszamy Ukraińców (Prezydent Komorowski), kochamy i pomagamy im. S. Bandera jest idolem naszych władz. Polskiego turystę zapytano w Kanadzie jaka teraz jest moda w Polsce? Odpowiedź: „Noszenie Ukraińców na rękach”. Ukraińcy nie kochają nas wcale. Poznali się na obłudzie naszych władz. 2. Szczyt Wyszehradzki Na ostatnim szczycie wyszehradzkim prezydent Komorowski zobowiązał się utworzyć potężną armię ukraińską za nasze, Węgrów i Unii pieniądze. Komorowski bardzo się spieszył po to żeby prezydent Janukowycz jeszcze przed podpisaniem wstępnej obietnicy wejścia do Unii miał pewność, że nie blefujemy. W budżecie Polski znaleziono duże pieniądze. Bardzo duże pieniądze. Tak duże, że wzbudziły zainteresowanie prezydenta USA. Kerry przyjechał specjalnie do Polski aby dać poparcie amerykańskim producentom broni. Ciekawe ile trzeba emerytów zabić żeby w budżecie znaleźć pieniądze na kontrakty wojskowe. To że prawo polskie zezwala na eutanazję udowodniłem wcześniej. W tym polskim prawie do eutanazji jest coś miłego dla mnie, a mianowicie Państwu bardziej się opłaca zabijać bogatych emerytów niż bidoków takich jak ja. Tym razem biedni mają lepiej. Dzięki małej emeryturze mogą dłużej żyć. Jeśli nasi politycy mają w sobie jakiś ślad po patriotyzmie to proszę aby nie zrobili armii ukraińskiej silniejszej niż armia polska. Nie chciałbym aby cała Polska była Wołyniem. Nadzieja moja tu jest mizerna, bo parlament polski jednomyślnie podjął uchwalę poparcia polityki polskiej wobec Ukrainy. 3. Ukraina - Unia Wracając do Janukowycza to wcześniej uprzedzał on, że tego porozumienia z Unią nie popisze. Politycy polscy prawdopodobnie wpadli w popłoch. Klękanie przed Janukowyczem nic nie dało. Klękanie przed politykami Unii wzruszyło przywódców państw Unii z wyjątkiem daje się Francji. Francja często broniła interesów Polski. Tak było i teraz. Dziękuję! Dokument przystąpienia Ukrainy do Unii Europejskiej nie został podpisany, Janukowycz dostał od Putina pożyczkę, dużą pożyczkę w postaci czynników energetycznych jak i pieniędzy na utrzymanie Ukrainy. Te fundusze zabrane przez Polskę i inne kraje były kroplą w morzu potrzeb ukraińskich. Ukraina jest w głębokim kryzysie. Dla Janukowycza była to kwestia życia Ukrainy. Putin problemy te rozwiązał. Naciski szefów państw europejskich nic nie dały. Janukowycz odmówił podpisania dokumentów UE. Porażka. Plama Zachodu. Skandal, boruta, kpiny, wstyd. Polacy ich nieźle wrobili. Rusofobi polscy nie załamali się. Klęcząc, przedstawiali Unii konkretny plan korzyści. Powiedzieli, że wypożyczą Unii Balcerowicza. Ten podobnie jak w Polsce za drobne monety i nieco większe łapówki przekaże Unii wartościowy przemysł ukraiński. Ten mniej ważny przemysł zostanie zlikwidowany i w ten sposób powstanie wolny rynek zbytu. Państwa Unii przejmą banki, handel i ziemię znaną w świecie z urodzajności. Ukraina to olbrzymi rynek zbytu i tania, bardzo tania siła robocza. Polacy pokazywali swoją czteroletnią pracę i osiągnięcia. Mówili ile już pieniędzy w to włożyli. Polska dała Ukrainie swoją fabrykę samochodów (FSO Żerań), pożyczki bezzwrotne, buduje dla Ukrainy port na Bałtyku i stocznię okrętów, mundial i masę innych wydatków ukrywanych. Unia kalkulowała swoje ewentualne zyski i straty. Janukowycz wyliczył, że aby Ukrainę utrzymać przy życiu trzeba wydać około 30 miliardów euro rocznie. Unia uznała, że nie jest to dobry interes, ale na prośby Polaków zgodziła się przyjechać, a nawet osobiście przekonywać Janukowycza do podpisania tej deklaracji. Mieli nadzieję, że pod takim naciskiem Janukowycz się ugnie i podpisze. Nie ugiął się i nie podpisał. Prezydenci i premierzy na czele z panią kanclerz Merkel upokorzeni, ośmieszeni, ze spuszczonymi głowami wracali do domu. Myślę, że Polska nie zyskała tu szacunku i miłości partnerów z Unii. Politycy polscy powinni spalić się ze wstydu. 4. Polityka polska Wcześniej wyjaśniałem, że dla małych i średnich państw polityka to miejsce do robienia dobrych interesów. Dla mocarstw odwrotnie, interesy (pieniądze) są miejscem do robienia dobrej polityki (dla siebie). Polska wciąż próbuje prowadzić politykę mocarstwową. Podobnie jak ta ambitna i zarozumiała żaba co chciała być wielka, aby zostać królową. Nadymała się i nadymała, aż pękła i został po niej tylko smród i pobrudzone otoczenie. Powracające z Kijowa szefowie państw Unii wglądali tak jakby byli w otoczeniu wybuchu nadętej żaby. Po najbliższych wyborach wybuchać będą jeszcze bardziej nadęte kaczki. Moim zdaniem niepodległa Ukraina jest zagrożeniem dla państwa polskiego, dla narodu polskiego. PO, a zwłaszcza PiS silnie wspierają niepodległość Ukrainy, a więc nie są to partie patriotyczne. Rząd polski powinien działać w kierunku bezpieczeństwa narodu. Powinien być obrońcą narodu. Jest prawdą oczywistą, banalną, że Sikorski działa odwrotnie Czy to nie jest zdrada? 5. Nieco historii Ten rząd poprzez ministra R. Sikorskiego stale obniża prestiż Polski na arenie międzynarodowej. Za czasów komuny Polska w dużym stopniu zależna była od Moskwy. Ta jednak nie obniżała znaczenia Polski w świecie. Po zdobyciu Berlina tylko flaga polska obok flagi sowieckiej zawisła na bramie brandenburskiej. Na paradę zwycięstwa Moskwa zawsze zapraszała przedstawicieli Polski i podkreślała zasługi Polaków. Tymczasem na paradę zwycięstwa w Londynie Polaków nie zaproszono. Teraz się odpłacamy Londynowi i Moskwie. Przypomnieć należy, że za czasów komuny mieliśmy swojego kosmonautę. Porównajmy, jaki był prestiż Polski wtedy, a teraz. Później, za rządów SLD Polska zagrała na nosie Francuzom (tym, co kazali nam milczeć) i kupiła samoloty w USA. W czasie wojny w Iraku Polska dowodziła wojskami koalicji. Wojsko polskie wypełniło swoją rolę bez zarzutu. Pochwalę się tu, że szefem wojska polskiego, a więc i koalicji był mój daleki kuzyn Czesław Piątas. Po przejęciu władzy przez prawicę wszystko się zmieniło. Na paradzie zwycięstwa w Moskwie nie było przedstawicieli Polski. Nawet nie wymieniono udziału Polaków w pokonaniu Faszystów. Rosja chcąc budować rurociąg przez Polskę zwraca się w tej sprawie nie do Polski, ale do Unii. Jeszcze trochę, a w ogóle nie będziemy partnerami do rozmów z mocarstwami. Będą na terenie Polski prowadzić swoje prace, swoje budowle, nie pytając o zgodę. Oto obecny prestiż Polski w świecie. Tak już zaczyna być. Oto nasza niepodległość. Oto nasza potęga. Należałoby przeprowadzić śledztwo dla ustalenia, kto wylansował R. Sikorskiego na czołową postać w polityce polskiej. Polska to kraj cywilizowany. Polska ma wiele przyjaciół - za górami, za lasami, za morzami, ale ma. Tylko z sąsiadami kłopoty są. Polska ma „doskonałego” ministra spraw zagranicznych. Tylko nazwisko ma pohańbione przez tego kolaboranta W. Sikorskiego z rządu londyńskiego, co to zginął przypadkiem? Nad Bosforem. Nasz obecny R. Sikorski jest prawdziwym Polakiem czystej, błękitnej krwi. On ryzykując własnym życiem był wśród bohaterskich Talibów walczących z Ruskimi. On był ich rzecznikiem, piórem i jadem antyrosyjskim. Zagrzewał Talibów do walki. Po wypędzeniu Ruskich Talibowie ocipieli. Zaczęli kąsać rękę, która ich karmiła i w STRINGERY uzbroiła. Zaczęli walczyć z Amerykanami. Zniesmaczony nasz Sikorski wysłał żołnierzy Polskich przeciw nim. Niestety, Polacy podobnie jak ruskie muszą rejterować z tego kraju. Moim zdaniem taka nauczka należy się każdemu, kto próbuje siłą kogoś uszczęśliwiać. Mimo tych niepowodzeń, a nawet klęsk dyplomatycznych nasz Sikorski żyje w chwale sukcesów. Przymierza się nawet do stanowiska Prezydenta RP. Nawet opozycja nie odważy się i nie ośmieli mieć tu coś na poprzek. Nasz R. Sikorski doskonale wpasował się w tradycję i mentalność Polaków. Pamiętamy filary naszej niepodległej. Polityków takich jak Geremek, Skubiszewski. Oni ze swej jaśniepańskiej wysokości, Ruskich traktowali, jako głupich i zacofanych murzynków. Jeden z nich zniżył się i pojechał do Moskwy. Tam jedynym partnerem godnym rozmów był Ruski pop. Była jeszcze za rządów PIS-u wielka dama polityki zagranicznej. Wabi się ona Anna Fatyga. Pamiętam, że miała tyle antyruskiego jadu, że mogła otruć nim połowę ryb w Bałtyku. Bóg w swej łaskawości dał Polakom wiele znakomitych cech, ale zdolności politycznej w naszych genach doszukać się nie można. Mieliśmy okresy wielkości. Za rządów cudzoziemca Jagiełły. Mieliśmy kretyński rząd emigracyjny. Teraz sami wybraliśmy taki przynajmniej w polityce zagranicznej. Odsuńmy od władzy prawicę, bo pogrąży nas w bagnie jadu gdzie będziemy zagryzać się wzajemnie. Obecnie nasza polityka koncentruje się na pomniejszaniu wpływów i znaczenia Rosji. Tracimy wielkie pieniądze, prestiż i szacunek w świecie, po to żeby oderwać Ukrainę od Rosji. Nie oderwaliśmy. Łapówka przepadła i pieniądze dla służby zdrowia stracone. Chcemy uczynić ją niepodległą w nadziei, że kiedyś wciągniemy ją do Unii. Dobrze by było, żeby Ukraina weszła do Unii, Byłaby pod kontrolą. To, może się stać za dziesiątki albo i za setki lat. Przez ten czas na wschodzie utworzymy sami sobie wrogie państwo. Państwo, które ma na rękach krew polskich dzieci, które wrogość do Polaków ma w genach. Ukraińcy to najbardziej bandycki naród spośród naszych sąsiadów. Zwróćmy uwagę, że tam nie tylko formacje państwowe. Nie tylko organizacje partyzanckie, ale prości ludzie ukraińscy mordowali Polaków. Tam wioska ukraińska napadała na wioskę polską i mordowała bestialsko wszystkich od niemowlęcia do staruszka. Lud ukraiński traktował Polaków tak jak lud polski traktował Żydów w Jedwabnym. Lud polski długo nie pokocha Żydów. Lud ukraiński długo nie pokocha Polaków. Nawet obecnie kiedy się tak podlizujemy Ukraińcom oni nam sympatii nie okazują wcale. Juszczenko osadzony na tronie przy naszej pomocy (Kwaśniewski i inni) z „wdzięczności” wstrzymał import towarów z Polski. Wmawianie nam, że wolna Ukraina służy bezpieczeństwu Polski jest szczytem bezczelności. Już teraz mamy zadrażnione stosunki z polową naszych sąsiadów. Budujemy jeszcze jednego potężnego sąsiada, który tradycyjnie jest nam wrogi - Koszmar! Rząd polski powinien działać w kierunku bezpieczeństwa narodu. Powinien być obrońcą narodu. Jest to prawda tak oczywista, banalna, że Sikorski działa odwrotnie. Czy to czasami nie jest zdrada? 6. Ukraina, Polska UE Na razie Putin poniekąd wykupił Ukrainę i na jakiś czas będzie razem z Rosją. Podejrzewam, że Janukowycz to większy cwaniak. On wykorzysta pieniądze Putina i sięgnie po ofertę, którą zostawiła Unia. Polacy, a zwłaszcza Kwaśniewski nie odpuszczą. Podobno Kwaśniewski ma udać się z pielgrzymką kwestując, czyli zbierając pieniądze na wykupienie Ukrainy od Putina. Podobno ma zacząć od Anglii. Niewątpliwie Blair zapyta go, a ileż ta Polska ma zamiar rzucić do kapelusza żebraczego? Polskie zastaw się, a postaw się chyba wyśle nas latem na łąkę żebyśmy sobie szczawiu poszczypali, a zimą będziemy korzonki odkopywać w lesie i żywić się tym. Polska potęgę i honor swój ma. Żywić się będzie tym co zbieractwo da. Putin tych 30 miliardów Ukrainie do ręki nie dał. On je pożyczył i to w ratach. Jeżeli Janukowycz okazałby się mniej posłuszny to pożyczka mogłaby być natychmiast wstrzymana. Teraz Unia odkupując Ukrainę będzie musiała spłacić też pożyczkę rosyjską. Jak my to przeżyjemy? Ciekawy jestem czy Komorowski dalej będzie forsował wielkie wydatki Polski na zbrojenia? Na szczycie wyszehradzkim postanowiono, że Polska, Węgry i Ukraina wspólnie utworzą wielką armię niezależną od NATO. Należy to czytać jako uzbrojenie armii ukraińskiej. W Polsce już się zaczęły afery łapownicze z tym związane. Poleciał ze stołka jakiś wielki generał. Teraz kiedy Ukraina odpadła może odłożą zbrojenie armii, bo Polsce armia nie jest potrzebna. Nas broni NATO. Nam armia potrzebna jest tylko do celów reprezentacyjnych. Zdumiewające, że w Polsce ani w sejmie, ani w publikatorach nikt dziobem nie kłapnie, że te pieniądze powinniśmy dać na służbę zdrowia, żłobki, przedszkola, a nie finansować bezsensowne wydatki jak wojsko czy IPN. 7. Mordercy Politykom polskim, tym zakutym pałom trzeba co chwila przypominać kim są Ukraińcy i kto to jest S. Bandera Pytać ich co z bestialsko mordowanymi Polakami zamieszkującymi nasze byłe Kresy Wschodnie? Co z mordowanymi przez Ukraińców powstańcami Warszawy? Znęcanie się nad powstańcami było tak bestialskie, że nawet SS-mani musieli interweniować. Odpowiedzią naszą jest udział prezydenta Kaczyńskiego w poświęceniu pomnika szefa ukraińskich morderców. To chyba mówi wiele. Bardzo wiele! Nie chcę o tym pisać, bo mogliby mnie posadzić za obrazę majestatu. Teraz działa mi na nerwy słowo Katyń. Dla mnie było to morderstwo, jakich wiele. Uporczywe nagłaśnianie tego wnerwia mnie. Rosjanie w Katyniu zamordowali około 4,5 tys. oficerów, policjantów i żołnierzy polskich. Razem z Kozielskiem, Ostaszkowem i innymi to około 15 tys. zabitych strzałami w tył głowy. Ukraińcy zabijali biorąc dzieci za nogi i uderzali dzieckiem o ścianę rozbijając głowę. Kobiety po zgwałceniu nabijali na pale, mężczyzn wieszano za jaja. Innych po przywiązaniu do kłody żywcem przeżynano piłą na pół. Tak wymordowano 200 do 300 tys. Polaków. Teraz porównajmy Katyń 15 tys. zabitych Wołyń 250 tys. zamordowanych. Według mnie Katyń to zabójstwo. Morderstwem jest Wołyń. Wstyd mi Po wojnie nastał czas policzenia, rozliczenia i upamiętnienia ofiar: - Katyń – Nekropolia, pomnik, Prezydent Rosji - Jelcyn w Polsce na kolanach płacząc przepraszał za zbrodnie sowieckie. Przebaczenia nie ma. - Wołyń - Nie ma cmentarzy. Groby są nieliczne. Nie przepraszają nas. To my zabiegamy o pojednanie. Oni to ignorują. Są pomniki. Dużo pomników, ale dla morderców Wołynia. Prezydent Polski - L. Kaczyński osobiście uczestniczył w poświęceniu pomnika S. Bandery szefa morderców ukraińskich. Wstyd mi, że to zachowanie naszego Prezydenta zostało w Polsce ocenione bardzo wysoko i pozytywnie. Było ono jednym z najważniejszych powodów pochowania prezydenta Kaczyńskiego na Wawelu. W kłamstwie, chamstwie i bezczelności Polska solidarnościowa przebiła komuchów. Czemu tak? Temu, że w Katyniu ginęli jaśnie panowie, a na wschodzie ginął prosty lud. Wstyd mi, że jest związek rodzin katyńskich, a nie ma związku rodzin ofiar ukraińskich. Wstyd mi, że na groby jaśnie panów jeżdżą delegacje rządowe z najwyższych szczebli, a groby ofiar Banderowców porastają trawą w zapomnieniu. Wstyd mi, że w Polsce nie ma równości nawet dla nieboszczyków. Druga przyczyna to antyrosyjska fobia. Kochamy Ukraińców (choć to nasi najwięksi mordercy zaraz po Niemcach) po to żeby skierować ich przeciw Ruskim. Im ktoś nas bardziej morduje tym bardziej go kochamy. Czy to nie zboczenie? Wstyd mi z tego powodu. Wstyd mi, że nie ma związku rodzin Powstańców Warszawy. Wstyd mi, że potomków ukraińskich morderców faworyzujemy, a Białorusinów lud spokojny i życzliwy nam, prześladujemy i tępimy. W czasie wojny mieszkałem na Białorusi, więc wiem coś o tym. Wstyd mi. Wstyd mi, że nasz polski rząd swoją fobię realizuje na cmentarzach. Wstyd mi, że nasz rząd do swojego szkodliwego celu idzie po trupach. Panowie prominenci! Władzo nasza! Gdzie wasze poczucie sprawiedliwości? Uczciwości. Gdzie wasz rozum? Na zachodzie graniczymy z potomkami morderców niemieckich, a na wschodzie instalujecie nam potomków morderców ukraińskich. Otaczacie nas krajami, które zasłynęły w mordowaniu Polaków. Macie w dodatku czelność wmawiać nam, że to dla naszego bezpieczeństwa. Jesteście na świeczniku. Wszyscy was widzą. Pełnicie najwyższe stanowiska w kraju. Ludzie zazdroszczą wam i biorą z was przykład, a kim wy jesteście? Od dawna wiadomo, że czasami polityka to kurwa. Wy dodatkowo swoją politykę namoczyliście w szambie. Jak więc mamy nazwać was realizatorów takiej polityki? Czy jest w przyrodzie zwierze do którego moglibyśmy was porównać nie obrażając tego zwierzęcia?(...)"
komentarze: 0
Historia
"Sen o potędze Niedawno przypomniano nam przemówienie sejmowe ministra spraw zagranicznych Polski pułkownika Becka, tuż przed wybuchem wojny. Minister mówił tam dużo o twardym stanowisku, o sile, o honorze, o potędze i o zwycięstwie: „nawet guzika od munduru nie pozwolimy sobie oderwać”. Balon potęgi polskiej został napompowany do granic wytrzymałości. Z propagandy wynikało, że jesteśmy potęgą, że dodatkowo jesteśmy ubezpieczeni przez Anglię i Francję. Teraz nie grozi nam wojna, ale to my obecnie tworzymy zagrożenie wojenne dla świata. Prawica i ONI wytworzyli psychozę zagrożenia i zbroją kraj. Kiedy brakuje im pieniędzy to zabijają emerytów i rencistów, a uzyskane po nich emerytury i renty kierowane są na unowocześnienie armii polskiej i ukraińskiej. 1. Wracajmy do początku wojny Zbliżała się wojna. Niemcy nie ukrywali planowania ataku na Polskę, a władze polskie zamiast się przygotowywać, zbroić się to nadymając się głosili sen o potędze. W tej sytuacji sojusz wojskowy z ZSSR wobec grożącej agresji Hitlera nie był możliwy. Sojusz z Hitlerem? Czemu nie? Np. wspólna z Hitlerem napaść na Czechosłowację (Zaolzie) była możliwa. Sojusz, że Stalinem – nigdy. Hitler Bolszewików się nie brzydził i wspólnie ze Stalinem zlikwidowali Państwo Polskie. Od ukłucia niemieckiego bagnetu uszło powietrze z balonu potęgi polskiej. Ukazała się nędza i głupota kierownictwa państwa. Brak planu obrony, źle wyszkoleni i tępi dowódcy (np. Katyń). Uzbrojenie z poprzedniej wojny. Tylko żołnierze walczyli. Wojsko walczyło czym mogło i jak mogło. Była nawet szarża ułańska na niemieckie czołgi. Władcy wyłączyli z walki polskie samoloty i okręty. Były one potrzebne do ucieczki z kraju tych co rozgłaszali sen o potędze. Oficerowie zawłaszcza ci z Katynia niemal bez walki poddali się Bolszewikom. Tchórze! Sam wódz naczelny Rydz Śmigły zwiał za granicę. Tchórz i dezerter!!! Teraz władza też pompuje balon dumy i potęgi. Kupili nawet nowoczesne samoloty do ucieczki w razie czego. Jest pytanie czy obecne siły zbrojne morskie i powietrzne są wystarczające do ucieczki elit? Niemcy i Sowieci podzielili się terenem i Polska przestała istnieć. Sytuacją obecna nie jest identyczna z poprzednią. Wtedy do wojny parły Niemcy teraz robi to Polska. Rząd polski uciekł za granicę i tam utworzony został rząd emigracyjny. 1. Rząd emigracyjny Ten rząd również był antysowiecki. Wobec agresora niemieckiego rząd ten zawarł nie pisane zawieszenie broni. Taki też stosunek do Niemców nakazano partyzantom polskim co bardzo utrudniało politykę Anglii. Anglia w obronie Polski była w stanie wojny z Niemcami. Sami nie byli w stanie się obronić. Groziło jej to co stało się z Polską czy Francją. Szukali więc pomocy. Szukali sojuszników. USA ogłosiła neutralność. Poważnym sojusznikiem mogli być Sowieci, ale Rząd Polski nie chciał usiąść do stołu z okupantem sowieckim, z bolszewików. Powstaje więc pytanie czy fobia antybolszewicka nie jest jedną z przyczyn śmierci tych ludzi? 3. Sikorski Niektórzy członkowie rządu emigracyjnego zrozumieli w końcu sytuację. Wewnątrz tego rządu powstał akt oskarżenia przeciwko rządowi przedwojennemu. Zarzucano mu winę za klęskę. Wodza Naczelnego Wojska Polskiego, Rydza Śmigłego, oskarżono o dezercję z wojska. Wojsko jeszcze walczyło kiedy jego wódz uciekał z kraju. Są pogłoski, że Śmigły pertraktował z Hitlerem na temat wspólnej krucjaty przeciw ZSRR. Wspólną z Hitlerem krucjatę przeciwko Czechosłowacji zrealizowano, ale w drugim przypadku Hitler wolał krucjatę z bolszewikami przeciw Polsce. Wyjaśnienia wymaga sprawa wyjazdu żony Śmigłego do Monte Carlo w 1938r. Na parę tygodni przed wybuchem wojny pani Marta zabrała z Warszawy dwoma ciężarówkami wszystko z domu Rydzów. Poza dobrami własnymi było tam mienie państwowe. Pozwoliło to pani Marcie nie liczyć się z pieniędzmi, być stałym bywalcem kasyna i flirtować z coraz młodszymi facetami. To była niezła dziwka. Jej pierwszy mąż zaproponował kochankowi Marty aby ożenił się z nią. Ten roześmiał mu się w nos. Wnerwiło to męża i władował w kochanka cały magazynek pocisków. Kiedy była żona Rydza wabiła wysokich oficerów na seks do domu, bawił ją ich popłoch kiedy drzwi otwierał im sam marszałek. W Monte Carlo już nie miała żadnych ograniczeń, a skarby prywatne i państwowe sprzedawała za bezcen pojedyńczo i hurtowo. Sprzedała nawet szablę koronacyjną króla Augusta II. W końcu panią Martę wrzucono do rzeki i kazano pływać. Pływać umiała, ale nie miała wszystkich kończyn, a nawet głowę oderżnięto jej wcześniej. Poza tym zapakowana była do worka. Z domu zginęły pozostałe jeszcze kosztowności i dokumenty państwowe jak również dziennik Rydza. Sprawców nie wykryto. Podobno w Warszawie jest już ulica imieniem Rydza Śmigłego. Są przygotowania do wystawienia mu pomnika. Ciekaw jestem co jest napisane na ten temat w podręcznikach szkolnych? Jeżeli są zatajenia lub takie kłamstwa jak podają publikatory to należy zaprzestać nauki historii współczesnej w szkołach.(...)"
komentarze: 0
Lewica_program_ii
  • Ocena: 0.0 na 5
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
" Manipulacje Polską - Ojczyzną Naszą 1. Kto kupi Polskę? Kto da więcej? Kto? Obecnie głoszone przez prawicę hasło to: Zaprzestać finansowania partii politycznych z budżetu państwa. Z naszych pieniędzy. Kto jest za? Większość Polaków. Partie powinni finansować ich członkowie w dobrowolnej składce i dowolnej wysokości. Kto jest za? Większość Polaków. Kto rozumie, co to znaczy? Mała grupka specjalistów, spryciarzy i oszustów. Kto wyjaśni Polakom, co tu jest grane? Nikt. Publikatory starają się sprawę zaciemnić. Co to znaczy? Jakie mogą być tego skutki? Tego nikt ludziom nie wyjaśni. Ludźmi kierują teraz publikatory, a one należą do PO, czyli do krajowych oraz zagranicznych oligarchów (do ONYCH), a więc nie powiedzą, że: - bez pieniędzy państwowych partie polityczne upadną; - zostanie tylko PO, ponieważ oligarchów stać na to, żeby swoją partię finansować. Formę finansowania znajdą. Tam są tęgie mózgi. Zresztą ONI już wyznaczyli cenę poparcia. ONI chcą mieć służbę zdrowia i publiczne publikatory. Premier Tusk niezwłocznie zabrał się do wykonania zobowiązań. Emerytów zwolnił z płacenia za abonament RTV publiczne, a służbie zdrowia zmniejszył fundusze i usiłuje nadać jej prawa spółki prawa handlowego I PRZEKAZAĆ WŁADZOM TERENOWYM. Tych nie stać na utrzymanie służby zdrowia i ogłosi jej upadłość. Teraz oligarchowie będą mogli ją kupić po cenie złomu. Tymczasem opór społeczny jest bardzo duży i Tusk ma kłopoty. Poza tym, kto ośmieli się kontrolować zwycięzców. Rządzić, więc będzie jedna partia. Nie będzie konkurentów. Nie będzie krytykantów. Tylko zdaje się, że już to przerabialiśmy. Powinniśmy jeszcze pamiętać, co znaczą rządy jednej partii. Partii popieranej przez 90% narodu. Powinniśmy pamiętać komunizm i faszyzm. Powinniśmy pamiętać dyktaturę. Jeśli ktoś nie wie, co znaczy władza jedynie słusznej partii, co znaczy dyktatura, to zdaje się, że jest ona jeszcze w niektórych państwach afrykańskich. Niech się dowie, co tam się dzieje. Uciekając przed dyktaturą Kaczyńskich i o. Rydzyka wpadniemy pod dyktaturę ONYCH. Poprzez bankructwo mediów publicznych (TVP) oligarchowie (PO) chcą doprowadzić do likwidacji tych mediów i droga do dyktatury będzie otwarta. Chyba już tylko Bóg będzie mógł nas uratować. Inna możliwość. Wyobraźcie sobie, że do partii Prawdziwych Polaków zapisze się Putin. Kupi tej partii wieżowiec, rozgłośnię radiową i telewizyjną. Zatrudni fachowców od socjotechniki i Polska staje się jego własnością. Będzie jednym z krajów związkowych Rosji. Putin może zrobić to bezpośrednio, ale może to ukryć poprzez swojego przedstawiciela „słupa”. No i po co tu tarcze, okręty i samoloty bojowe? Wystarczą petroruble. Tak może też zrobić prawdziwy Polak – Kowalski, byle miał kasę. Kupi Polskę i od niego będzie zależało, czy Polska będzie czerwona, zielona czy brunatna. Niemożliwe? Spójrzcie na Iran, komunistyczną Koreę. Dziadkowie pamiętają u nas 98% poparcia w wyborach. Kiedyś były tortury, terror. Teraz jest socjotechnika – bardziej skuteczna. Sprzedali nasz przemysł, banki, handel. Czy ktoś zaprotestował? Ziemia jest w trakcie sprzedaży. Niewiele już zostało. Protestów nie widać. Pamiętacie wóz Drzymały? Nie. Ogłupiono was. Spójrzcie w lustro. Wygląd jeszcze jest wasz, a mózgami zamieniliście się z kretynami. Kto to zrobił? Socjotechnika w czasie, kiedy gapiliście się w telewizor słuchając informacji i komentarzy. Kiedy mieliście kontakt z publikatorami. Nie pozwólcie sprzedać tej reszki Polski. Nie pozwólcie sprzedać tej iluzji, złudzenia, że żyjemy w naszej niepodległej jeszcze suwerennej i demokratycznej Polsce. Spróbujcie, zrozumcie to sami. Wyjaśnijcie to znajomym. Nie wierzcie publikatorom. To nie są polskie firmy. Te firmy są wrogie Polsce. Wy – większość polska. Uświadomcie sobie, jak łatwo wpuścić was w „maliny”. Jak łatwo was oszukać. Jak łatwo sprzedalibyście Polskę – Ojczyznę naszą. Prochy naszych pra, pra, pra, pradziadków, którzy walczyli i umierali za Polskę, patrzą na was i chyba nie z szacunkiem. Wśród was są osobniki tego świadome. Oni mają pyski wypełnione patriotycznymi hasłami. Sprzedawczyki pojebane. Skoro Polska ma już być sprzedana to myślę, że kupić ją mogą Chińczycy na bazę towarów do sprzedaży w Europie. Obawiam się, że oni mogliby mało płacić i zdzierać z nas podatki. Wolałbym, żeby kupili nas Arabowie. Taki szejk z Kuwejtu mógłby zrobić z Polski farmę hodowli koni arabskich. Polska miałaby szansę być największą na świecie - stadniną koni. Polska mogłaby być największym na świecie - terenem wyścigów konnych. W ten sposób mógłby się spełnić Polaków odwieczny sen o potędze. Platforma Obywatelska chce sprzedać Polskę. Balcerowicz z Buzkiem rozpoczęli, a Tusk chce dokończyć. Kandydat na następcę Tuska, Gowin, startuje w wyborach pod szyldem Balcerowicza i Buzka. Widać, to są postacie pomnikowe. Postawiliśmy pomnik (zdaje się Dudajewa) mordercy dzieci w Biesłanie i pacjentów szpitala w Czeczenii. Czemu nie mamy postawić pomnika Balcerowiczowi i Buzkowi? Jeśli się komuś nie podoba działalność tych panów i władza Platformy Obywatelskiej (PO) to może Prawo i Sprawiedliwość (PiS)? Jest to druga siła polityczna konkurująca z PO. Za dwa lata PiS ma szansę przejąć władzę w Polsce. Poznajmy więc go. 2. Poznajmy PiS Jarosław Kaczyński składając hołd swemu bratu Lechowi Kaczyńskiemu, byłemu prezydentowi RP pochowanemu na Wawelu, powiedział, że jego brat prowadził Polskę ku wielkości. Ku potędze. Dał też do zrozumienia, że on tą drogą poprowadzi Polskę dalej. Nie powiedział tylko, na kim wzoruje tę potęgę. Wałęsa potęgę gospodarczą Polski wzorował na Japonii. Obawiam się, że Kaczyńscy potęgę Polski wzorują na komunistycznej Korei. To maleńkie państewko jest rzeczywiście potęgą. Grozi wojną Japonii. Grozi wojną Stanom Zjednoczonym. USA postawiły armię w stan gotowości bojowej. Okręty wojenne USA zbliżyły się do granic komunistycznej Korei. Świat wstrzymał oddech. Rosja i Chiny nawołują strony do rozwagi. Korea komunistyczna jest potęgą. Obywatele tej Korei latem odżywiają się skubiąc szczaw na łące, a zimą idą do lasu odkopywać korzonki drzew. Nie marzną przy tym. Otuleni są gorącymi hasłami o potędze. Czy o taką potęgę Kaczyńskim chodzi? Sytuacja polityczna w Polsce już od dawna zmierza w tym kierunku. Minister Sikorski ociekający jadem nienawiści do ruskich namawia świat do wojny z Rosją. Kupujemy samoloty bojowe. Na terenie Polski tworzone są bazy obcych wojsk. PIS ma wielkie poparcie w narodzie i szansę zdobycia władzy. Jeżeli przy tym Kaczyński wejdzie w nieformalny związek małżeński z o. Rydzykiem, to gotowi będziemy do krucjaty. Uzbrojeni w święte obrazy i gromnice, z godnością i pieśnią nabożną ruszymy na komunistycznego Moskala. Niegdysiejsze krucjaty brały ze sobą dzieci, które służyły jako tarcze i weszły do historii pod nazwą Rzezi Niewiniątek. Podobno ruskie sołdaty w czasie wojny dostają amoku seksualnego. Weźmy ze sobą stado dziewic. Ruski będą rżnąć nasze dziewice, a my w tym czasie podpalimy Moskwę. Historia to zapisze pod nazwą Rzeź polskich dziewic. Rzeź niemowląt już została zapisana w historii. Dlatego głosując na PO pamiętajmy, że Donald to też kaczor. Póki co rządzi Donald Tusk. Wojny z Ruskimi jeszcze nie ma, ale przygotowania trwają. Kampania antyrosyjska rozwija się i staje się naszą fobią. Trwa, więc przygotowanie psychologiczne do wojny z Rosją. Trwa intensywne przeciąganie Ukrainy na naszą stronę. Nęci się ją możliwością korzystania z funduszy unijnych. Ostatnio na szczycie wyszehradzkim z udziałem prezydenta Komorowskiego obiecano Ukrainie dozbrojenie i wspólnie z Polską oraz Węgrami utworzenie sił zbrojnych Unii. PiS musi być zadowolony i mógłby choć raz pochwalić Donalda, przecież to też kaczor i człapie po ścieżce wyznaczonej przez J. Kaczora. Tusk pochodzi wprawdzie z gniazda uwitego w polu kukurydzy i niczym nie przypomina Kaczora gniazdującego na kartoflisku. Są to jednak kaczki z jednej pobożnej paczki. Jeszcze tylko Macierewicza na ministra obrony, Sikorskiego ustawić na stanowisku szefa Paktu Atlantyckiego i droga do wojny z Rosją otwarta. Nawiasem mówiąc to ustawianie R. Sikorskiego na stanowisku szefa Paktu weszło w intensywną fazę. Nagłaśnia się informację, jakoby porozumienie w sprawie ustalenia winnych gazowania ludzi w Syrii nastąpiły w wyniku misternej zakulisowej dyplomacji Sikorskiego. Jeszcze trochę a okaże się, że Sikorski misternie kieruje dyplomacją USA (a nawet Rosji) i to w kierunku łagodzenia stosunków i obrony pokoju. Pamiętam, że za czasów rządu SLD prawicowi dziennikarze polscy pod fałszywymi nazwiskami publikowali w innych krajach krytyczne teksty o Polsce. Premiera Millera bardzo to bolało. Tej samej metody użyto teraz tylko chwaląc Sikorskiego i przygotowując go na szefa NATO. Swoją drogą powierzenie obrony pokoju Sikorskiemu to tak jakby szczurowi powierzyć obronę żywności. Wracajmy do tematu. PiS Polski nie sprzeda. O nie. PiS zrobi z Polski zbrojne ramię Paktu Atlantyckiego. Wybierajmy więc: PO – chce Polskę sprzedać; PiS – chce zrobić z niej potęgę militarną większą aniżeli komunistyczna Korea. Potęgę, która w sojuszu z mordercami z Wołynia i potomkami S. Bandery, zemści się za Katyń i za Smoleńsk. Prezydent Komorowski wynalazł trzecią drogę. Na szczycie w Wyszehradzie postanowiono, że Polska, Węgry i Ukraina razem utworzą inną armię wewnątrz UE. Żołnierzy da Polska, Węgry i Ukraina, a UE tylko wyszkoli ich i uzbroi. Armia ta będzie niezależna od NATO. Polska jako inicjator i organizator będzie miała zwierzchność nad tą armią. Jak z powyższego wynika obie kaczki idą w tym samym kierunku tylko innymi drogami. Cel jest ten sam. Wybierajmy więc. I tu prawica, i tu prawica. Jedna kusi, druga nęci, a ludziom się w głowach kręci. Tylko mnie się rzygać chce. Głosować na SLD? Na tych postkomuchów ? Nigdy! Wybieramy Kaczyniec. Tylko babranie się w kaczym gnoju stwarza nam swojski i nacjonalistyczny klimat oraz sen o potędze. 3. Ustalmy nazwę obecnego ustroju Urodziłem się w kapitalizmie. Rosłem w czasie wojny (okupacja – faszyzm). Dojrzewałem i pracowałem w komunizmie. Emerytem jestem w…?? Nie wiem jaki jest ustrój XXI wieku. Kapitalizm to władza człowieka lub grupy ludzi i realizowana poprzez pieniądze. Można ustalić nazwiska i adresy tych kapitalistów. Kapitalizm do XX wieku nazwałbym kapitalizmem imiennym o charakterze narodowym. Natomiast w XXI wieku panuje władza pieniądza o trudnym do ustalenia pochodzeniu. Firmy sprawujące władzę w imieniu kapitału (publikatory) są zreformowane, ulepione przez ten kapitał. Dotychczasowi pracownicy tych firm zostali zmanipulowani. Rozpoznawalni są tylko przez wygląd zewnętrzny. Nie wiem czy osoby występujące w publikatorach mają osobowość ONYCH tylko w czasie występu czy to jest ich cała osobowość. Przy pomocy tych figurantów kapitał (ONI) sprawuje władzę nad strukturą organizacyjną państwa (rząd, sejm, senat, sąd). Za instrukcję sprawowania władzy służy tu socjotechnika zwana czasami inżynierią społeczną. Rzecz w tym, że nie wiemy czyj to jest kapitał. Do kogo należą te pieniądze, a więc do kogo imiennie należy władza w Polsce. 4. Kto jest naszym okupantem?! Wiadomo, że pod rządami prawicy Polska straciła znaczną część niepodległości. Polska jest okupowana (co udowadniam w innym miejscu). Przypomnę tylko pytanie czy może być wolny i niepodległy kraj nie mając swojego przemysłu, handlu i banków? Polacy lubią walczyć z okupantem. Niech ktoś nam wskaże okupanta. Niech poda jego namiar. Czyżby pozbawiono nas możliwości walki o niepodległość Polski ? Nas okupują ludzie bez nazwisk, bez adresów. Jak nazwać tych co są oligarchami lub reprezentują ich? Jak nazwać naszych władców – okupantów ? Z kim mamy walczyć o wyzwolenie Polski z pod okupacji? Proponuję nazwać ich ONYMI. Uzgodnijmy więc terminologię i gramatykę. a) Moja propozycja to ON -ONY, -ONEGO, -ONYCH, -ONI, z następującą odmianą gramatyczną: Przypadek l.p l.m Mianownik kto? co? ON ONI Dopełniacz kogo? czego? ONEGO ONYCH Celownik komu? czemu? ONEMU ONYM Biernik kogo? co? ONEGO ONYCH Narzędnik z kim? z czym? ONYM ONYMI Miejscownik o kim? o czym? ONYM ONYCH Wołacz O! O! O! O! ONY ONI b) Reforma to– stopniowe pomniejszanie, degradacja, psucie, niszczenie, likwidacja; c) Restrukturyzacja – atak na pracowników. Likwidacja przywieli, pogorszenie warunków pracy i płacowych, zwolnienia; d) ? - Szukam nazwy dla człowieka częściowo zreformowanego i uzupełnionego wsadem nowoczesnym, ale bez udziału biotechnologii czy elektroniki. Człowieka zmanipulowanego raczej poprzez socjotechnikę. Człowieka dającego się całkowicie prowadzić publikatorom. Może Szczur Wyścigowy? W niedługim czasie takim człowiekiem będzie każdy z nas. Nazwa powinna więc być bardziej ogólna(...)"
komentarze: 0
Program_dla_partii_lewicowych
  • Ocena: 0.0 na 5
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
"Polityka Są kraje, które uważają, że polityka to sztuka robienia dobrych interesów. Stosują to państwa małe i średnie. Są państwa, które prowadzą politykę poprzez dobre interesy dla przeciwnika. W ten sposób zyskują jego przychylność i określone zachowania. Jest to łapownictwo międzypaństwowe. Tu są państwa wielkie i bogate (mocarstwa). Polska uprawia politykę poprzez interesy. To znaczy, że Polska prowadzi politykę mocarstwową. Polskę stać na dawanie łapówek innym państwom i wymuszać ich określone zachowania. To znaczy, że Polska jest państwem bogatym. Skoro tak, to my obywatele tego państwa mamy prawo żyć na poziomie państw bogatych. Jarosław Kaczyński składając hołd swemu bratu Lechowi Kaczyńskiemu byłemu prezydentowi RP pochowanemu na Wawelu powiedział, że jego brat prowadził Polskę ku wielkości. Ku potędze. Dał też do zrozumienia, że on tą drogą poprowadzi Polskę dalej. Nie powiedział tylko na kim wzoruje tą potęgę. Wałęsa potęgę gospodarczą Polski wzorował na Japonii. Obawiam się, że Kaczyńscy potęgę Polski wzorują na komunistycznej Korei. To maleńkie państewko jest rzeczywiście potęgą. Grozi wojną Japonii. Grozi wojną Stanom Zjednoczonym. USA postawiły armię w stan gotowości bojowej. Okręty wojenne USA zbliżyły się do granic komunistycznej Korei. Świat wstrzymał oddech. Rosja i Chiny nawołują strony do rozwagi. Korea komunistyczna jest potęgą. Obywatele tej Korei latem odżywiają się skubiąc szczaw na łące, a zimą idą do lasu odkopywać korzonki drzew. Nie marzną przy tym. Otuleni są gorącymi hasłami o potędze. Czy o taką potęgę Kaczyńskim chodzi? Chyba tak, bo premier Kaczyński przygotowując się do reorganizacji państwa wzorował się na Bolszewikach zwłaszcza na Czerezwyczajce to jest Nadzwyczajnej Komisji do Walki ze Spekulacją o Sabotażem. Komisji tej przewodził Beria, a później Dzierżyński. Było to zbrojne ramie bolszewizmu. Coś w rodzaju hitlerowskiego SS tylko bardziej brutalne. Kaczyński tą bolszewicką komisję podzielił na 2 części. Jedna miała zbierać „haki” na przeciwników politycznych i nazwał ją Instytutem Pamięci Narodowej. Druga część miała zbrojnie realizować wyroki Kaczyńskiego (lub Kaczyńskich) i nazwał ją Centralnym Biurem Antykorupcyjnym. Kaczyński przestał być premierem, ale następującym po nim Donald (też kaczor) instytucje te utrzymał. Jeżeli tak pójdzie dalej to obszar zwany dotychczas Polską będzie się nazywał Kaczystawem. Sytuacja polityczna w Polsce już od dawna zmierza w tym kierunku. Minister Sikorski ociekający jadem nienawiści do ruskich namawia świat do wojny z Rosją. Kupujemy samoloty bojowe. Na terenie Polski tworzone są bazy obcych wojsk. PIS ma wielkie poparcie w narodzie i szansę zdobycia władzy. Jeżeli przy tym Kaczyński wejdzie w nieformalny związek małżeński z O. Rydzykiem to gotowi będziemy do krucjaty. Uzbrojeni w święte obrazy i gromnice z godnością i pieśnią nabożną ruszymy na komunistycznego moskala. Niegdysiejsze krucjaty brały ze sobą dzieci, które służyły jako tarcze i weszły do historii pod nazwą Rzezi Niewiniątek. Podobno ruskie sołdaty w czasie wojny dostają amoku seksualnego. Weźmy więc ze sobą stado dziewic. Ruski będą rżnąć nasze dziewice, a my w tym czasie podpalimy Moskwę. Historia to zapisze pod nazwą rzezi polskich dziewic. Głosujmy więc na kaczki pamiętając, że Donald to też kaczor. Póki co rządzi Donald Tusk. Wojny z Ruskimi jeszcze nie ma, ale przygotowania trwają. Kampania antyrosyjska rozwija się i staje się naszą fobią. ILE KOSZTUJE NAS ANTYROSYJSKA FOBIA? ? ? ? Wszyscy w kraju i za granicą widzą, że polityka wschodnia Naszej Najjaśniejszej to różne formy wyrażania antyrosyjskiej fobii. Poza tym czujemy się powołani do uszczęśliwiania tych narodów choćby ogniem i mieczem. Tylko atom broni ich przed naszą przymusową pomocą. My jednak wciąż wtrącamy się w ich sprawy wewnętrzne np. Białoruś. Udajemy, że to oni zagrażają nam. Zbroimy się. Polska przed rokiem 1939 była krajem arystokratów i szlachty. Robociarze i chłopstwo to była hołota i chamy. Im żyło się ciężko. Tymczasem na wschodzie powstał kraj gdzie ta hołota przejęła władzę i zorganizowała ustrój zwany potocznie komuną. Tam arystokratów tępiono, a nawet zabijano. Ta zaraza mogła łatwo przenieść się na tereny Polskie i wtedy naród zaśpiewałby pieśń: O cześć wam panowie magnaci Za naszą niewolę kajdany Stryczek wam na szyję książęta, prałaci Za kraj nasz krwią bratnią zbryzgany Nie można było do tego dopuścić. Rozpoczęła się, więc ostra antysowiecka, anty komunistyczna kampania. Stąd wywodzi się antyrosyjska fobia. W tej sytuacji sojusz wojskowy z ZSRR wobec grożącej agresji Hitlera nie był możliwy. Sojusz z Hitlerem? Czemu nie? Np. wspólna z Niemcami napaść na Czechosłowację. Sojusz ze Stalinem - nigdy. Przegraliśmy wojnę z Niemcami i powstał polski, rząd emigracyjny w Londynie. Rząd ten prowadził politykę rządu przedwojennego. Dla niego współpraca z ZSSR byłaby kolaboracją z okupantem lub wręcz zdradą. Takie same poglądy mieli oficerowie polscy w sowieckich obozach jenieckich. Agitacja i propaganda sowiecka nie zmieniła ich poglądów. Pozostali twardymi i bez-kompromisowymi wrogami bolszewików. Powstaje pytanie czy fobia antybolszewicka nie jest jedną z przyczyn śmierci tych ludzi? W obliczu walki z Niemcami tworzona była koalicja, ale Polacy nie chcieli usiąść do wspólnego stołu z Bolszewikami. Dla sprzymierzonych silniejszym sojusznikiem byli Sowieci niż pokonani Polacy. Wybrali więc Sowietów, a rząd polski stał się kłopotliwym sojusznikiem Anglików, bywalcem przedsionków i żebrakiem koalicjantów. Sikorskiemu pozwolono na rozmowy z Sowietami - kolaborację. Przypuszczam, że był to wynik nacisków angielskich. Kolaborantowi temu udało się zawrzeć układ Sikorski - Majski. Na podstawie tego układu Stalin uznał Polski Rząd w Londynie. Zgodził się też na utworzenie polskiego wojska w ZSRR i na zwolnienie wielu Polaków z Sybiru. Polska mogła więc wejść do koalicji antyhitlerowskiej i liczyć się w polityce światowej. Był to czas, kiedy Stalin nie miał jeszcze zwycięstwa pod Stalingradem. Być może poczyniłby dalsze ustępstwa np. zgodziłby się na niezależność Polski. Zależało mu na dobrej współpracy z koalicją, a więc i z Polską. Potrzebne mu było też wojsko. Potrzebni mu byli Polacy. Niestety. Śmierć Sikorskiego przerwała tą drogę do współpracy, a może nawet do przyjaźni. Należałoby tu wyjaśnić czy kolaboracja z Sowietami nie była przyczyną śmierci Sikorskie-go. Niemcom udało się udowodnić, że Sowieci zamordowali polskich jeńców i wywołali tym za-mieszanie wśród sprzymierzonych. Polski Rząd w Londynie zorganizował wielką kampanię anty-sowiecką i o mało nie doprowadził do rozbicia koalicji antyhitlerowskiej. Polakom nie udało się jednak zrealizować planu Hitlera na rozbicie koalicji. Sami znaleźli się poza koalicją. Wojna się skończyła i jestem w wolnej Polsce. Cieszę się tym. Cieszę się pięknym Wrocławiem, który otrzymaliśmy dzięki Stalinowi. Piszę o Stalinie nie dla tego, że jestem jego fanem. Nie jestem. Nie jestem też rusofilem, ale wnerwiają mnie pół prawdy. Półprawda jest gorsza niż kłamstwo. Jest prawdą, że Stalin był mordercą, ale jest też prawda , że dzięki Stalinowi mamy Ziemie Zachodnie. Jest też prawdą, że durny nasz polski Rząd Emigracyjny w Londynie wycofał się z koalicji antyhitlerowskiej. Nie chciał siedzieć przy jednym stole z bolszewikami, więc nie uczestniczył w podejmowaniu decyzji o ustaleniu granic powojennych i ustalenie porządku powojennego. Ustaleniu strefy wpływów. Jeśli chodzi o granice to zachód zgadzał się na odebranie Polsce ziem wschodnich (linia Kerzona). Nie zgadzał się natomiast dać Polsce w zamian ziemie zachodnie. W ustaleniu granic interesy polskie reprezentował Stalin. Na jego żądanie w ustalaniu granic brał też udział B. Bierut - prezydent ówczesnej Polski. Jak widać Stalin skutecznie i dobrze reprezentował interesy polskie. W sprawie suwerenności interesów Polskich bronił Churchill. Jak widać niezbyt skutecznie. Żołnierze polscy uczestniczyli w koalicji. Walczyli. Umierali, ale ich reprezentant, rząd Polski w Londynie, nie chciał brać udziału w grupie decydującej o losach Polski. Czy można sobie wyobrazić bardziej kretyński rząd?? Skutkiem tego (być może) była wieloletnia zależność od ZSRR. Czy nie powinno się podawać ludziom prawdy całej i przyznać, że Stalinowi zawdzięczamy to, że Szczecin, Wrocław i cały Dolny Śląsk jest nasz? Minęły lata. Rozpadł się ZSRR. Upadła komuna, ale fobia została. Nikt nie może wyjaśnić sensownie czemu media i rządy prowadzą nadal tą antykomunistyczną (anty rosyjską) akcję nienawiści. To już nie jest tylko wrogość między rządami. Zaczyna się wrogość między narodami. Na-paść na rosyjskich kibiców piłki nożnej była tego początkiem. Policja wszystko wiedziała o przy-gotowaniach do napaści i nie przeszkodziła temu. Wnioskuje z tego, że bicie Rosjan znajduje przyzwolenie władz naczelnych. Jeszcze trochę, a będziemy bić turystów ruskich. A co będzie jak Pola-cy spotkają się z ruskimi poza granicami kraju ? Ruskich jest więcej i są bogatsi. Jaki będzie krzyk kiedy Polacy będą się bali wychylić poza granice Unii? Do czego nasz rząd prowadzi? Obecnie rządząca prawica niezbyt różni się od prawicy przedwojennej np. o morderstwie w Katyniu trąbią od lat wszystkie publikatory, a o morderstwach dokonywanych przez Ukraińców ledwie wspomni się przy jakichś okazjach. Nie zauważa się różnicy pomiędzy strzałem w tył głowy (Bolszewicy), a przerzynanie piłą na żywca czy zabijaniem dzieci poprzez rozbijanie ich głów o ścianę (Ukraińcy). Nie liczy się tu ofiar, ale ich jakość. W Katyniu zginął kwiat arystokracji, a na Ukrainie ginął lud, pospólstwo, hołota. Juszczenko, którego w dużej mierze wysiłkiem Polaków osadzono na tronie ukraińskim ogłosił S. Banderę (Bandurę) bohaterem narodowym. Nasz prezydent Kaczyński był na uroczystości odsłonienia pomnika tego szefa morderców. Nie mogę pojąc jak Juszczence udało się wrobić polskiego prezydenta w taką uroczystość. Nie rozumiem też jak Kaczyński dał się w to wrobić? Jaki był stosunek prezydenta Kaczyńskiego do ofiar Bandery? Oto jest polityka. Polityka Kaczyńskich. Bandera podobno był Polakiem z krwi i kości. Nazywał się Stefan Bandura. Podobno broniąc się przed zamordowaniem przez Ukraińców przysięgał, że kocha Ukrainę, że czuje się Ukraińcem, że jest ukraińskim nacjonalistą. Żeby to udowodnić zamordował swoich rodziców (Polaków) i swoje rodzeństwo. Później swoim bestialstwem tak zadziwił nacjonalistów ukraińskich, że uznali go swoim wodzem. Podobno po wojnie we Wrocławiu pracował jako szewc. Kiedy w pracy odwiedził go kuzyn to się przestraszył i zniknął. Podobno popełnił samobójstwo. Nic nie mówi się o bestialstwie Ukraińców przy likwidacji powstania warszawskiego. Wybaczyliśmy Ukraińcom, ale Ruskim – NIE. Polskiego turystę zapytano w Kanadzie jaka teraz jest moda w Polsce? Odpowiedz: „Noszenie Ukraińców na rękach”. Z Niemcami jeszcze łatwiej poszło. Zaledwie kilka lat po wojnie. Ledwie obeschły łzy mat-kom po zamordowanych przez hitlerowców dzieciach, a już im wybaczyliśmy. Mało tego. To my ich poprosiliśmy o wybaczenie nam. Nie wiem tylko co mieli nam wybaczyć? Chyba to, że sami nie zgłaszaliśmy się do komór gazowych (list biskupów polskich: „Przebaczamy i prosimy o prze-baczenie”). Biskupom polskim nie powinniśmy się zbytnio dziwić. Kościół w sprawach zasadniczych zawsze był antypolski. Biskupi postąpili zgodnie z tradycją kościoła. Papież błogosławił hordy hitlerowskie napadające na Polskę. Po wojnie kościół dawał schronienie mordercom nazistowskim. Krzyżacy byli zakonem kościelnym. Juliusz Słowacki pisał: „Polsko! Twoja zguba w Rzymie” lub coś w trym rodzaju. W tej sytuacji chrześcijanin Niemcom wybacza wszystko i prosi o wybaczenie. Ruskim nawet miłosierdzie, spowiedź, ani żal za grzechy nie pomoże. Prezydent Rosji Jelcyn na klęczkach, płacząc przepraszał Polaków za zbrodnie sowieckie - i nic. Ruskim nie wybaczymy nigdy!!. Niemcy odwieczne mordowanie Słowian, zagarniali słowiańskie ziemie, oślepili Juranda. Nic to. Odpuszczamy bestialskie morderstwa Ukraińcom. O tłumieniu powstania warszawskiego przez Ukraińców i bestialskie traktowanie powstańców nawet nie mówimy, choć tu nawet SS-mani musieli ich hamować. Tu morda w kubeł. - Wstyd mi, że jest związek rodzin katyńskich, a nie ma związku rodzin ofiar ukraińskich. Nie ma związku rodzin Powstańców Warszawy. - Wstyd mi, że na groby jaśnie panów jeżdżą delegacje rządowe na najwyższym szczeblu, a groby ofiar Banderowców porastają trawą w zapomnieniu. - Wstyd mi, że w Polsce nie ma równości nawet dla nieboszczyków. - Wstyd mi, że nasz polski rząd swoją fobię realizuje na cmentarzach. - Kochamy Ukraińców po to żeby skierować ich przeciw Ruskim. - Wstyd mi z tego powodu. - Wstyd mi, że nasz rząd do swojego haniebnego celu idzie po trupach. - Wstyd mi, że potomków ukraińskich morderców faworyzujemy, a Białorusinów lud spokojny i życzliwy nam, prześladujemy i tępimy. W czasie wojny mieszkałem na Białorusi, więc wiem coś o tym. - Wstyd mi z tego powodu, że najwyższe władze łamią najwyższe prawo. Łamią konstytucję odnośnie: a) równości podmiotów gospodarczych b) finansowania kościoła c) uczestniczenia Prezydenta RP L. Kaczyńskiego w odsłonięciu pomnika mordercy Polaków - S. Bandery Panowie prominenci! Władzo nasza! Gdzie wasze poczucie sprawiedliwości. Uczciwości. Gdzie wasz rozum, gdzie wasz wstyd. Na zachodzie graniczymy z potomkami morderców niemieckich, a na wschodzie instalujecie nam potomków morderców ukraińskich. Otaczacie nas krajami, które zasłynęły w mordowaniu Polaków. Macie w dodatku czelność wmawiać nam, że to dla naszego bezpieczeństwa. Jesteście na świeczniku. Wszyscy was widzą. Pełnicie najwyższe stanowiska w kraju. Lu-dzie zazdroszczą wam i biorą z was przykład, a kim wy jesteście? Jak więc mamy nazwać was realizatorów takiej polityki? Czy jest w przyrodzie zwierze do którego moglibyśmy was porównać nie obrażając tego zwierzęcia? Czy ktoś skrytykował ministra spraw zagranicznych Sikorskiego? Nic mi o tym nie wiadomo. Tak jest kiedy siły wrogie Polsce (okupant) są właścicielami publikato-rów i stosują socjotechnikę. Obecnie nasza polityka koncentruje się na pomniejszaniu wpływów i znaczenia Rosji. Tra-cimy wielkie pieniądze, prestiż i szacunek w świecie, po to żeby oderwać Ukrainę od Rosji. Nie oderwaliśmy. Łapówka przepadła i pieniądze dla służby zdrowia stracone. Chcemy uczynić ją nie-podległą w nadziei, że kiedyś wciągniemy ją do Unii. Dobrze by było, żeby Ukraina weszła do Unii. Byłaby pod kontrolą. To może się stać za dziesiątki albo i za setki lat. Przez ten czas na wschodzie utworzymy sami sobie wrogie państwo. Państwo, które ma na rękach krew polskich dzieci, które wrogość do Polaków ma w genach. Ukraińcy to najbardziej bandycki naród spośród naszych sąsiadów. Zwróćmy uwagę, że tam nie tylko formacje państwowe. Nie tylko formacje i organizacje partyzanckie, ale prości ludzie ukraińscy mordowali Polaków. Tam wioska ukraińska napadała na wioskę polską i mordowała bestialsko wszystkich od niemowlęcia do staruszka. Lud ukraiński traktował Polaków, tak jak lud polski traktował Żydów w Jedwabnym. Lud polski długo nie pokocha Żydów. Lud ukraiński długo nie pokocha Polaków. Nawet obecnie kiedy się tak podli-zujemy Ukraińcom, oni nam sympatii nie okazują wcale. Juszczenko osadzony na tronie przy na-szej pomocy (Kwaśniewski i inni) z „wdzięczności” wstrzymał import towarów z Polski. Wma-wianie nam, że wolna Ukraina służy bezpieczeństwu Polski jest szczytem bezczelności. Rząd pol-ski powinien działać w kierunku bezpieczeństwa narodu. Powinien być obrońcą narodu, a on działa odwrotnie. Czy to czasami nie jest rząd zdrady narodowej ?. PO, a jeszcze bardziej PIS silnie wspierają niepodległość Ukrainy, a więc nie są to partie patriotyczne. Sikorski przedstawiciel obu tych partii (należał też do PIS) dokłada wielu starań aby z Rosji uczynić naszego wroga. Z pozosta-łymi sąsiadami (poza Niemcami) też mamy stosunki zadrażnione. Oto polityka Sikorskiego i pra-wicy, ale o tym cicho sza. Morda w kubeł. Czy polskojęzyczne, ale wrogie Polsce publikatory do-puszczą do głosu kogoś, kto ośmielił by się skrytykować politykę Sikorskiego i prawicy? Należało-by przeprowadzić śledztwo dla ustalenia, kto wylansował Sikorskiego na czołową postać w polity-ce polskiej. Mieliśmy kretyński rząd emigracyjny. Teraz sami wybraliśmy podobny, przynajmniej w polityce zagranicznej. W polityce wewnętrznej największymi współczesnymi szkodnikami Polski jest Balcerowicz i PIS. Powinienem chyba dopisać tu Wałęsę, ale to czas przeszły. Dla nich przygotowuje się place pod pomniki. Podobno w Warszawie jest już park imienia Rydza Śmigłego. Przecie to on był przed wojną wodzem naczelnym wojska polskiego Nie przygotował Polski do wojny, a kiedy wojsko polskie ponosiło klęski w walce z agresorem, on opuścił to wojsko i zwiał za granicę. To zachowa-nie podlega sądowi wojennemu i karze śmierci za dezercję. Tacy to są współcześni bohaterowie prawicowej Polski. Innych za wątpliwe przestępstwa włóczy się po sądach przez 17 lat aż do ska-zania. To wróg Polski. To okupant wznieca, pobudza i propaguje najgorsze instynkty w ludziach takie jak mściwość, nienawiść, upór i nietolerancja. To okupantowi - wrogowi Polski zależy na wojnie polsko – polskiej. To okupant kieruję polityką tak, że mamy coraz gorsze stosunki z sąsia-dami, a nawet sami budujemy sobie wrogiego sąsiada – Ukrainę. Jak przed wojną przyjaciół szu-kamy za górami, za lasami, za morzami i oceanami. Przed nimi padamy na pysk. Małpujemy ich i szmatławe tamtejsze wzorce i przenosimy na grunt Polski. Od kilku lat np. przenosimy do Polski amerykański system szkolnictwa. System najgorszy z możliwych. To oni powinni uczyć się od nas i przejąć nasz system oświaty taki jaki był przed reformą szkolnictwa. Oto władza okupanta i siła socjotechniki. Tylko wredny okupant może tak szkodzić Polsce. Powstaje tu zasadnicze pytanie: Któż to jest ten okupant? - o tym pisał będę w części drugiej. Teraz wróćmy do liczenia pieniędzy. Podliczmy koszty antyrosyjskiej fobii: 1. uniemożliwienie Rosji budowy rurociągu poprzez Polskę 2. budowa portu gazu skroplonego 3. zakup litewskiej rafinerii w Możejkach 4. zbrojenie 5. blokada na towary i kapitał rosyjski (z wyjątkiem ropy i gazu) 6. wspomaganie polityczne i gospodarcze Ukrainy Policzmy to i niech władze przestaną pieprzyć, że nie mamy pieniędzy na służbę zdrowia, przedszkola, żłobki, emerytury, opiekę. Niech władze przestaną oszukiwać naród. To nie są wszystkie zbędne wydatki."
komentarze: 0
Kapitalizm_m%c3%b3j_prywatny
  • Ocena: 0.0 na 5
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
" Marta i przemyt. A było tak. W sprawie służbowej przyszła do mnie uczennica szkoły średniej - Marta. Przy okazji zapytałem jak w szkole. Coś tam odpowiedziała, a ja zacząłem się popisywać swoją wiedzą. Rozmowa zaczęła mi się podobać, bo Marta zadawała sensowne pytania, a nawet wypowiadała się w sposób zaskakująco logiczny. Uznałem ją za prawie równego partnera i cieszyłem się, że mam okazję przetrenować swój mózg. Trochę się zagadaliśmy. Wychodząc powiedziała, że fajnie jej się ze mną rozmawiało i zapytała czy może kiedyś przyjść na pogaduszki. Odpowiedziałem, że oczywiście, że powitam ją z radością. Mieszkam sam i goście są dla mnie miłym urozmaiceniem. Po kilku dniach przyszła. Poprosiłem żeby usiadła, a sam zająłem się przygotowaniem jakiegoś poczęstunku. Ona jednak stała w drzwiach oparta o futrynę i robiła wraże-nie jakby ją coś nurtowało, jakby jakaś myśl pęczniała w niej. W końcu zapytałem czy chce mi coś powiedzieć? Ona od razu, bez wstępów powiedziała, że się we mnie zakochała. Osłupiałem. Nie uwodziłem jej, nie mówiłem nawet komplementów. Mając prawie 50 lat nie wyobrażałem sobie randki z taką smarkulą. Byłem zaskoczony i z lekka przestraszony. W nadziei, że ją przestraszę, zapytałem, czy wie, że konsekwencją tego jest seks? Odpowiedziała, że wie. Czytała o tym i że wzięła to pod uwagę. Miałem poważny problem. Dla niej była to pierwsza miłość. Dla takich młodych dziewczyn miłość to śmiertelnie poważna sprawa. Często się słyszy o samobójstwach z powodu nieszczęśliwej miłości. Kocha mnie. Nie mogę dać jej kosza. Pojechaliśmy, więc po jej rzeczy i zamieszkaliśmy razem. Była dziewicą Cnotę straciła w sposób mało romantyczny, ale z zachowaniem prawideł poprawności. Jej miłość była przekonywująca i wyglądała na ostateczną. Sprawa poważna. Była to zdolna uczennica. Kolorowe świadectwa, wygrywane konkursy szkolne, miejscowe i krajowe. Jedynaczka. Grzeczna córeczka swojej mamusi i pobożna parafianka. Cóż ja, facet po czterdziestce żyjący z renty, mogłem jej dać. To czyste szaleństwo. Po przemyśleniach postanowiłem urządzić ją przy-najmniej materialnie, a od ślubu może mi się uda wyłgać. Wziąłem się, więc za interesy. Komuna, u schyłku swego istnienia, kurtynę żelazną zastąpiła kurtyną z siatki. Rząd polski uzgodnił z rządem Austrii, że Polacy na zaproszenie Austriaków będą wpuszczani do tego kraju bez wiz.Wystarczyło zaproszenie obywatela Austrii. Sytuacja była sprzyjająca. Syn mój od kilku lat mieszkał w Wiedniu i miał tamtejsze obywatelstwo. Pomyślałem, że to trzeba wykorzystać. Będę odwiedzał syna i jednocześnie robił interesy. Sprzedając to, co można było sprzedać, zwłaszcza biżuterię, swoją i Marty. Z trudem zebraliśmy 500 dolarów. Było to naprawdę trudne, ponieważ w owym czasie za sprzedaż obrączki można było dostać się za kratki. Z tymi pieniędzmi i obmyślanym szczegółowo planem biznesowym udałem się do Wiednia. Liczyłem na to, że syn mi pomoże, ale on zamiast mi pomóc to pożyczył ode mnie 200 dol. i nie chciał oddać. Zostało mi, więc 300 dol. I z tym pieniędzmi pomniejszonymi o koszty podróży wróciłem do kraju. Klęska! Straciłem połowę kapitału wyjściowego. Były to pieniądze również mojej dziewczyny. Poza tym nie mogłem się skompromitować w jej oczach. Teraz już musiałem zająć się interesami, choćby po to, żeby się zrehabilitować w oczach dziewczyny. Ryzykuję. Za całą tą kwotę kupiłem papierosy, schowałem w samochodzie i ruszyłem do Wiednia. Stojąc w kolejce do odprawy celnej widziałem jak celnicy rozcinają podgłówek w samochodzie, potrząsają bakiem z benzyną, zrywają tapicerkę. Spuścili powietrze z koła zapasowego i zaglądali pod spód. Strach mnie obleciał, ale myślałem, że o tym samochodzie musieli mieć jakieś informacje. Zaniepokoił mnie też widok wleczonego za kołnierz i spodnie mężczyznę i wrzucenie go do austriackiej suki. Następne dwa samochody puścili prawie bez kontroli. Mnie kazali zjechać na peron bocz-ny z kanałem. Zrozumiałem, że kontrola będzie totalna, a ja mam w schowkach syreny dwie walizy papierosów. Byłem chyba niezbyt przytomny ze strachu, bo nie pamiętam szczegółów kontroli. Pamiętam tylko, że jeden z przyrządami wszedł pod spód, a drugi w środku wszędzie zaglądał i zrywał tapicerkę. Wylazł z samochodu zostawiając rumowisko. Ogląda koło zapasowe, potrząsa kanistrem z benzyną, ogląda wlew benzyny. Wszystkiego nie pamiętam. Nieprzytomny ze strachu już widziałem się wleczonego za szmaty-i wrzucanego do więziennej suki. Pieczątka na papiery i wciska mi je do ręki. Wrzucam bagaże do samo-chodu i odjeżdżam. Jestem szczęśliwy, ale nie okazuję tego. Nie znaleźli w samochodzie ukrytych dwóch walizek papierosów. Satysfakcja. Duma. Nie znają konstrukcji samochodu „Syrena” i to połowa sukcesu. Pogłaskałem Syrenkę. Jestem jednak roztrzęsiony i nie całkiem przytomny. Jadę, więc wolno, żeby nie spowodować wypadku. Budynek celny znika mi z oczu, więc mogę już zatrzymać się i uspokoić. Na poboczu stoi już kilka samochodów. Pasażerowie montują tapicerkę w samochodach, porządkują bagaże. Zatrzymuję się i siadam w trawie. Zapalam papierosa, myślę o roślinach. Mały spacer, jadę. Droga szeroka, równiutka, wrzucam czwórkę (najwyższy bieg) i gaz do dechy. Czysta praca silnika, równa jazda samochodu, na liczniku setka i tylko wiatr gwiżdże za szybami. Obudził się we mnie duch sportowy i poczułem się jak na wyścigach. Po-prawiłem się na siedzeniu pochyliłem nad kierownicą i gaz. Co za frajda. Po niedługim czasie coś śmignęło koło mnie, za chwilę znowu wyprzedził mnie samochód. Czyżby mój się zepsuł, zwolnił? Patrzę na licznik 115, czyli u mnie wszystko w porządku tylko ducha sportowego trzeba się pozbyć. To wcale nie był koniec przygód przemytnika. W Wiedniu nawrzucałem do samochodu pustych kartonów, zanurkowałem pod nie i tak ukryty zacząłem wyjmować papierosy ze schowków i pakować do torby. Kiedy już sporą część towaru przeładowałem, usłyszałem energiczne bębnienie w dach samochodu. Przez szybę ujrzałem dwie błyszczące sprzączki na pasach skórzanych. A więc policja. Zatkało mnie. To już koniec. Wyłażę. Dwóch umundurowanych facetów coś do mnie gada, coś pokazuje rękami. Nic nie rozumiem. Nie znam języka i nie całkiem jestem przy-tomny ze strachu. Próbują pchać samochód, ja im pomagam. Jeden z nich otwiera samochód i włazi. To już po mnie - myślę. Mundurowiec spuszcza hamulec, biegi przerzuca na luz, drugi popycha auto. Ja mu poma-gam. Tak przesunęliśmy go o jakieś 10 m. Mundurowiec w syrence zaciągnął hamulec, wrzucił bieg, wy-siadł i poszli sobie. W końcu dotarło do mnie, że zaparkowałem na wjeździe do sklepu, a ci mundurowcy z błyszczącymi sprzączkami to konwojenci. Przemytem zajmowałem się dalej, bo dawał spore dochody i pozwolił wyjść z dołka. (...)"
komentarze: 0
Jagna_i_impotenci
  • Ocena: 0.0 na 5
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
"Część pierwsza. Podrywam młodą dziewczynę i modlę się „Boże ! Odebrałeś możliwości to odbierz i chęci „ Ambitna, dość atrakcyjna, 19 - letnia zbuntowana dziewczyna z Rydzkowskiej wsi postanowiła się uczyć i robić karierę w wielkim mieście. Chciała mieć dyplom wyższej uczelni i być kimś. Znalazła w prasie ogłoszenie, że starsza pani we Wrocławiu wynajmie pokój za dość przystępną cenę. Przyjechała więc. Nie znała miejskich realiów, a zwłaszcza wszechobecnych liczników (prąd, gaz, woda). Już po dwóch tygodniach starsza sympatyczna pani wywaliła ją z domu. Poprzez moje ogłoszenie o wynajęciu pokoju w zamian za prowadzenie domu trafiła do mnie. Zrobiła na mnie bardzo dobre wrażenie. W prawdzie wygląd niezbyt pasował do moich upodobań. Mnie się najbardziej podobają dziewczyny średniego wzrostu, okrągłych i miękkich kształtów. Jagna jest wysoka, szczupła o klasycznych kształtach, ale przecież nie szukałem dla siebie partnerki, raczej gosposi. Jagna robiła wrażenie miłej, rozsądnej dziewczyny. Jej postawa, sposób poruszania się i mówienia były poprawne a nawet eleganckie. W swoich notatkach w odróżnieniu od innych ofert nazwałem ją Elegantka. Była w mini spódniczce i w rozmowie ze mną skrzętnie zakrywała kolana torebką. Z wypowiedzi jej wynikało, że bardzo potrzebuje mieszkania. Nie zniechęcił ja zakres obowiązków. Nawet ewentualność ręcznego robienia makaronu nie przestraszyła jej. Niepokoiły mnie jej wyjątkowo zgrabne uda i ładny brzuszek. Te solaria czynią ciało dziewcząt bardzo apetycznym. Bałem się, że nie wytrzymam i zacznę się podwalać a wtedy może dojść do spięcia. Pochodzenie z terenu pobożnego i purytańskiego i te zakrywane kolana nie wróżyły dobrze. Odłożyłem, więc ostateczną decyzję na później. Modliłem się, aby bóg odbierając mi możliwości odebrał też chęci. Uczono mnie, że trzeba mieć ufność w bogu. Po kilku dniach zadzwoniła, że już musi się wyprowadzić, a nie ma dokąd. W tej sytuacji zgodziłem się. Jej miłe zachowanie i uprzejmość wobec mnie wynikają z przymusowej sytuacji i być może dobrego wychowania, a nie z sympatii do mnie czy też innych podobnych przyczyn. Muszę panować nad swoimi ciągotami i jej pokusami. W umówionym czasie domofonem powiadomiła, że już jest. Otworzyłem bramę i czekam. Czekanie przedłuża się, więc uchyliłem drzwi mieszkania i słyszę rumor w windzie. Zaglądam i widzę górną część Jagny. Jej dolna część pozostała jeszcze piętro niżej. Jej górna część jest dość atrakcyjna, ale z ponętnych ud zrezygnować nie mam zamiaru. Jestem wdzięczny windzie za to, że nie chce wypuścić połowy dziewczyny. Muszę mieć całość tak, jak było umówione. Po negocjacjach z dziewczyną i presji na windę ta ostatecznie przekazała mi całość dziewczyny, choć dwa piętra wyżej. Obyło się, więc bez interwencji osób postronnych (konserwatorów). Okazało się, że jak przystoi na inteligentną dziewczynę, najpierw zapoznała się z urządzeniami w windzie. Widoczne na tablicy numerki uznała jako oznaczenia pięter. Wyżej zauważyła przycisk STOP. Postępując logicznie, kiedy przez szybę windy zobaczyła numer właściwego piętra nacisnęła przycisk STOP. Winda wykonała polecenie natychmiast i zatrzymała się, ale między piętrami. Naciskanie różnych przycisków nie dało efektu. Winda była niewzruszona. Pozostał, więc wybór płakać czy dokopać windzie. Wybrała kopanie, co dało się usłyszeć przez uchylone drzwi mieszkania i wzbudziło moje zainteresowanie, oraz skuteczną interwencję. Odzyskałem dziewczynę w całości, zdrową, śliczną tylko nieco wkurwioną. Powiedziała, że w tej wstrętnej windzie więcej noga jej nie postanie. Zastanawiałem się czy nie powinienem starym zwyczajem przenieść dziewczynę przez próg, ale rzut oka na jej posturę wystarczył żeby zrezygnować z pomysłu. Nie miałem szans. Jak to miło, kiedy do mieszkania sprowadza się kobieta? Przyjemność ta dorównuje przyjemności tej, jakiej doznaje mężczyzna, kiedy kobieta wyprowadza się z domu. Zdobyciu kobiety towarzyszą więc dwie przyjemności. Kiedyś współczułem tym, którzy nie znali tej drugiej przyjemności. Teraz nie jestem tego pewien. W tym momencie mam przyjemność tą pierwszą. To wycieranie półeczek, układanie majteczek rozwieszanie innych ciuszków tworzy podniecającą atmosferę pełną tajemniczości. Co to będzie? Mój bóg nie wysłuchał mojej modlitwy. Odbierając możliwości, chęci zostawił. Chęci mam duże, ale możliwości? Mam przecież 76 lat. Wszyscy mówią „nie pchaj się na afisz, jeśli nie potrafisz”. I po co mi to? Ona ma dopiero 19 lat. Różnica wieku wynosi więc 57 lat. Co na to powiedzą ludzie? Ja chyba ocipiałem. Trudno mi będzie powstrzymać się od uwodzenia jej. Jeśli mi się uda, może być katastrofa, a jeśli się nie uda, będzie mi przykro i może jej osoba zacznie działać mi na nerwy. Jak wtedy mieszkać w jednym mieszkaniu? STOP. Dziewczyna już jest, a więc za późno na zastanawianie się. Teraz trzeba być optymistą. Będę się bardzo hamował w tym uwodzeniu, ale jaka siła może powstrzymać mnie przed gadulstwem i popisywaniem się? Staruchy to straszne gaduły. Zwłaszcza, jeśli dopadną kogoś, kto chce ich słuchać. Jeśli tą dopadniętą osobą jest atrakcyjna dziewczyna to ją uwodzą, czasami nawet nie wiedząc o tym. Jest to instynktowne. Odzywa się tu zew natury. Przy kolacji, kawce i lampce wina przedstawiłem się, to znaczy powiedziałem o swoim charakterze, nawykach i odrobinę życiorysu. Na wszelki wypadek powiedziałem jej, że starsi panowie bardzo lubią młode dziewczyny i uwodzą je nie wiedząc nawet o tym. Taki starszy pan częstując dziewczynę cukierkami podświadomie uwodzi ją. Powiedziałem, że taka forma uwodzenia i kokieterii jest miłą formą stosunków wzajemnych. Powiedziałem również, że uwodzenie jest bardzo miłe, a czasami przyjemniejsze nawet od uwiedzenia. Na koniec zapytałem czy nie będzie jej przeszkadzać, jeśli będzie miała wrażenie, że ją uwodzę. Odpowiedziała, że nie. Ucieszyło mnie to, no, i zachęciło do dalszych działań. Jaka to przyjemność uwodzić dziewczynę? Teraz wobec Jagny wykorzystuję umiejętność podrywania i tokuję jak głuszec na tokowisku. Fajnie, że to robi wrażenie. Że to w jakiś sposób trafia. Dziewczyna jest wrażliwa i chłonna. Nie jest nieprzemakalna. Nie musi mówić, ale pewne imponderabilia świadczą, że jesteśmy coraz bliżsi. To się nazywa czasami językiem ciała. Wychodzimy z układu wynajmujący, wynajmująca a wchodzimy na płaszczyznę kobieta – mężczyzna. Zbliżamy się do siebie psychicznie. Dziewczyna coraz bardziej otwiera się. Mówi o sprawach osobistych, a nawet o randkach. To jest wspaniałe. Prawie nie ma już przede mną tajemnic. Powiedziałem, że gdyby uznała, że przekraczam dopuszczalną granicę to nie musi strzelać do mnie z armaty, ale wystarczy z korkowca. Dodałem jeszcze, że starsi panowie lubią młode dziewczyny. Są dla nich tolerancyjni i łatwo im ulegają. Wewnętrznie byłem bardzo zadowolony. Uwodziłem jak za dawnych dobrych czasów no i mój bajer jest dalej skuteczny. I tak oto w zupełnie tradycyjny sposób rozpocząłem stosowanie nowoczesnej (będącej na topie) dziedziny wiedzy zwanej socjotechniką, ostatnio wykorzystywaną intensywnie przez polityków do manipulacji ludźmi. Socjotechnika, zwana inaczej inżynierią społeczną. opuściła m. in. mury klasztorne, tajemnice masonerii i stała się drugą ( po genetyce ) potęgą zagrażającą ludzkości. Muszę więc parę słów powiedzieć o tej najmodniejszej nauce i dla przekory zacznę w sposób niezbyt modny. Za górami. Za lasami. Dawno, dawno temu, jeżeli ktoś potrafił ładnie i przekonywająco mówić to nazywano go krasomówcą. Były specjalne szkoły uczące mówić. Demostenes – jąkała, podobno nauczył się tej sztuki włażąc do beczki. Później sztukę dobrego mówienia nazywano operowaniem dobrymi tekstami. Jeszcze później mówiono, że ktoś ma dobry bajer. Obecnie temat rozszerzono, pogłębiono i włączono do nowej gałęzi wiedzy, jaką jest socjotechniką. Teraz nazywa się to też inżynierią społeczną, uczy skuteczności. Mówi, że najważniejsze jest osiągnięcie celu. Takie hasła jak prawda, uczciwość, moralność, sprawiedliwość, wolność itp. to hasła przestarzałe i oto na naszych oczach przechodzą one do „lamusa”. Wydaje się to nieprawdopodobne, a jednak… Ja jeszcze pamiętam trzy sztandarowe hasła tj. BÓG, HONOR, OJCZYZNA. To były bardzo silne hasła. Pragnieniem wielu było oddać życie w obronie tych haseł. Czy nie w imię tych haseł Polska stanęła do walki z Hitlerem? Poszła na śmierć. Gdzie te hasła są teraz ? Kto o nich pamięta? Tak może być z hasłami: prawda, wierność, uczciwość itp. Socjotechnika podobnie jak religie, odwołuje się do uczuć i stara się uśpić rozum. Tu nie kryje się hasła, że cel uświęca środki. Nie są ważne metody. Ważna jest skuteczność. Socjotechnika wykorzystuje najnowsze zdobycze wiedzy takie m.in. jak: sugestia, podświadomość, bodźce podprogowe, hipnoza, bioenergia, telekineza i znane, ale zaniedbywane środki, takie jak krasomówstwo czy ciągłe powtarzanie tych samych informacji czy haseł. Opracowane już są szczegółowe dyrektywy, odpowiednie do poszczególnych dziedzin życia. Uniwersalne zasady socjotechniki opracował prof. Robert Cialdiani w dziele pt. ”Wywieranie wpływu na ludzi”. Socjotechnika to całkiem nowa nauka i wchłania coraz więcej tematów potrzebnych do kierowania jednostkami, grupami i całymi społeczeństwami. Mówi się o niej mało a wszyscy się jej uczą. Wraz z poznawaniem tajemnic socjotechniki jej wpływ na ludzi i ludzkość rośnie. Myślę, że tu wytycza się kierunki marszu narodów. W średniowieczu tajemnice socjotechniki znane były tylko wtajemniczonym kapłanom i to oni wymyślili i przyjęli za cel działalności uszczęśliwianie innych. Od średniowiecza trwa zapoczątkowany przez religię marsz narodów w kierunku uszczęśliwiania innych ludów. Wojny np. wyprawy krzyżowe były pod hasłem NIESIEMY WAM WOLNOŚĆ, SPRAWIEDLIWOŚĆ I SZCZĘŚCIE. Za tym szło następne hasło MACIE BYĆ SZCZĘŚLIWI W SPOSÓB PRZEZ NAS WSKAZANY ALBO UMRZECIE. Ginęli, więc ludzie i całe narody np. Prusowie, Katarowie (we Francji). Ten holokaust stosowany przez katolickich kapłanów był o wiele większy od holokaustu stosowanego przez Hitlera. Później świat miał być uszczęśliwiony przez Bolszewików i tu np. Wietnam, Kambodża, Korea. Teraz krew się leje pod hasłami typu: NIESIEMY WAM PRAWA CZŁOWIEKA. I tu mamy np. Jugosławię, Iran, Irak. Bardzo nas nęci zaszczepienie naszego szczęścia Rosjanom, Białorusinom, Chińczykom czy Arabom. Nie możemy tego znieść, że oni żyjąc na swój sposób są szczęśliwi. Niestety mają bombę atomową. To ich broni przed naszym szczęściem w postaci np. praw człowieka, praw dziecka, praw psów, itp. Kiedy przestaniemy się wtrącać w wewnętrzne sprawy innych państw i narodów? Kiedy Polska przestanie uzurpować sobie prawo naczelnego misjonarza? Kiedy wreszcie przestaniemy uszczęśliwiać innych zabijając ich? W Polsce, dopiero po obaleniu komuny socjotechnika wyszła z mroku wiedzy dla wybranych i wdarła się do politologii, socjologii oraz marketingu. Pierwsze władze Solidarnościowe pod wodzą Mazowieckiego to byli uczciwi naiwniacy. Dopiero następne ekipy solidarnościowe szeroko korzystały z socjotechniki bezpośrednio lub poprzez zatrudnianie specjalistów. Równocześnie ze złodziejskimi reformami zastosowano socjotechniczną nadbudowę (propagandę). Z języka polskiego usunięto dosadne określenia zastępując je eufemizmami. Słowo „kradzież” zastąpiono słowami przywłaszczenie, defraudacją, wyprowadzenie, działanie na szkodę. Słowo „bandyta” zastąpiono słowami, gangster, mafiozo. Słowo „oszustwo” zastąpiono łgarstwem, albo mijaniem się z prawdą, nieścisłością itp. Oszustwo odnoszące się do dóbr materialnych zastąpiono zdaniem „doprowadzenie do niekorzystnego rozporządzenia mieniem”. Nie uchodziło (i nie uchodzi) nazwać prominenta złodziejem, nawet gdy dostał wyrok za kradzież. Mówiło się ( i mówi) o takim, że został ukarany za wyprowadzenie pieniędzy z kasy państwowej albo o działaniu na szkodę przedsiębiorstwa. W najgorszym wypadku za defraudację. Nazwanie go złodziejem mogłoby naruszyć jego godność osobistą. Jakoś nie przypominam sobie, żeby ktoś dostał wyrok za kradzież lub bandytyzm. Owszem, Słyszałem o wyrokach za ciężkie uszkodzenie ciała prowadzące do śmierci. Nie ma kradzieży ani nie ma złodziei. Nie ma bandytów. Nie ma oszustów. Cóż za szczęśliwy okres w naszych dziejach. Widzę tu wiekopomną rolę ludzi pióra. To oni stworzyli odpowiedni język. To oni tworzyli i tworzą odpowiedni klimat. Mimo nie notowanej dotychczas w historii (poza wojnami) grabieży, kradzieży, oszustw i bandytyzmu za czasów rządów AWS i Balcerowicza, nie było protestów społecznych. Sprzedawano za bezcen i zamykano fabryki. Pracownicy pokornie szli na bruk i nie protestowali (poza górnikami). Oto jest siła socjotechniki. Oto stopień ogłupienia narodu. W socjotechnice narzędziami ogłupiania są publikatory (mas media), a głową oligarchowie. To oni (posiadacze dużej ilości pieniędzy) są właścicielami publikatorów i to oni stosując socjotechnikę poprzez publikatory manipulują, sterują i ogłupiają ludzi. W czasach dojrzałej młodości nie znałem pojęcia „socjotechnika” i nie wiedziałem, jaka siła za tym się kryje. Korzystałem z boskiego daru logicznego rozumowania i zdolności wypowiadania okrągłych zdań. Moja kariera zawodowa, którą z pewną przesadą można by nazwać błyskotliwą opierała się w dużym stopniu na socjotechnice. Choroba spowodowała, że była krótka. Zdolności swoje wykorzystywałem, więc do celów prywatnych. Ponieważ miałem bzika na punkcie ładnych dziewczyn, więc podrywałem je. Przy moim niezbyt ciekawym wyglądzie najtrudniejszy był pierwszy krok. Jeżeli udało mi się nakłonić dziewczynę na chwilę rozmowy np. w kawiarni to już w zasadzie była poderwana. Znaczy to tylko, że, jeżeli dziewczyna znalazła się w zasięgu rażenia moich tekstów, mojego bajeru, to już w zasadzie była moja. Słowo to potęga, a dziewczyny chłoną je jak gąbka wodę. To nie znaczy, że miałem bardzo dużo przygód erotycznych. Szybko wywnioskowałem, że aby mieć prawdziwą przyjemność w łóżku trzeba dziewczynę wychować, a to wymaga czasu i ciężkiej pracy. Krótkie przygody nie są zbyt atrakcyjne. Zdolność bajerowania wykorzystuję w dalszym ciągu, choć czasami zastanawiam się, po co? To chyba nałóg. Po namyśle przyznaję, że bardzo pomaga mi to w życiu. Pomaga mi we wszelkich kontaktach z innymi osobami np. w sklepie, w banku , w urzędzie itp.(...)"
komentarze: 0
Ma%c5%81piatka
  • Ocena: 0.0 na 5
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
" Trudno poderwać młodą, atrakcyjną dziewczynę, kiedy się ma 76 lat. Nie mogłem się przełamać, żeby korzystać z agencji towarzyskich. Kiedyś już umówiłem się z dziewczyną na seks płatny, ale w ostatniej chwili odwołałem spotkanie. W końcu udało się poderwać dziewczynę, jaką chciałem i to chyba tylko dlatego, że Mira była nieźle wstawiona. Tak zostałem jej sponsorem. Mira bez zapału spełniała moje żądania, ale wymagania finansowe miała wysokie i domagała się ich spełnienia dość natarczywie. Poza tym lubiła wypić. Jej głównym zainteresowaniem były stroje, które kupowała bez opamiętania w najdroższych sklepach. Uważam i zawsze uważałem, że najprzyjemniejszym sposobem wydawania pieniędzy jest wydawanie ich na dziewczyny. Troszczyłem się o to, żeby moja oblubienica ładnie wyglądała i była atrakcyjna. Mira wymagała ode mnie tylko pieniędzy. Przyznaję, że w ubieraniu ma dobry gust, ale wszystkiego innego co charakteryzuje elegancję brak. Wszelkie uwagi dotyczące elegancji, zachowania, postępowania itp. przyjmowała bez sprzeciwu, a nawet obiecywała ich respektowanie, ale zapominała o nich już w chwili wysłuchania. Tego rodzaju rozmowy z nią nie mały sensu. To jest prymitywna, zdemoralizowana dziewczyna z marginesu. Nie wiem jakim cudem uniknęła chorób „towarzyskich”. Czemu ja, człowiek przywykły do partnerek z wysokiej półki zainteresowałem się takim kimś? Można by rzec takim czymś? Chyba dlatego, że byłem wyposzczony, że działała mi na zmysły, że bałem się starości. Wiem, że jeżeli ktoś chce długo być młody i zdrowy to powinien uprawiać seks. („uprawiać”– co za nazwa? kojarzy się raczej z uprawą buraków). Tu wszyscy są zgodni, ale ani kroku dalej, bo mogłoby paść pytanie, z kim? Wszyscy rozumieją, że dziadek z babcią oczywiście. Krok dalej to pytanie, a co jeśli już nie mają na siebie ochoty? Albo jedno z nich odeszło już? Do odpowiedzi na to pytanie odważnych brak. Ośmielam się i proponuję, aby wraz z wręczeniem legitymacji emeryta wręczać całkowicie refundowany abonament do agencji towarzyskiej. Przyznaje– Utopia. Poza tym po co komuś młodzi emeryci. Chyba że kazano by im dłużej pracować. No więc jak rozwiązać ten problem? Natura daje możliwość rozwiązania tej sprawy inaczej. Kiedyś wpadła mi w ręce książeczka opisująca obyczaje całkowicie dzikiego plemienia. Z książeczki tej zapamiętałem, że młode dziewczyny traciły cnotę ze starszyzną rodu. Później przechodziły do coraz młodszych. Kiedy były już babciami to wprowadzały w życie „prawiczków”. To było powszechne i trwało długo, bo weszło ludziom w geny. Współczesne społeczeństwo ma jeszcze cechy wynikające z obyczajów tamtych czasów. Badania wykazały, że dziewczyna 15 – 5 18 letnia poszukuje czułości, pocałunków, pieszczot, miłości. Seks jest dla niej tego wynikiem. Tego samego oczekuje facet w wieku powyżej 50 lat. Dopiero dziewczyna 27 – 35 letnia szuka romansu, chwileczki zapomnienia, odprężenia. Szuka seksu. Miłość dla niej jest ewentualnie jego wynikiem. Ma takie same oczekiwania jak 17 – 25 letni chłopiec. Chłopcy w tym wieku są nabuzowani. Hormony w nich aż kipią. Czy nie pasują do kobiet powyżej 35 roku życia? Dla kobiet powyżej 35 lat seks to zdrowie, uroda i biznes. One w miłość już nie wierzą. Kościół i spadkobiercy od wieków pracują nad tym żeby zniszczyć naturalny porządek rzeczy. Teraz jest tak, że otoczenie bliższe i dalsze nie dopuści, aby dziadek lub babcia flirtowali z pokoleniem ich dzieci lub wnuków. Poza tym ludzie starsi (ZWŁASZCZA KOBIETY ) NIE WIERZĄ W SWOJE MOŻLIWOŚCI. Radzę więc im (a zwłaszcza kobietom) aby nie przeglądały się w lustrze, ale w oczach kochanków. Dla młodych ludzi jesteście piękne. Są na to współczesne dowody nawet kryminalne np.: 97 – letnia mieszkanka Trzcianki na Wielkopolsce została przed śmiercią zgwałcona. Prokuratura postawiła zarzuty dwóm mieszkańcom Trzcianki: 20 – letniemu Rafałowi D. i 28 – letniemu Krzysztofowi L. Rozejrzyjcie się, jaka piękna jest młodzież. Te szczawiki i szczypiorki to wasze witaminy. To wasze zdrowie. To wasza radość. To wasz obowiązek. Teraz wy powinniście przejąć po rodzicach odpowiedzialność za wychowanie tej młodzieży. Te małolaty lubią was. Słuchają was, ale trzeba ich najpierw rozkochać. Wy wiecie jak to zrobić. „Niech na starej piczy młodzież ćwiczy”. Nie pozwalają nam oficjalnie to róbmy to w konspiracji. Na przekór spadkobiercom będziemy młodzi, zdrowi i atrakcyjni. Może jeszcze sobie poszalejemy? Może przyszedł nasz najlepszy czas? Niektórzy mówią, że aby szumieć trzeba mieć za co i umieć. Emeryci pieniądze muszą mieć. Obyczaje w tym względzie utrzymują spadkobiercy. To im zależy na wykończeniu staruchów. Jeśli nie mogą otruć to przynajmniej spowodują depresję, upierdliwość i agresję. Niech się teście wykończą sami i to co mają zostawią nam. Praktycznie każdy rozwiązuje ten problem sam. Wmówiono emerytom, że powinni starzeć się z godnością. I tak w zasadzie jest. Tylko ja nie poddałem się cywilizacji i dalej siedzą we mnie prawa natury. Kiedy byłem młodym chłopcem to podobały mi się starsze panie zwłaszcza nauczycielki. W miarę upływu lat podobały mi się coraz młodsze dziewczyny. Po pięćdziesiątce zacząłem szaleć za małolatami i tak mi już pozostało. 6 Zajmowanie się dorastającą młodzieżą to nie tyko zabawa i przyjemności. To są też obowiązki. W momencie kiedy rodzic traci kontrolę nad dziecięciem, my powinniśmy przejąć władzę i kontynuować trud rodziców również finansowy. Emeryt jeśli nie wyda pieniędzy z młodą osobą na seks, to szybko dopadnie go demencja i tuzin różnych chorób. W efekcie jeszcze więcej wyda na leczenie i leki. Niech emeryci nie cierpią z powodu wyizolowania i nieprzydatności. Niech zajmą się swoim obowiązkiem wychowywania młodzieży. Kiedyś obowiązkiem dziadków było zajmowanie się wnukami. Czasy się zmieniają. Teraz obowiązkiem jest przejęcie odpowiedzialności za dorastające cudze dzieci(...)"
komentarze: 0
Towzryska_podr%c3%93%c5%bb
  • Ocena: 0.0 na 5
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
„ (..) Przypomniało mi się gdzieś przeczytane zdanie „ nieśmiali ją zdobywali, lecz ona woli brutali”. Pomyślałem, że jeżeli będę romantycznym kochankiem, to przegram. Będę więc planowo uprzejmy, elegancki, seksowny i ze swojej wysokości będę dla niej miły i szarmancki. Nieco alkoholu i wyprostowałem się, wypiąłem pierś (cherlawą), napiąłem muskuły (komara) i wzrokiem zdobywcy (bazyliszka) omiotłem salę. W tańcu zacząłem stosować podniecające sztuczki w stylu ruszania kolanem między udami. Alkohol rozgrzewał nam krew. Partnerka stopniowo się rozluźniała, traciła pozę damy, a stawała się coraz bardziej rozklejoną, ponętną dziewczyną. Nie czekając końca zabawy, wróciliśmy do domu, gdzie już od progu spadały z nas odzienia i bez mycia i ścielenia rzuciliśmy się na siebie jak wygłodniałe bestie. Obudziliśmy się nadzy i przykryci tylko kocem(...)"
komentarze: 0
Ja__pracxa_i_moje_dziewczyny
  • Ocena: 0.0 na 5
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
"I z tym chujem jak z maczugą gotów polować na zwierza lub wabić nim samicę. Czułem się jak wygłodniały samiec – jeleń w stadzie ogarniętych rują łań. Pożerałem wzrokiem, co dorodniejsze łanie, którymi miasto było wypełnione. Dziewczyny gorące. Jak się tu do nich zbliżyć żeby się nie sparzyć? O radę poprosiłem doświadczonego kolegę z pracy. Przekonany argumentem suto zastawionego stołu w eleganckiej kawiarni obiecał mnie nauczyć. Umówiliśmy się na najbliższy wolny dzień w godzinach przedpołudniowych. W lokalu kazał mi się rozejrzeć i wskazać dziewczynę która mi się najbardziej podoba. Kilka stolików dalej siedziała dziewczyna z założonymi nogami tak, że mogłem doskonale widzieć zgrabną nogę, ale i krągłe udo aż do majciąt. Bez wahania wskazałem na nią, nawet nie patrząc na resztę dziewczyn. Kolega z pewnym zdziwieniem popatrzył na mnie, ale powiedział żebym teraz patrzył i uczył się. Wziął serwetkę i napisał „pani ma ładną nogę” kelnerka zaniosła kartkę i wskazała nadawcę, który się lekko ukłonił. Dziewczyna coś szybko napisała i odesłała kartkę z napisem „drugą też”. Kolega odpisał „to może spotkamy się między pierwszą a drugą?” Kiwnięciem głowy dziewczyna wyraziła zgodę. Szybko potupałem do innej kawiarni, gdzie zastałem sytuację niemal identyczną. Tym razem zauważyłem również, że dziewczyna miała długie, ładne włosy. Piszę więc na kartce o nodze. Odpisuje, że druga też. Mnie bardziej pasowało spotkanie w godzinach późniejszych. Na kartce napisałem, więc „to może spotkamy się między trzecią a czwartą”. Dziewczyna nie kiwnęła głową na zgodę, ale napisała coś na kartce(...)"
komentarze: 0