SAGA

Saga
dodany 08 lut 2016, 11:48 przez eugeniusz
8,79 PLNdodaj do koszyka

Informacje o książce

  • Ocena: 0.0 na 5
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0

Kategoria

Biografie

O książce

" Znane mi początki rodziny Piątasów
Zrodzonych z Jana Piątasa i Józefy Karpińskiej

Matka ojca z domu Świngel (Niemka). Babcia miała na imię Katarzyna. Mniej wiarygodna jest moja wiedza na temat przodków „po kądzieli”. Podobno na podupadłym majątku ziemskim gospodarował szlachciura Karpiński. Miał on co najmniej dwóch synów, którzy odziedziczyli skromne ilości gruntu. Jeden z nich dobrze gospodarował i dodatkowo zajmował się flisactwem. W sumie uważany był za bogatego. Miał służbę i wykształcił dzieci (Inż. Adwokat). Drugi brat prowadził tryb życia tradycyjnie szlachecki (rozrywki zagraniczne) i całkiem zbankrutował. Dzieci jego nie dokończywszy edukacji poszły na służbę do innych dworów. Jeden syn tego niedouczonego Karpińskiego był ojcem mojej babci Marianny, a drugi ojcem Franciszka Karpińskiego –poety. Karpińscy ci mieszkali w Kijanach.
Ja narodziłem się 13, a właściwie 18-go czerwca 1932 roku gdzieś na Białorusi. W aktach mam napisane, że urodziłem się w Siemiechowie pow. Brześć nad Bugiem. W czasach moich rodziców dzieciak rodząc się, imię dla siebie przynosił z nieba. Ja narodziłem się w dniu Gerwazego i Protazego. Takie też imiona otrzymałem na chrzcie.
W roku 1932 Gerwazy i Protazy mieli swoje święto nie 13 –go, ale w dniu 18 go czerwca. A więc ja się narodziłem nie, 13 jak mam napisane w dowodzie, ale 18 go czerwca. Dzieciaki śmiały się z moich imion, a w domu nazywano mnie Gienkiem (a właściwie miękko Gieńkiem), więc zażyczyłem sobie żeby nazywano mnie Eugeniuszem. Tak mam też napisane w dowodzie, w przeciwieństwie do aktu chrztu. Jako chrzestnego wybrano mi organistę. Mieć organistę w rodzinie to nobilitowało. To prawie tak jak mieć księdza w rodzie. Wiadomo powszechnie, że kto ma księdza w rodzie tego bieda nie dobodzie. Poza tym wierzono, że cechy chrzestnego przechodzą na chrześniaka. Powinienem, więc mieć talent muzyczny. Miałem istotnie, ale nie po organiście, bo mój brat Stefan był w tym lepszy.
Mama moja jako panna szlacheckiego rodu Karpińskich wciąż miała wysokie aspiracje. W prawdzie szlachta to była zaściankowa i w końcu całkiem schłopiała, ale ambicje zostały. Ambicje te kierowały życiem mamy i miały wpływ na nasze życie. Życie jej dzieci. To skutkiem jej ambicji zdobyłem tytuł inżyniera i teraz w wieku 76 lat w zdrowiu (względnym) i dobrobycie (względnym) siedzę przy komputerze i am-bitnie (mozolnie) usiłuję stworzyć kawałek historii naszej rodziny.
W czasie wojny można było pozwolić sobie na luksus wybrania sobie samemu imion i daty narodzenia. Wykorzystałem sytuację, a więc już jako dzieciak podejmowałem ważne decyzje. Tak mi zostało. W życiu dorosłym, prywatnym i służbowym też podejmowałem ważne decyzje. Najczęściej jako szef. Nie wiem natomiast, dla-czego jako miejsce narodzenia wpisano mi Siemiechów. Nie wiem czy taka miejscowość w ogóle istnieje. Pamiętam nazwy wszystkich miejscowości gdzie mieszkaliśmy i żadna z nich nie nazywała się Siemiechów. Nie pamiętam nazwy tylko jednej miejscowości, ale tam byłem już duży i pomagałem paść krowę, którą z pastwiska do domu pędziliśmy chyba z bratem. Krowa szła przodem ścieżką między lasem a polną drogą. Po drugiej stronie drogi stały z rzadka dość ładne domy. My pędząc tą krowę puszczaliśmy po ścieżce kołek, który uderzał ją w pęciny. Krowa oglądając się wiała jak szalona. Myślała chyba, że ją wąż gryzie w pięty. Rozbawieni goniliśmy ją. Kiedy dogoniliśmy to znowu puszczaliśmy ten kołek i krowa znowu zrywała się do galopu.
Nasz dom nie stał po tej stronie drogi co inne domy, ale samotnie w głębi lasu. Dom był duży i pokryty grubą strzechą (słoma długa i prosta specjalnie wiązana w małe snopki – pęczki). Dach ten schodził nisko i zasłaniał górną część ściany. W no-cy często byliśmy budzeni nawoływaniem dochodzącym od drogi. Niewielki odcinek drogi przed naszym domu był wyjątkowo piaszczysty. Wozy przejeżdżających nocą kupców grzęzły w piachu i kupcy (przeważnie żydzi) ustalonym zawołaniem wołali ojca, żeby przyszedł z koniem i pomógł im wydostać się z tego piachu. Ojciec zadowolony był z tych nocnych wypraw. Podobno żydzi dobrze za to płacili. Opowiadał kiedyś, że żyd miał dużego i silnego konia. Koń ten mógł spokojnie, bez pomocy, przeciągnąć wóz przez ten piach, ale był narowisty. Kiedy uznał, że jest mu za ciężko to w ogóle przestawał ciągnąć. Okładany batem, skakał, wierzgał. Łamał i rwał uprząż. Kiedyś w takiej sytuacji Żyd wsadził mu pod ogon gorący, pieczony na ognisku kartofel. Koń poczuł gorące, więc przycisnął ogon i w ten sposób rozgniótł gorą-cy pieczony kartofel. Teraz dopiero zaczęło go piec. Koń wyrwał do przodu i galopem wyciągnął wóz z piachu. Żyd ledwie nadążył za nim biec. Podobno prze-stał być narowisty. Ostatni zapamiętany obraz z tamtego gospodarstwa to pierzyny, garnki, jakieś meble na kupie pod drzewami i dopalające się resztki domu. Mówiono, że mama piekła chleb i w piecu paliła gałęziami sosnowymi. Podobno smolna gałązka (żywica pali się intensywnym płomieniem) wciągnięta została przez komin, wy-rzucona na słomiany dach i zapaliła go. Kiedy mama zauważyła to już cały dach płonął i nie było możliwości ugaszenia ognia. Wyniosła, więc z domu tyle ile zdążyła.
Później mieszkaliśmy w Wieliczkowie powiat Brześć nad Bugiem. Była to posiadłość ziemska mająca 100 do 200 ha ziemi, czyli za duża jak na gospodarstwo chłopskie, a za mała jak na folwark. Gospodarstwo położone było malowniczo na skarpie, przy rzece Leśnej – dopływ Bugu. Był tam stary park, sad z wysokimi drze-wami. Były stare jabłonie, grusze, śliwy, wiśnie. Drzewa były wysokie i trudno było na nie wleźć. Po drugiej stronie ogrodu był drugi sad z drzewami wysokości około 3 m. Drzewa te choć małe to jednak miały dużo owoców. Gałęzie ich pod ciężarem owoców uginały się aż do ziemi. Sad ten był pilnie strzeżony w dzień i w nocy przez stróża ze złymi psami. Rzadko tam chodziliśmy na jabłka. Zresztą nie były smaczne. Smaczniejsze były w starym, mniej pilnowanym sadzie. Gospodarstwo należało do kapitana, którego chyba nigdy nie widziałem. Kiedyś on albo jego ojciec mieszkał tam w dworku. Dworek ten spłonął i zostały po nim zgliszcza, które służyły nam do zabawy w chowanego. Ojciec był w tym gospodarstwie zarządcą, a jednocześnie pracował razem z zatrudnionymi ludzi (dworusami, fornalami). Mieliśmy swoje krowy, świnie, gęsi, kury itp. Zwierzęta te zakwaterowane były i pasły się razem z innymi. Mama zajmowała się domem i ogrodem. Do pracy w pole nie wychodziła.
Pamiętam, że dom był parterowy kryty blachą. Był to zdaje się typowy czworak folwarczny. Składał się z czterech niezależnych mieszkań. To były duże pomieszczenia z piecami z cegły, płytą kuchenną z cegieł opalaną drewnem. Okna miały pojedyncze szyby, na których mróz malował ładne obrazki. mieszkania te (izby) oddzielone były dużą sienią, z której można było wejść do dwóch oddzielnych izb i dwóch oddzielnych komórek-spiżarni. Ze spiżarni tych drabinką można było wleźć na strych. Każdy mieszkaniec strych nad swoim mieszkaniem wykorzystywał w sposób dowolny. My nad swoją częścią mieliśmy siano na którym latem spaliśmy, a zimą ocieplało izbę. Dwie duże izby od frontu zajmowała moja rodzina składająca się z rodziców, dwóch starszych sióstr i starszego brata oraz młodszej siostry. Jedna izba pełniła funkcję kuchni i stołowego, a druga była sypialnią i tam też przyjmowano gości. Najczęściej gościł u nas nauczyciel, który pomagał ojcu w prowadzeniu ksiąg. Urządzanie sypialni jako wizytowego (salonu) chyba wtedy było modne. Pamiętam, że jeśli u kogoś byliśmy w gościnie to zawsze w tym pokoju były łóżka ładnie po-ścielone ze stertą poduszek na każdym z nich. Poza tym było masę serwet i serwetek. Stół nakryty był białym obrusem, a na nim duża serweta. Małe serwetki były na łóż-kach, stołkach, krzesłach. Na parapecie, na ścianach i meblach. Wszędzie serwety, serwetki i serweteczki. Oczywiście były to ręczne wyroby gospodyni lub jej córek. Świadczyło to o zdolnościach kobiet w tym domu. Poduszki zaś świadczyły o ich pracowitości i zamożności. Trzeba przyznać, że zrobienie takiej ilości pierzyn i poduszek wymagało sporo pracy, ponieważ robione były one z ręcznie dartego pierza lub puchu gęsi. Wszystko to miało podnieść atrakcyjność córki na wydaniu. Zaproszony lub zwabiony kawaler ujrzawszy serwetki miał zrozumieć jaka ta panna jest zdolna i pracowita. Sterty pierzyn i poduszek miały kusić do pójścia do łóżka z panną. Gdyby kawaler uległ pokusie natychmiast, to rodzice już mieli przygotowaną wodę święconą i kropidło, aby pobłogosławić parze na nowej drodze życia. W ten sposób zapoczątkowana została procedura ślubna to jest ustalanie daty zaręczyn, posag itd.
Mama swoich gości również przyjmowała w pokoju z poduszkami serwetkami i pierzynami. Ojciec robił wymówki, że córki jeszcze z pieluch nie wyrosły, a mama już szykuje im posag. Najważniejszymi gośćmi mamy były trzy koleżanki przyjeżdżające z daleka powozem lub bryczką, ubrane były chyba na ciemno. Na głowach miały kapelusze z woalkami. Na rękach czarne siatkowe rękawiczki sięgające prawie do łokcia. Ojciec unikał spotkania z nimi. Kiedyś zaskoczyły go w mieszkaniu i mu-siał szarmancko ich powitać, całowaniem w rękę oczywiście. Był bardzo zawstydzony, zakłopotany i zmieszany, zwłaszcza, że rękawice sięgały prawie do łokcia. Zwy-kle taki chojrak, a tu speszony jak małolat. Później, jeżeli zobaczył przez okno nadjeżdżający powóz lub bryczkę to z okrzykiem „znowu te Matyldy” gnał po drabinie na strych, ze strychu na klatkę schodową po drugiej stronie budynku i do ogrodu, przez zarośla przedostawał się do stodoły i tam spał albo pracował aż do odjazdu po-wozu. Tak niezauważony unikał spotkania z Matyldami.
Kiedyś przyjechały z gramofonem i udało im się przyłapać ojca w domu. Ja się bardzo cieszyłem, bo pozwolono mi kręcić korbą. Musiałem tylko uważać, żeby kręcić równo. Obsługiwać taką ładną, grającą skrzynkę to była frajda. Podobała mi się zwłaszcza duża, błyszcząca trąba. Mniej zadowolony był ojciec Nie dość, że musiał je obtańcowywać to jeszcze musiał być miły. Był bardzo nieszczęśliwy. Nie mogliśmy tego zrozumieć, że duży i silny mężczyzna ma tremę przed kobietami. Mama często pokpiwała z niego na ten temat. Chodziło o to, że na sezon robót polowych Polacy wyjeżdżali do Niemiec pracować. Niemieccy bambrzy kwaterowali ich para-mi w jednym lokum. Ojca zakwaterowano z najładniejszą dziewczyną w okolicy. Po powrocie śmieli się z ojca, że dziewczyna ta wróciła w stanie nienaruszonym. On też był przystojniakiem na okolicę i też wrócił chyba w stanie nienaruszonym. Ja choć z wyglądu jestem nieco podobny do ojca, to względem dziewczyn jestem całkowitym przeciwieństwem. Tu podobnym do mojego ojca jest mój syn Konrad.
My lubiliśmy kiedy przyjeżdżały „Matyldy”, bo było coś smaczniejszego do jedzenia. Jakieś słodycze, bułki, ciastka. Mama pokazywała „Matyldom” swój ogród kwiatowy, warzywny i sad. Chodziły też po parku. Oglądały ruiny dworku kapitana – właściciela tego gospodarstwa. Na dłużej zatrzymywały się nad rzeką Leśną płynącą tusz przy sadzie i parku. Czasami urządzały tam piknik. Była to rzeka nieuregulowana szerokości na rzut kamieniem. Były miejsca bardzo głębokie, ale były też miejsca gdzie płynęła bardzo szeroko i w tych miejscach można było przez nią przejść nie zamoczywszy głowy. Dla nas była to bardzo wielka i groźna rzeka. Większość wolnego czasu spędzaliśmy latem kąpiąc się i bawiąc w wodzie, a zimą ślizgając się na lodzie. Zdaje się, że to był najlepszy okres dla naszej rodziny.
Ojciec zarządzał gospodarstwem i pracował w polu razem z robotnikami, przez co był lubiany i szanowany na tutejszym terenie. Ponieważ był przystojny i umiał ładnie opowiadać, więc był ulubieńcem kobiet i chętnie był zapraszany do domów. Kobiet nie podrywał i lubił wypić (choć nie upijał się), więc panowie też miło go witali. Mama twierdziła, że ”chłop w chałupie to jak wrzód na dupie” i nie zachęcała go do przebywania w domu. Ojciec, więc do domu przychodził tylko jeść i spać. My też byliśmy z tego zadowoleni, bo bardzo baliśmy się ojca. Nie pamiętam, żeby kiedyś okazał nam odrobinę czułości. Żeby któreś wziął na kolana, albo pogłaskał. To się chyba nie zdarzyło. Mama za to nas rozpieszczała i dawała nam luz. Wystarczyła in-formacja, że ojciec idzie, a chwytaliśmy się za robotę i w ciągu paru minut w mieszkaniu był porządek i cisza. Każdy w osobnym kącie siedział cicho i czekaliśmy aż ojciec wyjdzie, albo dyskretnie uciekaliśmy z mieszkania. Ojciec nas bił ręką gdzie popadnie. Widziałem jak na zabawie ktoś dostał w głowę to padł i nie ruszał się. Teraz myślę, że to był zwykły nokaut, ale wtedy myślałem, że jeżeli po uderzeniu delikwent padł i się nie rusza to znaczy, że został zabity. Bardzo bałem się ojca, bo bił w głowę. Panicznie bałem się nie o lanie, ale o życie. Strach przed laniem i strach przed śmiercią to są dwa całkiem różne strachy. Miałem wtedy jakieś 8 lat i tak silny pierwotny instynkt obrony życia. Tak duże przywiązanie do życia i tak wielki strach przed śmiercią. Oby nigdy i żadne dziecko nie poznało tego strachu. Drugie podobne zachowanie ojca zapamiętałem w innych okolicznościach. Zimą bawiliśmy się prze-ważnie w pomieszczeniach gospodarczych. Zwłaszcza w stodole. Tam bawiliśmy się w chowanego, robiliśmy nory w słomie i w sianie. Robiliśmy gniazda – kryjówki i tam mieliśmy spotkania towarzyskie. Tam chowaliśmy swoje skarby i organizowali uczty dzieląc się zdobytymi owocami, wędliną lub ciastem. Ojciec nie był zadowolony z bałaganu jaki robiliśmy i zabraniał nam tego. Najwygodniejszą kryjówką była kryjówka pod maszynami rolniczymi. Na okres zimy maszyny gromadzone były w stodole, a na nich kładzione było siano lub słoma. Pod maszynami była wolna przestrzeń i nie musieliśmy wyskubywać sobie miejsca na gniazdo. Wadą gniazd była panująca tam ciemność. Przypuszczam, że razem z owocami zjedliśmy masę robaków. Wialnia i dwie młocarnie nie były schowane, bo służyły do młócenia i czyszczenia zboża w czasie zimy. Maszyny te napędzane były kieratem. Kierat to takie urządzenie z wielkim kołem zębatym i długą belką do końców, której zaczepione były konie. Konie chodząc w kółko obracały to wielkie koło zębate, a ono z kolei obracało drąg metalowy, który obracał bęben młocarni. Duża młocarnia używana była do młócenia żyta i wychodziła z niej słoma prosta. Mała młocarnia używana była do innych zbóż i miała małą wydajność. Podawanie do młocarni było pracą niebezpieczną. Chodziły słuchy, że już nie jednemu razem ze zbożem wciągnęła rękę i urwała ją. Toteż ojciec nikogo do maszyny nie dopuszczał i sam je obsługiwał. Chcieliśmy sami zobaczyć jak to jest z tym młóceniem. Ciągnąc za szprychy dużego koła zębatego małej młocarni, można było ją rozpędzić tak, że młóciła. Wkładając zboże do czeluści zbyt mocno je popchnąłem i maszyna razem ze zbożem wciągnęła moją rękę. Na szczęście ładunek zboża razem z ręką był dla niej za duży i zatrzymała się. Dłoń ręki została jednak wciągnięta i zakleszczona w maszynie. Koledzy nie mieli siły odkręcić bębna. Próbowali różnych sposobów, a krew zaczęła już wyciekać z pod maszyny. W końcu przy pomocy drąga udało im się odkręcić i rękę wyjąłem. Co było dalej nie pamiętam. Rękę jednak mam z palcami, tylko na dłoni pozostała szrama.
Z zabaw w stodole nie zrezygnowaliśmy. Organizowaliśmy zawody sportowe np. w zjeżdżaniu na dupie z wysokiej sterty lub w skakaniu z pryzmy na pryzmę. Bardzo lubiliśmy skoki z najwyższej pryzmy na kupę słomy na dole. Z takiej wysokości leciało się długo, a upadek amortyzowała słoma. Kiedyś skacząc jeden po drugim Stefan (mój starszy brat) lecąc z góry zauważył, że ktoś otwiera drzwi i zamiast jak było w umowie przesunąć się w stronę drzwi, przesunął się w stronę odwrotną, a ja będąc już w powietrzu nie mogłem go ominąć i upadłem na niego uderzając brodą w jego głowę. Szybko do nory i dopiero w gnieździe dotykając ręką brody poczułem coś twardego i ostrego. Na ręce poczułem coś ciepłego i lepkiego. Zrozumiałem, że to twarde to odkryta kość a to ciepłe i lepkie to krew. Pomyślałem, że jeżeli ta krew będzie ciekła długo to może wycieknąć wszystka. Zatkałem, więc ranę dłonią. Nie pamiętam co było później, ale sądzę, że bez szycia się nie obyło. Teraz mam tylko szramę na brodzie. Stefan taką samą powinien mieć na głowie.
Wieczorem w stodole polowaliśmy na ptaki. Rzucając kamieniami w strzechę pokrycia stodoły od środka, płoszyliśmy śpiące ptaki, które jak ćmy leciały do na-szych latarek. Łapaliśmy je lub zabijaliśmy kijami. Kiedyś ojciec przyłapał mnie w stodole. Drugimi drzwiami wyskoczyłem i gnałem ile sił w nogach. Ojciec prawdo-podobnie nie widząc szansy dogonienia mnie rzucił za mną kołkiem. Kołek lecąc obracał się i końcem trafił między moje nogi, podciął mnie tak, że fiknąłem koziołka i zatrzymałem się w pozycji leżącej na kołku. Zauważyłem, że kołek był gruby i nasiąknięty wodą, a więc musiał być ciężki. Spojrzałem czy nie nadbiega ojciec i w nogi. Kiedy się zatrzymałem to bardzo biło mi serce. Mniej ze zmęczenia, a więcej ze strachu. Uświadomiłem sobie, że gdyby kołek leciał metr wyżej to dostałbym w głowę i już bym nie żył. Gdyby leciał tylko pół metra wyżej to może bym żył, ale z prze-trąconym kręgosłupem. Prawdopodobnie moje odczucie było przesadne. Ojciec być może celowo rzucił nisko, żeby nie zrobić mi zbyt dużej krzywdy.
Nie mogę pojąć dotychczas tego, że ludzie powszechnie szanowani i lubiani w swoich środowiskach, potrafią być tak okrutni i bezwzględni dla swoich rodzin. To jest wbrew logice. Środowisko można przecież zmienić, a rodziców czy dzieci zmienić nie można. Jeżeli człek się skompromituje to później wlecze się to za nim do grobowej deski, albo i dalej (jak np. z moim ojcem).
Na szczęście ojciec rzadko był w domu. Latem pracował do późna, a w dni wolne szedł do znajomych (mama mówiła, że na chałupki). Zimą przeważnie wyjeżdżał na roboty do karczowania puszczy białowieskiej. Ziemia po wykarczowanych drzewach sprzedawana była pod uprawę. Ojciec kupił kawał takiego karczowiska, ale nie uprawiał go. Była to lokata pieniędzy i zbieranie posagu dla dzieci. Żyliśmy bied-nie, ale pieniędzy chyba rodzice mieli sporo. Mieliśmy swoje krowy i mleko, które dostarczali do mleczarni. Mieliśmy swoje świnie i drób, co też dawało pieniądze. Oj-ciec brał pieniądze za pracę w gospodarstwie i za zarządzanie. Mama jeździła w róż-ne miejsca i kupowała ziemię. Po wojnie walały się po domu pęczki przedwojennych pieniędzy, pliki akcji i weksli. Teraz te przedwojenne dobra mogły mieć zastosowanie do zabawy i rozpalania ognia w kuchni. Szkoda mi rodziców, że żyli biednie i całe życie się dorabiali, aby ich dzieciom (nam) żyło się lepiej. Ich przedwojenny dorobek zniszczyła wojna. Powojenny dorobek nie był nam (dzieciom) przydatny. Ich plany poniosły tragiczną klęskę, a oni zmarnowali życie. Zakupione ziemie zostały na Białorusi. Tylko działka po wykarczowanej puszczy jest po polskiej stronie granicy. Po wojnie ojciec z trudem odnalazł tą działkę, ziemia nie uprawiana, nie usunięte pnie dały odrosty. Puszcza się odrodziła. W czasach komuny niebezpiecznym było przy-znanie się do tego, że się jest właścicielem kawałka Białowieskiej Puszczy. Komuna padła i mimo to wśród spadkobierców nie widać amatorów posiadania na własność kawałka puszczy.

Część 3
Wracajmy do Wieliczkowa

Ojciec był chłopem i rolnikiem z dziada ,pradziada. Toteż łatwo wszedł w tamtejsze środowisko rolników. Nie przeszkodziło mu nawet to, że jak na tamtejsze warunki był światowcem. W czasach kawalerskich jeździł na roboty sezonowe do Niemiec. Poznał trochę Niemiec. Poznał niemieckie rolnictwo i nauczył się języka niemieckiego. W czasie pierwszej wojny światowej był adiutantem gen. De Gaulle, późniejszego prezydenta Francji. Ojciec musiał, więc nauczyć się języka francuskiego. Gen. De Gaulle był wtedy doradcą w sztabie generalnym Piłsudskiego. W efekcie ojciec był w stanie porozumieć się w czterech językach (łącznie z polskim). Był, więc poniekąd człowiekiem wykształconym i „otarł się”, że tak powiem o najwyższe władze wojskowe i państwowe. Nie był z tego powodu wyniosły czy zarozumiały. Do-świadczenia życiowe wykorzystywał do prowadzenia gospodarstwa i tworzenia barwnych opowieści. Musiało tych opowieści być bardzo dużo, bo ojciec cały wolny czas spędzał na „chałupkach”. Zapraszano go, przypominano o zaproszeniu, nalega-no. Wprawdzie był to gość znamienity, ale podejrzewam, że główną atrakcją ojca mogła być jego zdolność do „bajania”. Kawałek jednej takiej opowieść zapamiętałem. Ojciec opowiadał jak z De Gaullem i kilkoma żołnierzami uciekali przed Bolszewikami drezyną. Drezyna to taki czterokołowy wózek kolejowy do jeżdżenia po szynach. Żeby nim jechać trzeba było ruszać wajchą. Do wajchy stawało po dwie osoby. Generał nie oszczędzał się i pracował równo z innymi. Opowieść była długa, ale szczegółów nie pamiętam. Nie pamiętam innych opowieści, bo ojciec opowiadał głównie „na chałupkach”, a w domu dzieci nie miały prawa być przy rozmowach do-rosłych. Ojcu te zaproszenia bardzo odpowiadały, bo gospodynie prześcigały się w smakowitości potraw, a gospodarze w alkoholu. Zresztą kto by nie lubił być gościnnie przyjmowanym i wysłuchiwać pochlebstw. W tamtych czasach świat wyglądał inaczej. Nie było radia. Nie było telewizji. Nie było kina. Nie było nawet światła elektrycznego. W długie jesienne wieczory atrakcją były głównie wizyty gości. Atrakcyjny gość był wręcz rozchwytywany. Podatność ojca na „chałupki” wzmacnia-na była tym, że mama przy wielu zaletach nie była najlepszą kucharką. W przeciwieństwie do ojca, mama nie była dobrze przyjęta przez tamtejsze środowisko. Przy-czyn było wiele. Najważniejsze to, że:
- nie chodziła do pracy w pole – jak inne kobiety,
- inaczej się ubierała,
- mówiła czystą polszczyzną (językiem literackim),
- była biegła w pisaniu, czytaniu, rachowaniu i w mowie. Uchodziła, więc za osobę wykształconą (paniusię).
- miała duży ładny ogród. Uprawiała w nim dziwne warzywa i dużo kwiatów.
Poza tym miała własny dobry „nowoczesny” warsztat tkacki, na którym wyrabiała tkaniny od cienkich prześcieradeł i koszul po chodniki. Sama też szyła. Poza konfekcją ciężką, wszystko odzienie i pościel było jej dziełem. Sama siała len, pieliła go, wyrywała z ziemi i wiązała w snopki. Następnie len był moczony w rzece i rozkłada-ny na trawie żeby wysechł i wybielał. Później było międlenie to jest łamany w drewnianym urządzeniu w czasie międlenia odpadały łodygi, a zostawało włókno. Przy pomocy specjalnego kołowrotka, włókno to przerabiane było na nici czyli na przędzę. Ta czynność obok darcia pierza była głównym zajęciem kobiet i dziewczyn wiejskich w czasie jesiennych i zimowych wieczorów. Z przędzy wyrabiane były tkaniny w czym mama była mistrzynią. Tamtejsze kobiety często przychodziły do mamy prosząc o radę albo przynosiły coś do szycia. Między sobą mówiły o mamie „ta ryża”. Mama była ruda i piegata stąd to przezwisko.
Ja, choć miałem jasne włosy, miałem piegi. Mnie też przezywano „ryży” i bardzo cierpiałem z tego powodu. Młodsza siostra Irka była blondynką, ale nie miała piegów. Starszy brat Stefan miał ciemne włosy i nie miał piegów. Ojciec go nie lubił i pogardliwie nazywał „ten Karpiński” – nazwisko rodowe mamy. Starsza siostra Cela, miała nie tylko piegi, ale i włosy rude. Nie lubiliśmy jej. Uważaliśmy ją za wredną. Miała ciężkie życie. Najstarsza siostra Urszula miała jasne włosy, ale piegi też miała.
Autorytet mamy podnosił miejscowy proboszcz. Jako osobie wykształconej, pobożnej, oraz mającej dar swobodnej wypowiedzi, zlecał przewodnictwo różnych kółek i organizacji nabożnych. Głośne odczytywanie tekstów religijnych, gromadzenie i rozliczanie funduszy też zlecał mamie. Poza tym była żoną powszechnie szanowanego zarządcy gospodarstwa. W gościnę zapraszana była jednak tylko wtedy, kie-dy nie wypadało zaprosić ojca samego np. chrzciny, wesele. Chyba cieszyła się z ta-kich zaprosin, bo śpiew i taniec były żywiołami mamy. Pobożność mamy denerwowała ojca. Jeżeli w kościele były jakieś uroczystości to mama zostawiała wszystko i szła do kościoła. Poza tym była złą kucharką. Nie radziła sobie w pracach domowych i z dziećmi. Dzieci robiły, co chciały, a w domu był bałagan. Często kłótnie i awantury wynikały głównie z niegospodarności mamy. Zdaje mi się, że ojciec bił mamę. W czasie takich awantur chowaliśmy się pod łóżkiem lub w inne głębokie ką-ty i umieraliśmy ze strachu. Pamiętam, że w czasie jednej z takich awantur ojciec kopnął w stół jakoś tak od spodu, że stół skoczył w górę, tak że kluski czy też placki (dokładnie nie pamiętam) mama później zdrapywała z sufitu, a odłamki talerzy zmiatała z podłogi. W tamtych czasach bicie żon było normalnością. Zimą kobiety wiejskie po obiedzie brały kołowrotek pod pachę i zbierały się w którymś domu i przędąc len czy wełnę plotkowały. Najczęściej plotkowały o swoich mężach. Taką jedna rozmowa wydała mi się dziwaczna i chyba z tego powodu zapamiętałem ją. Wszystkie kobiety skarżyły się na swoich mężów, ale jedna z nich powiedziała, że mąż ją nie bije. Jeżeli mu się coś nie podoba to marudzi, zrzędzi, narzeka, naburmuszy się, przez kilka godzin się nie odzywa, ale żeby kiedyś zrobił awanturę, walnął pięścią w stół gdzie tam. Nie mówiąc o laniu. Nie wiem, co z nim jest. Jakiś niewydarzony. Jakaś niezguła. A może nie kocha mnie? Nie wiem czy mam jakieś znaczenie w tym domu, czy jestem potrzebna. Chciałabym mieć tak jak wy. Żeby mnie czasami zwymyślał, czasami przylał, a później przytulił. Czułabym się kochana. Czułabym się pewniej, bezpieczniej. Po długiej dyskusji ustaliły, że mąż powinien czasami zrobić awanturę, ale nie za często. Powinien czasami przylać, ale nie za mocno. Mnie się to nie podobało. Nie mogłem zrozumieć, że ktoś może chcieć awantury, a nawet dostać w skórę. Ja będąc tylko światkiem takich sytuacji umierałem ze strachu. Już wtedy postanowiłem sobie, że nigdy nie uderzę swojej żony. Postanowienie wtedy podjęte było tak poważne i głębokie, że dopiero swojej drugiej ślubnej żonie sprawiłem lanie, ale była to już ostateczność. Moja ślubna tak mi dopiekła, że wolałbym umrzeć niż być z nią. Postanowiłem zrobić pożegnanie i zrewanżować się za wszystkie moje krzywdy. Po-łożyłem, więc ją na dywanie. Spódnica w górę. Majcięta w dół. W rękę wąż z grubej gumy i po przekątnej od lewego półdupka do prawego uda robiły się czerwone pręgi, które w końcu zlały się w jeden czerwono - siny pas. Ślubna dalej szamotała się, wymyślała, wrzeszczała, groziła. Przełożyłem, więc wąż z prawej zmęczonej do le-wej ręki i znowu po przekątnej. Ślubna zaczęła płakać i prosić. Przestałem, więc. Po-łożyła się na kanapie i rycząc dostała spazmów. Ja nie odkładając gumy usuwałem z zasięgu jej rąk ciężkie przedmioty jak popielniczka, wazon itp. Stanąłem w pobliżu gotów do odparcia nagłego ataku. Kiedy się nieco uspokoiła odwróciłem na plecy i dokonałem aktu kopulacji. To nie był seks. To była czysta kopulacja podyktowana złością, a nawet nienawiścią. Miała na celu pognębienie i zniszczenie psychiczne jej. Taki stan dzikiej nienawiści łatwo było mi osiągnąć, ponieważ wróciła właśnie z kilkudniowych wojaży z kochankiem. A mnie podsunęła pod nos delegację kilkudniową z podpisem dyrektora. Sądziła, że ciołek połknie ten kit. Ja już wiedziałem, że podpis dyrektora uzyskano podstępnie, a we wskazanej w delegacji miejscowości w ogóle jej nie było. Po kopulacji, wobec której nie stawiała specjalnego oporu poszła do łazienki. Poszedłem za nią. Obawiałem się, że może zrobić sobie krzywdę. Kiedy się-gała na półkę dostała gumą po ręce. Podejrzewałem, że sięga po słoik z chemikalia-mi, ale ona chciała wziąć tylko krem. Powiedziałem, że będę jej podawał. Trochę się uspokoiła, więc zostawiłem ją samą. Wyszła jakby spokojniejsza i jak zwykle rozebrała się i wlazła pod kołdrę. Nie wiedziałem jak się zachować. Spać pod jedną kołdrą z gołą atrakcyjną kobietą, ale po takim lańsku? Przede wszystkim jednak bałem się, że kiedy zasnę to może się zemścić. Poznałem już grozę babskiej zemsty przy okazji rozwodu z pierwszą żoną. Poszedłem, więc spać do drugiego pokoju. Na wszelki wypadek zamknąłem się od środka. Rano wstała pierwsza, ugotowała zupkę mleczną i pyta czy zrobić mi kanapki do pracy. Dawno tego nie robiła. To ja wstawałem pierwszy i zajmowałem się tym. Teraz ona poczuła obowiązki żony? Zachowuje się normalnie, mówi normalnym tonem, a nawet milszym. Zbaraniałem. Co tu jest grane? Ja wczoraj byłem dla niej niemal oprawcą, a dziś ona jest dla mnie miła, a nawet troskliwa i słodka. Ja natomiast mam potężnego kaca moralnego i nie śmiem spojrzeć jej w oczy. Staram się zachowywać jak gdyby nic się nie stała, ale uważam, żeby między moimi żebrami nie znalazł się kuchenny nóż. W dniach następnych jest miła i coraz milsza. W domu następuje coś w rodzaju miodowego miesiąca. Nie po-doba mi się to. Jestem wściekły. Czuję tu podstęp. Poznałem jej wredny charakter i przecież nie mogła tak raptem zmienić się. Chce mnie tylko uspokoić i znowu będzie to samo. W pracy jestem specjalistą wysokiej klasy. Prowadzę wykłady dla kolegów inżynierów. Pełnię funkcję naczelnika wydziału w zjednoczeniu. Słowem autorytet. Potęga. U znajomych szacunek. W domu wsiowy ciołek, burak, kmiotek. Nie. Tak być nie może. To nie może się powtórzyć. Nigdy. Ale jak mam się zachować kiedy ona jest miła i słodka? Jestem twardy i agresywny w walce, ale jeśli ktoś jest słaby i miły to jestem bezbronny jak niemowlę. Co robić? To się nie może powtórzyć. Wracają też przyjemne wspomnienia. Po przemyśleniu przyznaję, że z tym ciołkiem to miała trochę racji. Mówią, że chłop ze wsi może wyjechać szybko, ale wieś z chłopa wyjeżdża wolno. Bardzo wolno. Mówią też, że na uszlachetnionym kmiotku frak do-brze leży dopiero w trzecim pokoleniu. Ten mój frak ją raził. Tylko, że ona przed ślubem wiedziała kim jestem. Poza tym jej pierwszy mąż był szlachcicem czystej krewi i rzuciła go dla mnie. Wspominam też dobre czasy…
Pamiętam, że w kawiarni „Monopol”, który w ów czas był najelegantszym lokalem we Wrocławiu gdzie były potańcówki w godz. 17- 22. Tam miała swoje zbiór-ki kilkuosobowa elita podrywaczy. Do tego lokalu wpadały po pracy dziewczyny ni-by na ploteczki. To było takie nie zobowiązujące miejsce gdzie bez biletu, bez specjalnego stroju można było wpaść prosto z pracy, pogadać, posłuchać dobrej orkiestry i ewentualnie potańczyć. Pary tu raczej nie przychodziły. Tu przychodzili głównie ludzie wolni. Pewnego razu przyszły cztery dorodne dziewczyny. Ja wybrałem tą najbardziej naturalną (najmniej makijażu), ale chyba najzgrabniejszą. Naturalne włosy do ramion. Dość ładna buzia, ładna długa szyja drobna kość, duże piersi, wąska talia i duża dupa. Jej budowa kształtem przypominała łyżkę. Tylko nogi miała niezbyt zgrabne z tendencją do platfusa. Na prawej ręce miała ozdobny pierścionek w kształcie obrączki. Zapytałem, więc czy to ozdoba czy dowód. Powiedziała, że dowód. Ostudziło to mój zapał. Nie uwodzę mężatek. Trudno było taniec przerwać, więc dla zabawy zacząłem „tango przytulango”. Akceptowała. Dziwne. Łatwa zdobycz. Z rozmowy wynikało, że jest damą z lepszego towarzystwa, a jej mąż to czysty szlachcic. Jako syn chłopa lubiłem być złośliwy wobec arystokracji. Pomyślałem, że łatwa okazja przyprawić szlachciurowi rogi. Pewien sukcesu umówiłem się na następny dzień. Było miło, ale sukcesu nie było. I tak było przez kilka następnych spotkań. Poza tym ta dama swoją osobowością zaczęła wymuszać na mnie eleganckie zachowanie. Musiałem odświeżyć znajomość z teatrem, operą. Jakieś koncerty symfoniczne. Wnerwiało mnie to. Czas leci. Pieniądze też i nic. Miałem zasadę, że jeżeli dziewczyny nie zdobędę w ciągu trzech spotkań to przestaje mnie interesować. Tu był wyłom od zasady, ale za dużo straciłem czasu i pieniędzy żeby bezkarnie odpuścić. Wreszcie przyholowałem ją na chatę. Trochę szarpaniątek i wyjąłem ją z opakowania. Ułożyłem do strzału i nie mogę. Szczelina zamknięta. Czyżby błoną? Zmęczony zaprzestałem ataku i ogłupiały zastanawiam się czy atrakcyjna dziewczyna dwa lata po ślubie może być dziewicą? Nie wiem czy sytuacja jest nie taka, czy ze mną jest coś nie tak? Jestem przecież trzeźwy. Może za trzeźwy. Wypiłem, więc następną lampkę wina i zaczynam sprawdzać przy pomocy palca i oka. Dziewica ! To, co że dziewica. Będę miał w kolekcji jeden wianuszek więcej. Podobno szlachcic na premierę wkłada smoking. Ten nie będzie musiał wkładać smokingu, bo premiera będzie ze mną. Na ogół nie miałem problemów z dziewicami. Mój miecz był spraw-ny w boju.
Na następnym spotkaniu już bez szarpaniątka, spokojnie ułożyłem dziewczynę w odpowiedniej pozycji, odwróciłem uwagę, uśpiłem czujność, spowodowałem rozluźnienie i atak. Wrzask i nic. Cofnęła dupcię do tyłu. Poczuła ból i tak ją wystraszyłem, że ciało dostało trzęsionki. Uległem prośbom, obietnicom i zaprzestałem ataku. Powiedziała, że jej domownik (nie używała nazwy mąż) jest głęboko wierzący i nie uznaje ślubu cywilnego. Czeka na ślub kościelny i przestrzega wszelkich ceremonii. Dla mnie ateisty to była dodatkowa prowokacja żeby przynajmniej ten ceremoniał mu pomieszać. Poza tym zazdrościłem mu takiej żony. To była dama z krwi i kości. Kulturalne i eleganckie wyrażanie się. Opanowanie, dobre trunki, dobre towarzystwo, gustowny i elegancki strój. Później jeszcze okazało się, że świetnie gotuje, jest dobrą krawcową i dobrą gospodynią. Poza tym prawdomówna, słowna i punktualna. Tyle dziewczyn przetestowałem i takiej nie spotkałem. Po rozwodzie z pierwszą żoną po-stanowiłem sobie, że nigdy więcej się nie ożenię. A z Krystyną ożeniłbym się natychmiast. Drugiej tak doskonalej kandydatki na żonę nie ma. Ona o domowniku wyrażała się pozytywnie i nie myślała o rozwodzie. Tu szansy brak, ale mogę przyprawić mu rogi. Okazuje się, że tego też nie mogę. Dziewczyna ma dobry refleks i wy-czucie. Kiedy ja wykonuję ruch ataku ona jednocześnie cofa dupcię do tyły i brzuchem unosi mnie do góry. W końcu wnerwiony i załamany kazałem się jej ubierać, spadać i więcej się nie pokazywać. Bez słowa zaczęła spełniać moje polecenia. Przed wyjściem zaczęła prosić żebym ją odprowadził. Oczywiście damę musiałem zawsze odprowadzać lub odwozić taksówką. Po drodze zaczęła przepraszać i obiecywać, że następnym razem pozwoli się związać. Musiała mi to przysięgnąć. Na następnym spotkaniu nakłoniłem ją żeby wypiła więcej niż zwykle. Jeden koniec ręcznika kąpielowego zawiązałem na jednej nodze powyżej kolana, drugi na drugiej. Środek założyłem za głowę i dziewczyna znalazła się w pozycji ginekologicznej. Teraz przygotowanie psychologiczne, rozluźnienie i niespodziewany cios. Wrzask i miecz wbił się do polowy, Płacz prośby, ale ja nie wyjmuję i drugie pchnięcie. Miecz zagłębił się cały. Poczułem ból na plecach i stróżki krwi cieknące z pleców. Domyśliłem się, że to sprawka jej pazurów wbitych w moje ciało. Wbicie mojego miecza w jej ciało utoczyło więcej krwi. Dalej sprawy seksu nie wyglądały najlepiej. Dziewczyna nie czuła przyjemności seksualnej. Przyjemnością dla niej było to, jeżeli udało mi się włożyć bezboleśnie i nie ruszać nim. Przyczyną tego był prawdopodobnie wypadek samo-chodowy i operacja przecinająca jakiś nerw. Sprawy seksu były, więc sporadyczne. Dopiero, kiedy oboje dostaliśmy wczasy w Sosnówce pozwoliliśmy sobie poszaleć. Żadnych zabezpieczeń poza kalendarzykiem nie stosowałem, a pobyt w Sosnówce zahaczał o dni płodne. Postanowiłem się tym nie przejmować. Aż tak łatwo nie jest zapłodnić kobietę. Koledzy lubili uwodzić mężatki, bo w razie wpadki wszelkie konsekwencje ponosi mąż. Poza tym jej budowa jest taka, że do śmierci może uchodzić za dziewicę, więc szlachcic będzie mógł włożyć frak na premierę. Ciąża to już byłby dowód.
Krystyna pracowała w grupie kobiet. Kobiety na siebie mają zły wpływ. One robią skoki w bok, a ta jedna nie –taka parszywa owca w stadzie. One ją namawiały na randki ze mną. Kibicowały jej, ale kiedy się zorientowały, że sprawy zaszły za daleko i realny staje się rozwód to powiadomiły o wszystkim męża. Wracam wieczorem z miasta, a na klatce facet pyta mnie o nazwisko i czy znam Krystynę. Chce ze mną porozmawiać. Myślę trudno. Mordobicia tu się nie uniknie. Nie demolujmy przynajmniej mojego mieszkania. Zaproponowałem, więc rozmowę na ławce przed domem. Zapytał wprost czy łóżkuję z Krystyną? Nie zaprzeczyłem. Dalej rozmawialiśmy o tych wstrętnych babach i nic więcej się nie wydarzyło. W następnym dniu zadzwoniła Krystyna prosząc żebym przyjechał po rzeczy, bo domownik kazał się jej wyprowadzać. Mówiła, że domownik przyszedł wściekły i goły zaatakował ją seksualnie mówiąc „z nim możesz to i ze mną”. Ona pierwszy raz zobaczyła jego penisa. Zemdliło ją i rzygnęła na jego brzuch i jego penisa. Facet zdębiał i pobiegł do łazienki. Po powrocie już spokojny kazał jej się wynosić. Przyjechała, więc do mnie. Kiedy pojechała po rzeczy zastała na środku pokoju stertę zniszczonych ubiorów i wszystkiego, co dało się zniszczyć. Zamieszkała, więc ze mną wnosząc tylko to co było na niej. Niebawem okazało się, że jest w ciąży. Poprzednie małżeństwo nie było skonsumowane i kobieta w ciąży z innym facetem, więc rozwód uzyskano już w pierwszym podejściu i wzięliśmy ślub.
Po doświadczeniach z pierwszą żoną postanowiłem, że nigdy nie wejdę w trwały związek kobietą no i nie dotrzymałem. Krystynę uważałem za ideał nieosiągalny, jednak niespodziewanie go osiągnąłem. Ewentualne dziecko miało być problemem dla domownika, a stało się moim. Krzyżując moje plany i postanowienia los niespodziewanie obdarzył mnie prawie idealną żoną i byliśmy prawie idealnym małżeństwem. Kochała mnie. Ulegała mi. Mieliśmy podobne poglądy i upodobania. Te-raz już razem biegaliśmy po lokalach z tańcami i wiedliśmy rozrywkowo nocny tryb życia. Była doskonałym kumplem i przyjacielem. Wreszcie zacząłem się ładnie ubierać. Byłem zadbany i domyty. Byłem świadom tego jakim szczęściem los niespodziewanie mnie obdarzył i podjąłem mocne postanowienie, że będę dobrym mężem. Bardzo się tu starałem i chyba byłem podręcznikowo dobrym mężem. W pracach domowych wyręczałem ją. Moja żona miała eleganckie i drogie stroje. Po porodzie odradziłem jej karmienie piersią, żeby nie popsuć piersi. Codziennie robiłem jej masaż likwidujący skutki ciąży. Konstruowałem odpowiednie gorsety ściskające. Efekt tego był. Jej ciało zachowało dawny urok. Ubierała się elegancko i drogo. Grupa włamywaczy, która okradła nasze mieszkanie zeznała na milicji, że szli tropem boga-to ubranej kobiety. Żyliśmy z naszych etatowych poborów, a te jej stroje i złote ozdóbki to były prezenty wujka, który jest księdzem. Przynajmniej tak mówiła, bo ja tego wujka nigdy nie widziałem nawet na zdjęciu. Do dziecka w nocy wstawałem ja. Sam byłem zdziwiony, że z takiego podrywacza może być tak dobry mąż. Teraz my-ślę, że za dobry. Dopiero w trzecim roku sytuacja zaczęła się psuć. Powodem był seks. Seks nie dawał Krystynie żadnej przyjemności. Było to prawdopodobnie skutkiem, tak jak pisałem wcześniej, wypadku samochodowego w dzieciństwie.
Mimo, że seks ani sprawy erotyczne nie sprawiały Krystynie żadnej przyjemności to jednak znała obowiązki żony i starała się dobrze je wypełniać. Ja z kolei starałem się nie nadużywać jej dobrej woli i być na bardzo chudej diecie. Miała tyle zalet, że seks można było ograniczyć do niezbędnego minimum. Kiedy i to minimum zostało skasowane powiedziałem, że jeżeli głodu nie zaspokoję w domu to zacznę poszukiwać pożywienia poza domem. Odpowiedziała „jak ty to i ja”. Tak też się stało. Mnie dokarmiała z zapałem i dużą przyjemnością dość atrakcyjna studentka, a Krystyna zaczęła znikać z domu. No i zaczęło się. To zdumiewające jak taka dama nie podnosząc głosu i nie używając wulgarnych słów może doprowadzić człowieka do białej gorączki. Nie nazywała mnie wprost ćwokiem ani kmiotkiem tylko, np. „czy ćwok może to zrozumieć” lub „co kmiotek może na ten temat powiedzieć„. Nie pomogła tu moja pozycja w pracy, czy w towarzystwie. Nie pomogło nawet to, że uratowałem ją od więzienia. Grafolodzy sądowi, bowiem na podstawie charakteru jej pisma dowiedli, że to ona dopuściła się malwersacji na sporą sumę pieniędzy i sąd w krótkiej rozprawie orzekł dwa lata więzienia bez zawieszenia. Dla mnie to był szok. Moja żona - dama miała pójść do więzienia? Miała siedzieć w więzieniu razem z pospolitymi przestępcami? Z marginesem społecznym? Nie mogę do tego dopuścić. Jestem przecież mężem. Nie pytałem jej czy jest winna. Przypominam sobie, że kiedyś niespodziewane pojawiła się sterta nowych ciuchów. Zapytana, wyjaśniła to prezentem od wujka, który był księdzem. Teraz bałem się, że zrezygnuje z bajki o księdzu. Łatwiej mi było broniąc ją wierząc w tę bajkę. Ona przyjęła wyrok dość spokojnie, a ja nie mogłem spać. Dzień i noc myślałem jak z tego wybrnąć. Opracowałem wreszcie strategię i taktykę. Uważałem, że zawodowy grafolog pracujący w tej branży ocenia sprawy prawidłowo i jednoznacznie. Szansa może być w niejednoznaczności ekspertyzy, bo choćby najmniejsza wątpliwość przemawia na korzyść oskarżonego. Któż, więc może wydać decyzję niejednoznaczną? Może to uczynić naukowiec – profesor. Jest bowiem tak, że im ktoś więcej wie tym więcej ma wątpliwości. Z tych też powodów naukowcy rzadko zajmują wysokie stanowiska w administracji, a chyba nigdy w wojsku. Mojemu adwokatowi chyba się podobał mój tok rozumowania, bo sporządził notatkę z naszej rozmowy. Znalezienie takiego naukowca i skierowanie sprawy do niego to była już sprawa adwokata. Z tego zadania adwokat wywiązał się doskonale, bo sprawa trafiła do profesora z Krakowa - największego specjalisty w tej dziedzinie. Wynik zawierał cień wątpliwości, a więc tak jak oczekiwaliśmy. Już nie raz się przekonałem, że umysł mój w krytycznych sytuacjach wykazuje wyjątkową sprawność. Szkoda, że na co dzień jest leniwy i czasami ma przestój na kilka tygodni. Krystyna została uniewinniona. Ona cieszyła się uwolnieniem od wiezienia, a ja byłem dumny, że potrafiłem obronić swoją żonę, a więc dobrze spełniałem rolę męża. Uważałem, że powinna mnie szanować choćby za to. Niestety. Dla niej wciąż byłem kmiotkiem.
Miarka się przebrała kiedy wróciła z kilkudniowego pobytu u faceta (sprawdziłem), pod pretekstem wyjazdu służbowego. Wtedy sprawiłem jej tęgie lanie. Nie wiem czy czytający ten tekst usprawiedliwi mnie. Powinien jednak wziąć pod uwagę, że nie biłem po twarzy, a więc nie poniżyłem. Nie biłem czymś twardym nie kopałem, a więc nie byłem barbarzyńcą. To była kara chłosty. Potraktowałem ją nie jak faceta, ale jak dziecko To było podsumowanie prawie rocznych cierpień. To była zemsta. To była gwarancja ostatecznego rozstania. Miałem nadzieję, że mi nigdy nie wybaczy i porzuci mnie. Ku nemu zaskoczeniu ona stała się miła. Ona znowu zaczęła być idealną żoną. Byłem kompletnie zdezorientowany. Nie wiedziałem jak się za-chować i co robić. Jestem mocny i twardy w walce, ale kiedy kobieta jest miła i uległa robię się miękki jak plastelina. Załatwiłem, więc jej wyjazd do Kanady na zaproszenie kuzyna no i po jakimś czasie słuch o niej zaginął. Nie przysyłała pieniędzy na dziecko, a ja byłem na rencie, więc musiałem nieźle się na główkować żeby nie głodować. Dopiero kiedy syn dorósł i się ożenił to kupiła mu samochód przez osobę trzecią i dalej miejsce jej pobytu nie jest znane. To jej ukrywanie się wynika stąd, że postraszyłem ją sądem o alimenty.
Ta nieco przydługa dygresja na temat mojego małżeństwa ma dowieść, że bicie żony nie jest zbrodnią jak się teraz uważa. Kiedy na ten temat rozmawiam z młodymi kobietami to na wstępie słyszę kategoryczny sprzeciw przeciwko biciu. Dopiero po dłuższej rozmowie przyznają, że bardziej by kochały i szanowały swojego chłopa gdyby się go bały. Kobiety w głębi swej natury szukają w mężczyźnie obrońcy, bezpieczeństwa no i oczywiście miłości nawet, jeśli ta miłość ma się wyrazić laniem. Lanie jest jedną z form wyrażania miłości. Mężczyzna powinien mieć przewagę nad kobietą niemal w każdym względzie, a zwłaszcza fizyczną. Bicie kobiety jak i dziec-ka powinno mieć charakter karcenia. Mężczyzna nie powinien używać pięści ani przedmiotów twardych. Bicie nie powinno być też poniżające. Nie powinno się zwalczać bicia, ale należy ucywilizować go. Kobieta czy dziecko, to nie jest bandzior, ani przeciwnik w ringu. Kobietę i dziecko trzeba skarcić, a później przytulić. Kobietę trzeba jeszcze dopieścić (dobrze wyjebać). Strach jak i miłość są uczuciami naturalnymi danymi nam przez boga (naturę). Człowiek pozbawiony strachu czy miłości jest człowiekiem okaleczonym. Kobiety z wyższym wykształceniem mają problemy w życiu prywatnym. Trudno im znaleźć mężczyznę przed, którym czułyby respekt. Obecna propaganda o partnerstwie jest sprzeczna z naturą. To jest łamanie praw natury, praw boskich. "(...)

Liczba stron

96

Komentarze

Brak komentarzy.
Bądź pierwszy!