Kapitalizm mój prywatny

Kapitalizm_m%c3%b3j_prywatny
dodany 11 sty 2016, 15:07 przez eugeniusz
8,79 PLNdodaj do koszyka

Informacje o książce

  • Ocena: 0.0 na 5
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0

Kategoria

Biografie

O książce

" Marta i przemyt.
A było tak. W sprawie służbowej przyszła do mnie uczennica szkoły średniej - Marta. Przy okazji zapytałem jak w szkole. Coś tam odpowiedziała, a ja zacząłem się popisywać swoją wiedzą. Rozmowa zaczęła mi się podobać, bo Marta zadawała sensowne pytania, a nawet wypowiadała się w sposób zaskakująco logiczny. Uznałem ją za prawie równego partnera i cieszyłem się, że mam okazję przetrenować swój mózg. Trochę się zagadaliśmy. Wychodząc powiedziała, że fajnie jej się ze mną rozmawiało i zapytała czy może kiedyś przyjść na pogaduszki. Odpowiedziałem, że oczywiście, że powitam ją z radością. Mieszkam sam i goście są dla mnie miłym urozmaiceniem. Po kilku dniach przyszła. Poprosiłem żeby usiadła, a sam zająłem się przygotowaniem jakiegoś poczęstunku. Ona jednak stała w drzwiach oparta o futrynę i robiła wraże-nie jakby ją coś nurtowało, jakby jakaś myśl pęczniała w niej. W końcu zapytałem czy chce mi coś powiedzieć? Ona od razu, bez wstępów powiedziała, że się we mnie zakochała. Osłupiałem. Nie uwodziłem jej, nie mówiłem nawet komplementów. Mając prawie 50 lat nie wyobrażałem sobie randki z taką smarkulą. Byłem zaskoczony i z lekka przestraszony. W nadziei, że ją przestraszę, zapytałem, czy wie, że konsekwencją tego jest seks? Odpowiedziała, że wie. Czytała o tym i że wzięła to pod uwagę. Miałem poważny problem.
Dla niej była to pierwsza miłość. Dla takich młodych dziewczyn miłość to śmiertelnie poważna sprawa. Często się słyszy o samobójstwach z powodu nieszczęśliwej miłości. Kocha mnie. Nie mogę dać jej kosza. Pojechaliśmy, więc po jej rzeczy i zamieszkaliśmy razem. Była dziewicą Cnotę straciła w sposób mało romantyczny, ale z zachowaniem prawideł poprawności. Jej miłość była przekonywująca i wyglądała na ostateczną. Sprawa poważna.
Była to zdolna uczennica. Kolorowe świadectwa, wygrywane konkursy szkolne, miejscowe i krajowe. Jedynaczka. Grzeczna córeczka swojej mamusi i pobożna parafianka. Cóż ja, facet po czterdziestce żyjący z renty, mogłem jej dać. To czyste szaleństwo. Po przemyśleniach postanowiłem urządzić ją przy-najmniej materialnie, a od ślubu może mi się uda wyłgać. Wziąłem się, więc za interesy.
Komuna, u schyłku swego istnienia, kurtynę żelazną zastąpiła kurtyną z siatki. Rząd polski uzgodnił z rządem Austrii, że Polacy na zaproszenie Austriaków będą wpuszczani do tego kraju bez wiz.Wystarczyło zaproszenie obywatela Austrii. Sytuacja była sprzyjająca. Syn mój od kilku lat mieszkał w Wiedniu i miał tamtejsze obywatelstwo. Pomyślałem, że to trzeba wykorzystać. Będę odwiedzał syna i jednocześnie robił interesy. Sprzedając to, co można było sprzedać, zwłaszcza biżuterię, swoją i Marty. Z trudem zebraliśmy 500 dolarów. Było to naprawdę trudne, ponieważ w owym czasie za sprzedaż obrączki można było dostać się za kratki. Z tymi pieniędzmi i obmyślanym szczegółowo planem biznesowym udałem się do Wiednia.
Liczyłem na to, że syn mi pomoże, ale on zamiast mi pomóc to pożyczył ode mnie 200 dol. i nie chciał oddać. Zostało mi, więc 300 dol. I z tym pieniędzmi pomniejszonymi o koszty podróży wróciłem do kraju. Klęska! Straciłem połowę kapitału wyjściowego. Były to pieniądze również mojej dziewczyny. Poza tym nie mogłem się skompromitować w jej oczach. Teraz już musiałem zająć się interesami, choćby po to, żeby się zrehabilitować w oczach dziewczyny. Ryzykuję. Za całą tą kwotę kupiłem papierosy, schowałem w samochodzie i ruszyłem do Wiednia. Stojąc w kolejce do odprawy celnej widziałem jak celnicy rozcinają podgłówek w samochodzie, potrząsają bakiem z benzyną, zrywają tapicerkę. Spuścili powietrze z koła zapasowego i zaglądali pod spód. Strach mnie obleciał, ale myślałem, że o tym samochodzie musieli mieć jakieś informacje. Zaniepokoił mnie też widok wleczonego za kołnierz i spodnie mężczyznę i wrzucenie go do austriackiej suki. Następne dwa samochody puścili prawie bez kontroli. Mnie kazali zjechać na peron bocz-ny z kanałem. Zrozumiałem, że kontrola będzie totalna, a ja mam w schowkach syreny dwie walizy papierosów. Byłem chyba niezbyt przytomny ze strachu, bo nie pamiętam szczegółów kontroli. Pamiętam tylko, że jeden z przyrządami wszedł pod spód, a drugi w środku wszędzie zaglądał i zrywał tapicerkę. Wylazł z samochodu zostawiając rumowisko. Ogląda koło zapasowe, potrząsa kanistrem z benzyną, ogląda wlew benzyny. Wszystkiego nie pamiętam. Nieprzytomny ze strachu już widziałem się wleczonego za szmaty-i wrzucanego do więziennej suki. Pieczątka na papiery i wciska mi je do ręki. Wrzucam bagaże do samo-chodu i odjeżdżam.
Jestem szczęśliwy, ale nie okazuję tego. Nie znaleźli w samochodzie ukrytych dwóch walizek papierosów. Satysfakcja. Duma. Nie znają konstrukcji samochodu „Syrena” i to połowa sukcesu. Pogłaskałem Syrenkę. Jestem jednak roztrzęsiony i nie całkiem przytomny. Jadę, więc wolno, żeby nie spowodować wypadku. Budynek celny znika mi z oczu, więc mogę już zatrzymać się i uspokoić. Na poboczu stoi już kilka samochodów. Pasażerowie montują tapicerkę w samochodach, porządkują bagaże. Zatrzymuję się i siadam w trawie. Zapalam papierosa, myślę o roślinach. Mały spacer, jadę. Droga szeroka, równiutka, wrzucam czwórkę (najwyższy bieg) i gaz do dechy. Czysta praca silnika, równa jazda samochodu, na liczniku setka i tylko wiatr gwiżdże za szybami. Obudził się we mnie duch sportowy i poczułem się jak na wyścigach. Po-prawiłem się na siedzeniu pochyliłem nad kierownicą i gaz. Co za frajda. Po niedługim czasie coś śmignęło koło mnie, za chwilę znowu wyprzedził mnie samochód. Czyżby mój się zepsuł, zwolnił? Patrzę na licznik 115, czyli u mnie wszystko w porządku tylko ducha sportowego trzeba się pozbyć. To wcale nie był koniec przygód przemytnika.
W Wiedniu nawrzucałem do samochodu pustych kartonów, zanurkowałem pod nie i tak ukryty zacząłem wyjmować papierosy ze schowków i pakować do torby. Kiedy już sporą część towaru przeładowałem, usłyszałem energiczne bębnienie w dach samochodu. Przez szybę ujrzałem dwie błyszczące sprzączki na pasach skórzanych. A więc policja. Zatkało mnie. To już koniec. Wyłażę. Dwóch umundurowanych facetów coś do mnie gada, coś pokazuje rękami. Nic nie rozumiem. Nie znam języka i nie całkiem jestem przy-tomny ze strachu. Próbują pchać samochód, ja im pomagam. Jeden z nich otwiera samochód i włazi. To już po mnie - myślę. Mundurowiec spuszcza hamulec, biegi przerzuca na luz, drugi popycha auto. Ja mu poma-gam. Tak przesunęliśmy go o jakieś 10 m. Mundurowiec w syrence zaciągnął hamulec, wrzucił bieg, wy-siadł i poszli sobie. W końcu dotarło do mnie, że zaparkowałem na wjeździe do sklepu, a ci mundurowcy z błyszczącymi sprzączkami to konwojenci.
Przemytem zajmowałem się dalej, bo dawał spore dochody i pozwolił wyjść z dołka.
(...)"

Liczba stron

112

Komentarze

Brak komentarzy.
Bądź pierwszy!