Beezar_komunika_tech

Ja - Młodość, Dzieciństwo

Ja-m%c5%82odo%c5%9b%c4%87_i_dzieci%c5%84stwo
dodany 08 lut 2016, 12:17 przez eugeniusz
8,79 PLNdodaj do koszyka

Informacje o książce

  • Ocena: 0.0 na 5
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0

Kategoria

Biografie

O książce

" Wolność pod okupacją

Kiedyś wracając ze szkoły usłyszeliśmy warkot silników. Za nami całą szerokością gościńca jechało dużo pojazdów. Zeszliśmy na bok i z ciekawością patrzyliśmy na przejeżdżającą kolumnę. Z przodu jechały dwa motocykle z przyczepami. Jadący nimi żołnierze mieli hełmy i dziwne mundury. Zrozumieliśmy, że to są Niemcy. Ponieważ gościniec był zajęty, więc szliśmy przez pola bez strachu, ale z ciekawością obserwując Niemców. Niewiele mogliśmy zobaczyć, bo kolumnę zasłaniała chmura kurzu. Niebawem dogoniliśmy czoło kolumny, która utknęła w piachu. Żołnierze pchali motocykle, a do czołgów przywiązane były samochody i tak wolniutko, ale z wielkim rykiem silników kolumna przesuwała się do przodu. Nie wiem, dokąd pojechali, ale w naszej wiosce Niemców nie było. Powagę tego wydarzenia uświadomiłem sobie dopiero, kiedy człowiek w polskim mundurze, ale bez broni i orzełka rozmawiający z rodzicami mówił po białorusku „nyma waszoj Polszy. Propała wasza Polsza”. W środku mnie ścisnęło. Poczułem żal i złość do tego człowieka, że nie bronił Polski. Tak jakby to wszystko od niego zależało.
Bolało mnie zwłaszcza to, że Niemcy zrywają orzełki z czapek żołnierzy polskich depczą je. Przed wojną wszyscy mówili, że nie pozwolimy guzika oderwać od naszego munduru, a teraz odrywają nam orzełki od czapek i jeszcze je depczą. W odległości około 2 km od naszej wioski była szosa i most przez rzekę. Wieczorem słychać było z stamtąd warkot silników. Poszliśmy tam zobaczyć. Szosą ciągnęła nieprzerwana kolumna niemieckich pojazdów. Byłem zły. Gdyby byli tu żołnierze, to by strzelali do Niemców, ale żołnierzy nie było. Gdybym miał karabin, to bym sam strzelał do nich, ale karabinu nie miałem. Rzucanie kamieniami nic nie da i mogą mnie zastrzelić. W następnym dniu obudziły mnie jakieś hałasy, bieganina, awantury. Przed domem i przy zabudowaniach gospodarczych było mnóstwo obcych ludzi. Coś nosili, coś wyrywali sobie, kłócili się. Nasz koń, krowy kury, gęsi i kaczki były w piwnicy. Budynki gospodarcze były puste. Z pobliskiego lasu dochodziły odgłosy pił, siekier i wyjeżdżały furmanki załadowane drewnem. W ciągu dwu dni niewielki las przestał istnieć. Wycięto nawet krzaki. Ocalał tylko stary, rozłożysty dąb. Ze śladów siekier i pił widać było, że atakowany był bardzo. Obroniły go wielki obwód i twardość jego pnia. Ocalał również park i sad. Myślę, że las pochłonął resztę energii szabrowników. Majątek kapitana (pamieszczyka – jak go nazywali Białorusini), przestał istnieć. Ziemię po kawałku uprawiali okoliczni rolnicy, a łąki i pastwiska stały się wspólną własnością.
Wiejskie dzieci rozpoczynają pracę bardzo wcześnie. Zwykle rozpoczyna się od pasienia gęsi. Nie przypominam sobie żebym pasł gęsi. Może nie mieliśmy w tym czasie gęsi. Bardzo dobrze zapamiętałem pasienie krów. Pastwisko było wspólne i dzieci spędzały krowy z całej wioski. Właściwie to nie była wioska. W wiosce gospodarstwa były skupione gęsto po oby stronach drogi. Jeżeli domy były rozrzucone w sporej odległości od siebie i przy różnych drogach, to nazywaliśmy to kolonią. Polacy osiedleni na terenach Białorusi w powiecie Brześć nad Bugiem pobudowali się w formie kolonii i nazwali ją Wieliczków. Na wspólne pastwisko spędzane były krowy i konie z całej kolonii. Pasieniem zajmowały się dzieci więc było nas sporo i było fajnie.
Dzięki przytomności i zapobiegliwości rodziców nasz inwentarz nie został rozszabrowany. Sprytnie też pomyśleli o zagospodarowaniu piwnicy. Była to piwnica duża, około 100 m kw. powierzchni. Ściany z kamieni wystawały około 1,5 m nad ziemię. Miała strych i dach pokryty słomą (strzechą). Ten dach to była nasza zjeżdżalnia na dupie. Z dachu tego łatwo było też rwać orzechy z przyległej leszczyny. Piwnica ta utkwiła szczególnie w mojej pamięci z tego powodu, że przez kilka lub kilkanaście godzin była moim więzieniem. A było to tak. Zależało mi bardzo na tym żeby bawić się ze starszymi chłopakami, czyli rówieśnikami brata mojego starszego o 2 lata. Oni nie chcieli przyjąć mnie do grupy. Nie rezygnowałem, ale wciąż łaziłem za nimi. W pewnym momencie Stefan (brat) nie wytrzymał, poszedł do piwnicy. Ja za nim. On wychodzi. Ja za nim, ale on zamknął za sobą drzwi od zewnątrz i ja nie mogłem wyjść. Stukałem, pukałem, kopałem we drzwi, krzyczałem, wrzeszczałem, płakałem. Nikt mnie nie słyszał. Nie pamiętam jak i kiedy się wydostałem, ale wydarzenie popamiętałem i wykorzystałem, kiedy pasąc krowy nasza grupa znacznie powiększyła się i byli młodsi ode mnie. Teraz oni zabiegali o nasze względy. Nie mieli lekko. Musieli być posłuszni i spełniać nasze polecenia. Kiedy jeden z nich okazał się krnąbrny to ściągnęliśmy mu spodnie i wszyscy pluliśmy mu do jajek. Później nasypaliśmy popiołu ze starego paleniska. Wciągnęliśmy spodnie, zapieli i pokładali się ze śmiechu, kiedy malec z płaczem biegł do domu a z nogawek wysypywał się popiół. Innym razem malcowi do majtek napchaliśmy pokrzywy i batem pogonili do domu. Doszły też nowe zabawy.
Dobrą zabawą było dołączanie nowej krowy lub kilku krów do stada. Zaczynała się wtedy walka o pozycję w stadzie. My z kijami kibicowaliśmy walczącym. Interweniowaliśmy dopiero, kiedy któraś z walczących upadła. Odpędzaliśmy wtedy zwycięską krowę, żeby nie dobiła leżącej. Lubiliśmy grać w pikra. Polegało to na tym, że wtykało się w ziemię kij długości około 0,5 m z rozwidleniem na końcu. Na to rozwidlenie wieszało się patyk w kształcie litery Y. Rzucony z odległości kij, jeżeli trafił w stojący piker, to strącony patyk leciał na jakąś odległość i tam się przenosiło pikera. Po iluś rzutach ktoś wysunął się do przodu i ten wygrywał. Było jeszcze rzucanie kamieniami przy pomocy puszczawki, przy pomocy bata. Tak rzucone kamienie leciały daleko tylko z celnością było gorzej. Paliliśmy ogniska, piekliśmy jabłka, kartofle. Kąpaliśmy się w rzece, robiliśmy wyścigi na koniach. Było fajnie.
W domu też było dobre jedzenie i miła atmosfera. Ojca wybrali sołtysem. Do domu przychodziło dużo ludzi . Ojciec rozsądzał, godził, doradzał. Niektórzy przynosili wódkę, inni zakąskę. Mama przyrządzała, dawała na stół. Nam też coś zostawało. Mężczyźni pili, gadali, śpiewali. Było fajnie. Nie było tylko zabaw. Tadka i Kazika też nie było widać. Chyba wzięli ich do wojska. Władze polskie przestały działać. Okupanci jeszcze się nie zorganizowali. Ojciec był chyba jedyną władzą w okolicy. Poza nocnym stróżowaniem ludzie nie mieli żadnych obowiązków. Stali się weselsi, bardziej tolerancyjni. Mniej było kradzieży, bijatyk, awantur i podobnych przykrych wydarzeń. Ludzie poczuli się wolni. Polskie wojsko pokonane i rozbite. Ojczyzna pod okupacją, czyli mówiąc inaczej – jęczy pod jarzmem okupanta, a zwykli ludzie wreszcie czują się wolni. Paradoks?
Mam wrażenie, że każdy rząd jest głodny władzy. Państwo bierze ludzi na smycz i poprzez ustawy, zarządzenia, nakazy i zakazy smycz tą skraca. W końcu smycz ta staje się wisielczym powrozem. zwanym inaczej stryczkiem. W takiej sytuacji naród albo ratuje się sam robiąc rewolucję, albo też czynią to najeźdźcy. Państwo polskie szczególnie gnębiło chłopów i to od zarania dziejowe. Polską przeważnie rządziła prawica , a ta nie lubiła i nie lubi prostego ludu. Opowiadano mi, że w czasie wojny Anglicy chcieli uhonorować Polaków walczących w obronie Anglii i na bal w Londynie zaproszono polskich żołnierzy. Polscy oficerowie byli oburzeni tym, że na balu tym są również szeregowi żołnierze polscy.

Polska przed wojną 1939 r. to nie była Polska wszystkich Polaków. To była Polska jaśnie panów. Widać i czuć to było szczególnie na kresach wschodnich. Obecnie rządząca prawica niezbyt różni się od prawicy przedwojennej np. o morderstwie w Katyniu trąbią od lat wszystkie publikatory, a o morderstwach dokonywanych przez Ukraińców na wschodzie ledwie wspomni się przy jakichś okazjach. Nie zauważa się różnicy pomiędzy strzałem w tył głowy (Bolszewicy), a przerzynanie piłą na żywca, czy zabijaniem dzieci poprzez rozbijanie ich głów o ścianę (Ukraińcy).

Juszczenko, którego w dużej mierze wysiłkiem Polaków osadzono na tronie ukraińskim ogłosił S. Banderę bohaterem narodowym. Nasz prezydent Kaczyński był na uroczystości odsłonienia pomnika tego szefa morderców. Nic nie mówi się o bestialstwie Ukraińców przy likwidacji powstania warszawskiego. Że nawet hitlerowcy musieli ich w tym hamować. Czemu tak ? Temu, że w Katyniu ginęli jaśnie panowie, a na wschodzie ginął prosty lud.
Wstyd mi, że jest związek rodzin katyńskich, a nie ma związku rodzin ofiar ukraińskich.
Wstyd mi, że na groby jaśnie panów jeżdżą delegacje rządowe na najwyższym szczeblu, a groby ofiar Banderowców porastają trawą w zapomnieniu.
Wstyd mi, że w Polsce nie ma równości nawet dla nieboszczyków.
Druga przyczyna to antyrosyjska fobia. Kochamy Ukraińców po to, żeby skierować ich przeciw Ruskim
Wstyd mi z tego powodu.
Wstyd mi, że nasz polski rząd swoją fobię realizuje na cmentarzach.
Wstyd mi, że nasz rząd do swojego haniebnego celu idzie po trupach.
Również teraz poziom życia na wsi i w mieście bardzo się różni, a prawicowy rząd liczy, ile musi dopłacać do ubezpieczenia rolników ( KRUZ), a nie liczy, ile dopłaca np. do stoczni. Sam już jako bardzo dorosły z łezką w oku wspominam czas, kiedy komuna konała a nasze wymarzone, niepodległe państwo dopiero się rodziło. Był to piękny powiew wolności i radości. Niestety. Nasze nowo narodzone, niepodległe państwo szybko nabierało siły i zabrało się do reform, prywatyzacji, lustracji, dekomunizacji różnych innych akcji. Efekt to ruina gospodarcza kraju, a dumna kiedyś klasa robotnicza pokornie ustawiła się w kolejce po jałmużnę. Teraz z perspektywy czasu nie dziwię się, że po upadku Polski w czasie wojny na wsi nie widać było nastroju żałoby. Jest charakterystyczne, że prawie każdy polski rząd źle traktował rolników. Przed wojną rolnicy byli szczególnie gnębieni. Wystarczy porównać poziom życia na wsi i w mieście. Teraz jest to samo. Ma to swoją tradycję. W średniowieczu wszędzie zniesiono pańszczyznę, tylko rząd polski nie chciał tego zrobić. Dopiero państwa rozbiorowe (zaborcy) zrobiły to przy wyraźnym sprzeciwie szlachty polskiej. Tylko w czasie komuny różnica między poziomem życia w mieście i na wsi była mniejsza. Może to z tego powodu, że na rząd polski wpływ miało obce państwo?
6. Okupacja prawdziwa
Ruscy żołnierze

Sielanka początku wojny nie trwała długo. Przeżyliśmy piękne lato pasąc krowy z kolegami. Któregoś ranka wyszedłem z domu, a teren jak okiem sięgnąć pokryty był namiotami, końskimi zaprzęgami i dymami ognisk. Nie można było za krzakiem siknąć, żeby nie natknąć się na ruskiego żołnierza. Cały żywy inwentarz znalazł się znowu w piwnicy. Straty w drobiu były znaczne, ale większość udało się uratować. Dla nas rozpoczął się nowy okres przygód. Mogliśmy bezkarnie chodzić po całym obozowisku, bawić się różnymi rzeczami, a nawet rozładowaną bronią. Dziwiło nas to, że karabiny noszą na sznurkach, kamasze mają ze skóry i tkaniny, a łydki aż do kolan owijają zielonymi, grubymi bandażami –owijaczami. Uczyliśmy się sztuki jak założyć owijacza, żeby nawinięte na górną część kamasza nie zsunęły się z niego w czasie chodzenia. Owijacze stały się modne. Ludzie odkupywali od ruskich te owijacze, bo z tak owiniętymi nogami można było chodzić po głębokim śniegu i nie wsypywał się on za cholewki, czy cholewy butów. Stopy, tak jak my, zawijali w onuce.
Żołnierze częstowali nas swoimi produktami. Smakowały nam suszone ryby, ale powszechnie gotowana w kociołkach zupa nie smakowała nam. Miała wygląd i smak gotowanej mąki, tylko kolor miała żółty. Konie mieli różne. Te duże podobne były do tutejszych. Te małe miały gęstą grzywę, grube ogony i były agresywne. Trzeba było trzymać się z daleka, bo gryzły i wierzgały. Między sobą też walczyły. Żołnierze również byli dziwni. Nędznie ubrani, zaniedbani, niezdyscyplinowani. Idąc w kolumnie zawsze śpiewali. Mieli bardzo ładne piosenki marszowe, ale szyk i krok utrzymywany był tylko na początku kolumny. Utrzymanie kroku wymuszała piosenka marszowa, ale ci, co nie mieli słuchu, szli krokiem swobodnym. Mężczyźni śmieli się z nich i nazywali cywil-bandą.
Prawdziwa frajda była wieczorem, kiedy żołnierze rozwieszali między drzewami białe prześcieradło i puszczali film. To było coś nowego, coś niebywałego. Na ekranie widać było ludzi jak się poruszają, rozmawiają. pracują itp. Zupełnie jak żywi. To był szok. Tego nikt jeszcze nie widział, ani nawet nie słyszał o takiej możliwości. Na filmy zaczęła przychodzić cała okoliczna ludność. Przychodziły całe rodziny z dziećmi i dziadkami. Rosjanie byli tak uprzejmi, że nie brali pieniędzy, ale nawet plac najbliższy ekranu udostępnili cywilom. Siadaliśmy lub kładli się na trawie. Mężczyźni palili papierosy (skręty) i czasami podawali sobie butelki z wódką. Poza tym wieczorami w różnych miejscach grała muzyka i żołnierze tańczyli. Dziewczyn nie było, więc tańczyli sami mężczyźni. Oni tańczyli inaczej niż nasi. Tańczyli nie parami, ale pojedynczo i w sposób podobny do zabawy w kucanego berka. Były też grupy śpiewające i grające na mandolinach lub gitarach. Do tańca to grały harmoszki. Były to niewielkie czarne dwurzędówki (guzikówki). Jedną taką harmoszkę (półbajan) mama kupiła dla nas za jajka.
I tak jak kiedyś zjawili się rankiem tak i teraz któregoś ranka wyszedłem przed dom i nie było ani jednego Ruska. Dookoła pustka. Pustkę poczułem też w środku. Grali, śpiewali, karmili i poili konie. Był ruch. Wszędzie było ich pełno. Teraz pustka i smutek. Dla nas dzieciaków pobyt sołdatów wydawał się krótki. Poznawanie obozu, cukier w bryłach, zupa , suszone i słone ryby, kino, gościnność, muzykalność i rozśpiewanie sołdatów było radosne i czas szybko leciał. Dla dorosłych i dla rolników nie był to czas radosny. To był czas kradzieży, rabunku i grabieży. Sowieci wynieśli się dopiero kiedy wszystko, co nadawało się do zjedzenia przez ludzi i przez konie zostało zjedzone. Odjeżdżając zabrali, co lepsze konie, a pozostał po nich głód i ubóstwo. Nasze gospodarstwo zostało względnie oszczędzone. Może dla tego, że tu było ich dowództwo z ośrodkiem zdrowia, propagandy i kultury.
Niestety nie wszyscy zniknęli. Usłyszałem jakieś krzyki i tumult za domem. Pobiegłem i zobaczyłem grupę sołdatów, jak wyprowadzają naszego konia z piwnicy. To był nasz ulubieniec. Wychowywaliśmy go od urodzenia. Karmiliśmy go, czyścili. Bawiliśmy się z nim. Teraz już był duży i ojciec miał zamiar przyuczać go do pracy. Był wypasiony, wyczyszczony, wypielęgnowany. Wyglądał ślicznie. Teraz zobaczyłem jak skacze, wierzga usiłując wyrwać się sołdatowi. Ojciec coś tłumaczy, mama płacze i wyrywa sołdatowi lejce. Inny sołdat odciąga mamę. następny wciska ojcu lejce, do których przywiązane było coś przypominające bardziej szczura niż konia. Ojciec odrzucił wciśnięte mu do rąk lejce, ale mama zdążyła chwycić i przywiązała szkapę do drzewa. Sołdaty odjechali z naszym koniem. Wszystko ucichło, tylko ja wciąż stałem jak sparaliżowany. Scena ta była dla mnie wstrząsająca i chyba paraliżująca. Zamiast bronić konia, to stałem i słowem się nie odezwałem. Palcem nie kiwnąłem, żeby go bronić. Teraz wszyscy się rozeszli, a ja wciąż stałem na pograniczu przerażającego snu i jawy.
W domu nikt nic nie mówił. Cała rodzina pogrążona była w smutku. Nie cieszyła nas nawet harmoszka kupiona od ruskich za jajka. Sołdat bardzo ładnie na niej grał, ale nam nic nie wychodziło. Na szkapę nie zwracaliśmy uwagi, bo przypominała o stracie ulubionego Kasztanka. Była zamiast ulubieńca i za to nienawidziliśmy jej. Postanowiliśmy ją ukamienować. Obładowani kamieniami zatrzymaliśmy się w bezpiecznej odległości, żeby ją obejrzeć. Nikt nie ośmielił się zbliżyć do niej, bo zębami i kopytami atakowała każdego, kto znalazł się w jej zasięgu. Teraz dopiero zauważyliśmy, że jest mała. Ma wysokość raczej krowy niż konia, ale długość była właściwa dla konia. Kolor myszaty. Tylko od grzywy do ogona biegła ciemniejsza pręga. Łeb miała wielki. Większy niż u normalnego konia. Kłaki myszatego koloru miejscami krótkie, a miejscami długie, skołtunione. Widać jeszcze nie zmieniła zimowego futra. W jej zasięgu trawa była wygryziona do ziemi. Gałęzie i kora z drzewa były zjedzone. Kiedy tak na nią patrzyliśmy przekopywała kopytem ziemię i wybierała z niej korzonki trawy. Była bardzo chuda. Była przerażająco chuda. Jej wygląd był odrażający, ale nie mobilizował nas do rzucania w nią kamieniami. Zniechęciły nas zwłaszcza rany na jej grzbiecie, przy których kłębiły się roje much. Widocznie miała źle dopasowane siodło. Zresztą Rosjanie na ogół nie stosowali siodeł. Wygląd tego bydlęcia był odrażający, ale i przygnębiający. Wysypaliśmy kamienie na ziemię i spluwając z odrazą odeszliśmy.
Wracając pod wieczór zauważyłem, że mama ośmieliła się wejść na jej teren i postawić wiadro z wodą. Klacz wypiła wodę i pozwoliła mamie zabrać wiadro. Później mama zaniosła jej wiązkę siana. Przestaliśmy się nią interesować. Zapamiętałem ją jeszcze, kiedy pod wieczór przyprowadził ją sąsiad. Miała zapadnięte boki, posklejaną sierść, łeb spuszczony. Zmęczona ledwie szła. Teraz rany miała na przednich łopatkach od chomąta. Z rozmowy dorosłych wynikało, że w parze z koniem sąsiada ciągnie pług. Mówili, że sąsiad ją wykorzystuje oszczędzając swojego konia, ale pracować musi, bo sąsiad dał nam ziarno do obsiania pola. Po najeździe ruskich sytuacja była ciężka. Ruskie konie zżarły siano i zboże. Żołnierze zjedli świnie, krowy i drób. Konie, co lepsze zabrali. Nie było, czym uprawiać pola. Dobrze, że zboża ozime były już zasiane, ale nie było, co jeść. Powstała groźba głodu. Rolnicy to lud twardy i zaradny. Głodując nie poddawali się. Wszystko znów zaczęło wracać do normy. Ojca znowu wybrali, ale już nie na sołtysa, ale na precydatiela.
Zimą często mama gotowała hamzę. Bardzo smakowała nam hamza. Robiło się ją w ten sposób, że do sagana z ugotowanymi kartoflami mama sypała mąkę, lała pół tygielka usmażonej słoniny i starsze dzieci trzymając sagan musiały tłuc tak długo, aż tłuczek był czysty. Gotową hamzę (czasami zwaną prażochą) mama wykładała na duży talerz i stawiała na środku stołu. Usadowieni wokół stołu kopaliśmy tunele na wylot tak, żeby drugiemu wyjadać skwarki. Naprzeciwko siedziała Irka i udało mi się podebrać jej skwarka. Ona rzuciła we mnie ciężką miedzianą posrebrzaną łyżką i trafiła w czoło. Krew siknęła aż na drugą stronę stołu, na Irkę i na mamę. Ja w krzyk. Irka w płacz i schowała się pod spódnicę mamy. Mama zaraz ją zabrała. Ja wrzeszczałem jeszcze bardziej i czekałem, kiedy wreszcie ojciec ją zleje, ale ojciec nie zrobił nic. Czułem większą złość niż ból.
Po tym wydarzeniu mam dotychczas na czole znak. Z Irką postanowiłem rozliczyć się sam. Nie mogłem tego znieść, że jako najmłodsza była pupilką rodziców. Wszystko jej było wolno. Nawet ojciec nigdy nie spojrzał na nią swym mrożącym krew w żyłach spojrzeniem. Jeżeli na któregoś z nas się poskarżyła, to marny był jego los. Było zasadą, że starszy młodszego wykorzystywał i dokuczał mu. Ja byłem starszy tylko od Irki, a ona była nietykalna. Obmyślałem więc podstępne plany zemsty. Kiedyś namówiłem ją na sanki i wywiozłem na dużą połać bardzo śliskiego lodu. Z okrzykiem: „wściekły pies” zostawiłem ją na tym lodzie i uciekłem. Schowany za ścianę z radosną satysfakcją patrzyłem, jak pada, wstaje, próbuje biec i znowu pada zalewając się łzami. Największą satysfakcję miałem, kiedy wyprowadziłem ją do ubikacji. Odczekałem, żeby się usadowiła, ale nie dokończyła czynności zasadniczych i z okrzykiem: „wściekły pies” uciekłem do domu. Przybiegła zaryczana i zafajdana. Widocznie kończyła załatwianie się w biegu.
Do ojca – precydatiela znowu przychodzili ludzie. Pili wódkę, gadali. Byli mniej radośni. Mieli ze sobą jakieś książeczki. Mówili o zebraniach, o partii. Mama długo kopała w skrzyni ze starymi papierami i w końcu ucieszona, że znalazła jakąś legitymację. Zdaje się, że była to legitymacja partyjna ojca świadcząca, że należał, do PSL. Pomogło to ojcu, ale nie na długo. Nie chciał zapisać się do partii komunistycznej, czym dawał zły przykład. Stracił, więc władzę. Ludzie już nie przychodzili. Nie chciał zapisać się do kołchozu, czym mocno naraził się władzy. Płot z drutu kolczastego znalazł się w odległości około 3 m od okien mieszkania. Mama straciła ogród. My straciliśmy teren do zabawy, w tym park i sad.
Zostawiono drogę do rzeki. Tam można było pobiegać i kąpać się. Zostawiono nam też kawałek łąki nad rzeką. Tam pasłem krowę. Krowa teraz była tylko jedna. Kolegów nie było. Nudziłem się. Próbowałem zrobić fujarkę z gałęzi wierzby, ale niezbyt mi szło. W majsterkowaniu to dobry był mój starszy brat Stefan. Podpatrywałem jak on to robił i tak jak on ucinałem odpowiedniej grubości gałąź wierzby, lekko obstukując oddzielałem korę od drewna. W zdjętej korze wycinałem odpowiednie otwory i zabierałem się do drewna. Tu zdaje się trzeba było mieć nieco nadprzyrodzonych zdolności. Ja pamiętałem, jak to robił Stefan i starałem się dokładnie robić tak jak on. Po obrobieniu drewna naciągałem z powrotem korę, obrabiałem zewnętrzny wygląd tak żeby była ładna. Poczekałem aż podeschnie i kora przylgnie ciasno do drewna. Dmucham i .... nic. Stefanowi gra, a mnie nie. Byłem uparty. Robię więc następną i następną. Po iluś tam nieudanych próbach skapitulowałem. Twórczość swoją ograniczyłem do gwizdków. Robi się tak jak fujarki, tylko są krótsze i roboty mniej. Zrobione gwizdki mi gwizdały, a fujarki nie chciały.
Kiedyś mama popatrzyła na przypędzoną z pastwiska krowę powiedziała, że jest głodna i że mleka nie będzie. Zmartwiło mnie to, bo potrawy robione bez dodatku mleka nie były smaczne. W następnym dniu zacząłem myśleć, dlaczego ta krowa była głodna? Dopiero teraz zauważyłem, że trawy na naszym pastwisku prawie nie ma. Krowa wygryzła ją niemal do ziemi. Za drutami kolczastymi, na kołchozowym pastwisku trawa była duża, soczysta. Pastwisko jak okiem sięgnąć pokryte było żółtymi kwiatami mleczu. Był to duży, puszysty, żółty dywan. Krów tam nie było. Po najeździe wojska sowieckiego, zdaje się, że i kołchoz krów nie miał. Mówili, że nasza krowa uratowała się cudem. Była to duża krowa. Była cała czarna, miała długie nogi i małe wymię. Ojciec mówił, że się ciężko doi, bo ma małe cycki. Prawdopodobnie przestraszyła się wojska i pogalopowała w dzikie zarośla białoruskich łąk. Może przestraszona wystrzałem korzystając z długich nóg wymknęła się z łapanki. Odnaleziona po jakimś czasie, wraz z tym koniopodobnym stworzeniem stanowiły podstawę naszego utrzymania. Zasługiwała więc na szczególną opiekę.
Pomyślałem, żeby wpuścić krowę na pastwisko kołchozowe, ale zapora z drutu kolczastego była nie do przebycia. Poza tym bałem się kołchozowych władz. Pamiętałem, że kiedyś, kiedy paśliśmy krowy gromadnie, zajęci zabawą nie zauważyliśmy, że krowy poszły na łąki Białorusinów. Ci zajęli krowy i popędzili do swojej wioski. Mama musiała iść do tej wioski i wyprosić oddanie krów. Zdaje mi się, że wioska ta nazywała się Horoszczyce lub Horodycze. Ja jako winowajca musiałem być przy tym. Bardzo się bałem, żeby mnie nie pobili. Białorusin zapytał czy to ja wtedy pasłem krowy? Przyznałem się. Później zapytał czy teraz lepiej będę pilnował krów? Obiecałem. Białorusin oddał krowy i nawet mnie nie skrzyczał. Był to spokojny i dość miły lud . Najlepszym moim przyjacielem był Iwan, syn kulawego Białorusina mieszkającego na wzgórzu. Nie zauważaliśmy różnic narodowościowych. Nie pobili mnie i oddali krowy. Musiałem tylko obiecać, że od tej pory będę dobrze pilnował krów. Teraz bardzo się bałem, żeby kołchoźnicy nie zajęli mi krowy, bo mogli nie oddać. Oni przecież bardzo potrzebowali krów. Zacząłem więc rwać zielsko na polu i nosić je krowie. Dumny przypędziłem krowę z wypchanym dużym brzuchem. Krowa była zadowolona. Mama też.
Na mamie ciążył wtedy obowiązek nakarmienia siedmioosobowej rodziny. Poznaliśmy smak pokrzywy, lebiody i innych zielsk, których nazw nie pamiętam. Poznaliśmy, czym na wsi jest przednówek. Dla rolników przednówek był okresem, kiedy zapasy zimowe zostały zjedzone, a żywność nowa jeszcze nie urosła. Mało było takich, którym zapasów zrobionych w poprzednim roku starczało do nowych zbiorów. Wiosną był przednówek i rolnicy głodowali. Skończyła się żywność. Skończyła się pasza. Głodowali ludzie. Głodowały zwierzęta. Wyganiane na pastwisko krowy często były tak chude, że nie miały siły chodzić. Chude były dzieci. Chudzi byli dorośli. Najszybciej wiosną rosną chwasty. Niektóre z nich zjadane były przez zwierzęta. Mama uznała, że jeżeli zwierzętom nie szkodziły to i ludziom nie powinny zaszkodzić. Jednego dnia mieliśmy na stole gotowaną pokrzywę. Drugiego lebiodę, krwawnik, czy mlecz. Jeśli mama znalazła odrobinę mąki lub kaszy i posypała tym zielsko, to było smaczniejsze.
W bagiennym lesie koło kościoła rosły bardzo gęsto wysokie olchy. Na najwyższych gałęziach tych drzew wrony miały gniazda. To było wronie mrowisko. Pisklaki wronie już dorastały. Zaczynały wyrastać im pióra. Były wielkie i tłuste. Kiedy pomyśleliśmy jak mogą być smaczny. to zaślinieni zaczęliśmy kombinować jak się do nich dostać. Trudno było tam wleźć. Drzewa były wysokie i cienkie. Podmuchy wiatru wyginały je we wszystkie strony. Wleźć na sam cieniutki czubek do gniazd groziło złamaniem drzewa, upadkiem i śmiercią. Znalazł się jednak odważny. Widać perspektywa wypchania brzucha nie powstrzyma głodnego przed ryzykiem śmierci lub kalectwa. Wyrzucane przez niego z gniazd pisklaki tłuste i ciężkie po upadku na ziemię zamieniały się w krwisty placek z jelitami na zewnątrz. Nie wyglądały zachęcająco. Poszliśmy po torby. Uradowany przyniosłem mamie torbę żywych jeszcze wronich pisklaków. Mama wcale nie była zadowolona i wypędziła mnie z domu razem z tymi pisklakami. Zacząłem wyrzucać je w krzaki. Zwęszył je kot i zaraz rzucił się na nie. Pomyślałem, że resztę dam koledze. Matka kolegi wzięła ode mnie te pisklaki i po niedługim czasie przyniosła nam po trzy gotowe do jedzenia. Były super. Kości też dały się pogryźć. Zjedliśmy, więc z kościami. W następnych wyprawach już nie uczestniczyłem. Pisklaki szybko obrastały piórami i chudły. Przestawały być atrakcyjne. Kolegom jednak udało się znacznie zmniejszyć pogłowie wron.
Pamiętam, z jaką lubością patrzyłem na pierwsze snopki żyta młóconego przez ojca cepami. Będzie z niego mąka, a z niej chleb. Nareszcie będziemy jedli chleb. Mama napaliła w piecu chlebowym, rozgarnęła żar na brzegi i do przodu. Na łopacie drewnianej z długim trzonkiem wyłożonej liśćmi chrzanu mama układała kule wyrobionego ciasta lekko je ugniatając. Ojciec wkładał je do pieca. Czekaliśmy z lekkim niepokojem na wypiek, który nie zawsze był udany. Ciasto mogło nie wyrosnąć lub wyrosnąć i opaść. Zamiast bochna chleba dostawało się placek zakalcu. Zależało to od wielu czynników. Przede wszystkim ciasto w dzieży należało dobrze wymiesić. Ojciec mył prawą rękę do ramienia. Dłoń zaciskał tworząc coś w rodzaju tłuczka i tak jak się tłucze kartofle, tłukł aż ciasto przestało się kleić do ręki. To wymagało siły i zawsze robił to ojciec. Czekaliśmy na wypiek w ciszy i z niepokojem. Czas się dłużył. W obecności ojca nie odważyliśmy się ponaglać mamy, żeby sprawdziła czy już. Wreszcie jest! Wielkie bochny, lekko przypalonego od góry żytniego razowca. Brzegami nieco popękane, czyli wszystko tak jak powinno być. Będzie wyżerka! Koniec z głodem! Ojciec tą drewnianą łopatą, którą wkładał do pieca teraz wyjmuje z pieca mama przenosi i układa na łóżku. Przykrywa pierzyną i my musimy znowu czekać śliniąc się. Wreszcie ojciec wyjął jeden bochen, zrobił nożem znak krzyża na nim i przekroił na pół. Podał następnie nóż mamie i mama kroiła na kromki dla każdego po jednej. Musieliśmy jeszcze trochę poczekać żeby wystygły i wreszcie jemy. Kromki są małe i ojciec nakazuje jeść wolno żeby nie zaszkodził. Dopiero jak wystygnie całkiem dostaniemy więcej. Przeżyliśmy przednówek, więc lato przeminęło szybko i przyjemnie, ale zima była ciężka.

Zima

Nastały silne mrozy i zamiecie śnieżne, co też trzymało ludzi w domach. Pamiętam, że nie wolno nam było wyłazić spod pierzyny, aż w mieszkaniu zrobi się ciepło. Ojciec przynosił do mieszkania naręcze narąbanego drewna i rozpalał w kuchni. Najpierw kładł wiecheć słomy. Później drzazgi i drobne polana z kłód suszonych od wczoraj za piecem. Podpalał słomę i czasami dmuchał. Później dokładał kłody dzisiaj przyniesione. Kiedy już w kuchni huczał ogień to wstawała mama i zaczynała gotować. Jak już ciepło było w całej izbie i zaczynał topnieć lód na szybach, to mogliśmy i my wyłazić z łóżek.
Zima oznaczała ciężkie czasy dla nas. Musieliśmy siedzieć w domu. Mama i tato razem, to już atmosfera wojenna. Do tego jeszcze pięcioro niesfornych dzieci w jednej izbie. Nie wiem, co było gorsze. Paniczny strach, kiedy rodzice się kłócili, czy siedzenie cicho i prawie w bezruchu między kłótniami. Kiedyś śnieg zasypał nasz dom po dach. Mimo późnego dnia w mieszkaniu było ciemno. Nie wiem jak ojciec wydostał się z mieszkania. Kiedy my wyszliśmy z domu, to przy ścianie domu był już wielki rów , który rozgałęział się do zabudowań gospodarczych i do wychodka. Na sikanie nie chodziliśmy do wychodka, ale sikając w ścianę tego śniegu, robiliśmy nory o kolorowym zabarwieniu śniegu wokół. Ponieważ śnieg leżał długo, więc ściany rowu przypominały współczesne graffiti.
W owym czasie i na tamtejszym terenie były cztery pory roku, a każda wyrazista i stabilna. Teraz, tu we Wrocławiu są tylko trzy pory roku i to niezbyt wyraziste. Zima połączyła się z jesienią i tylko przelotnie występują opady śniegu i mróz rzadko przekracza minus 10 stopni. Tam i wtedy były tygodnie, a nawet wiele tygodni, że temperatura wahała się około -20 stopni. Śnieg zaczynał padać na „wszystkich świętych” („Wszyscy święci – śnieg się kręci”) i leżał aż do kwietnia. Były dni odwilży i dni słoneczne, ale wtedy rozpuszczała się tylko górna, cienka warstwa śniegu. Wieczorem zwykle wracał mróz i z dachu zwisały lodowe sople, a na polu tworzyła się twarda, lodowata warstwa śniegu. Po tej warstwie lekko ślizgały się sanki. Można było też po niej chodzić, choć czasami skorupa lodowa załamywała się i wpadało się w głęboki śnieg. W dniach i tygodniach z mniejszymi mrozami bawiliśmy się w budynkach gospodarczych.
Czasami mróz trochę zelżał, ale śnieg zostawał. Dróg nie odkopywano, ale jeżdżono sankami po śniegu. Taka jazda była urozmaicona. Czasami konie brodziły po brzuchy w śniegu, a sanki sunęły lekko po twardej skorupie śniegu, a czasami i sanki się zapadały i trzeba było złazić z nich, zdejmować ciężary i wyciągać sanki. Jazda sankami po śniegu radowała wszystkich. Wypoczęte konie z przyjemnością galopowały, a pasażerowie sanek wcale nie narzekali, kiedy sanki na zakrętach wywracały się. Powstało coś w rodzaju szaleństwa saneczkowego. Raptem wszystkim zachciało się składać sobie wizyty. Zaczęło się bujne życie towarzyskie. Spotkania odbywały się kolejno przede wszystkim w domach panien. Panny do umówionego domu dowożone były wraz z kołowrotkami (kółkami) na sankach. Tam przędły na tych kółkach nici lub też darły pierze na poduszki. Nie pamiętam tylko, czy darły pierze własne, czy też gospodarza zapraszającego, fundującego kolację i umożliwiającego tańce.
O umówionej godzinie kończyły pracę, ustawiały stoły i zaczynała się kolacja. Początkowo kawalerowie i panny razem przyjeżdżali. Panny zabierały się do roboty, a kawalerowie zagadywali je, podszczypywali i stosowali inne zalecanki. Robili zamieszanie i pożytku z pracy dziewcząt nie było wiele. Ustalono, że chłopcy będą mogli wejść dopiero na kolację. Gromadzili się, więc przed domem, pili wódkę i głupie myśli przychodziły im do głowy. Kiedyś do pokoju, w którym dziewczyny darły pióra, wrzucili wronę. Dziewczyny narobiły pisku, rozsypały piór , które rozdmuchane wypełniły cały pokój. Wystraszone i nie mające, czym oddychać dziewczyny zaczęły wyskakiwać z pokoju upierzone jak ptaki. Chłopcy pokładali się ze śmiechu, ale wrona strąciła jedną z latarek oświetlających pokój i omal nie powstała pożaru. Zabroniono, więc chłopcom przebywania na terenie gospodarstwa. Ostatecznie ustalono, że chłopcy będą przyjeżdżać na samą kolację.
Na tą godzinę ozdobionymi końmi z dzwoneczkami na szyjach i zaprzęgniętymi do wymoszczonych sań przyjeżdżali kawalerowie. Kto nie miał sań lub odpowiedniego konia, to zabierał się z kolegą. Każdy miał ze sobą flaszkę i czasami coś smacznego do zjedzenia. Najedzone i nieco podpite towarzystwo wynosiło stoły i zaczynały się tańce. Nie wiem, na czym grali do tańca. Przypuszczam, że na grzebieniach. Po najeździe Ruskich z muzyką nie było już problemu. Oni mieli dużo sprzętu muzycznego. Były to przeważnie gitary i bałałajki. Sporo było też harmonii dwu i trzy rzędówek typu „BAJAN”. Rosjanie byli bardzo muzykalni i ładnie śpiewali. W owym czasie modne było śpiewanie. Przy wolnych tańcach dziewczyny śpiewały swoim partnerom do ucha. Między chłopcami była ostra konkurencja. Każdy chciał przywabić do swoich sanek, co ładniejszą dziewczynę. Czasami dochodziło tu do mordobicia. Właściwa zabawa zaczynała się dopiero, kiedy towarzystwo znalazło się w saniach. Wszystkie sanie ruszały jednocześnie i galop. Wywrotek było bez liku i o to właśnie chodziło. Chłopcy specjalnie ustawiali się tak, żeby spadając z sań spadać na dziewczynę i tam przytrzymać ją trochę. Dziewczyny przed tym nie wzbraniały się specjalnie. Zmęczeni, syci wrażeń, emocji, a czasami też seksu, wracali nad ranem do domów.
My, młodsze pokolenie podglądaliśmy i podsłuchiwaliśmy starszych, ale mieliśmy swoje rozrywki. Czasami te nasz rozrywki dorównywały brutalnością rozrywkom dorosłych. Zimą suki miały cieczkę. Do naszych suk zlatywały się psy z dalekich wiosek i prowadziły ze sobą walki. Było, na co popatrzeć i można było pokibicować. Dla odmiany urządzaliśmy polowania.
Na jednym z założonych wnyków (drucianych pętli) zobaczyliśmy wielkiego i groźnego psiska. Warczał, szczerzył kły i szarpał się, żeby nas zaatakować. Baliśmy się podejść, więc zrobiliśmy zawody w celowaniu kamieniami w niego. Po kilku trafieniach szarpał się już nie w naszą stronę, ale w kierunku ucieczki. Wtedy już śmielej podeszliśmy i zaczęliśmy okładać go kijami. Już nie warczał, ale skomlał, piszczał i skowyczał. Im głośniej się darł, tym mocniej biliśmy. W końcu po kilku mocnych uderzeniach w łeb przestał się drzeć. Przestał też się ruszać. Nie ożywiły go nawet kopniaki. Przestał, więc nas interesować i poszliśmy sobie.
Kiedy pod koniec dnia przechodziliśmy tamtędy, pies stał. Łeb miał opuszczony i charczał jakby się dusił. Widocznie zaciśnięty na szyi drut utrudniał mu oddychanie. Nasze pojawienie się powitał przyjaznym merdaniem ogona. Kiedy podeszliśmy bliżej, to położył się na plecach. Wiedzieliśmy, że w psim języku oznacza to uległość i poddaństwo. Niezbyt ufając psiej szczerości, zachowując ostrożność zdjęliśmy mu pętlę. Wstał i zamiast uciekać jak przewidywaliśmy, zaczął krążyć wokół nas merdając ogonem. Był posłuszny i wykonywał nasze polecenia. Zachowywał się zupełnie jakby był naszym psem. Kończył się dzień. Byliśmy syci wrażeń i głodni. Szliśmy do domu. Pomyśleliśmy, że pies też może być głodny. Do domu nikt nie chciał go wziąć. Przynieśliśmy mu, więc jedzenie, picie i zostawili na dworze.
Nazajutrz na gwizdnięcie zjawił się i radosnym poszczekiwaniem powitał nas. Znowu stał się silny i groźny. Atakował wszystko dookoła. Musieliśmy bronić ludzi i zwierząt. Odstraszył nawet nasze psy. Dorośli zaczęli nalegać na pozbycie się go. Pies nie chciał nas opuścić. Powstał problem. Po przemyśleniu wzięliśmy baty, odeszliśmy daleko od domu i zaczęliśmy go odpędzać. Bez skutku. Zaczęliśmy lekko batem po ogonie (żeby zabolało, ale nie zrobiło krzywdy). Popiskiwał, odskakiwał, ale się nie oddalał. Dopiero jak zaczęliśmy rzucać w niego śnieżkami, zaczął uciekać. Widocznie pamiętał nasze celowanie kamieniami. Wracaliśmy, a on podbiegał za nami. Kiedy znowu zaczęliśmy w niego rzucać, oddalił się nieco i usiadł. Tak zostawiliśmy go wchodząc do budynku. Więcej już nie widzieliśmy go. Widocznie wrócił skąd przyszedł.
Zabaw z obcymi psami nie zaprzestaliśmy. Czekaliśmy aż pies z suką szczepią się. Wybiegaliśmy wtedy z kijami. Pies dawał drapaka, a suka ciągnięta jak worek podskakiwała za nim. Goniliśmy, aż się oderwała. Bardzo to nas bawiło. Kiedyś taki pies zagoniony między płoty zmuszony został do skoku przez płot. Pies przeskoczył. Suka nie. I tak zawiśli na penisie. Pies z jednej strony płotu, suka z drugiej. Dobiegliśmy i kijami po penisie. Rozczepili się. Pies skowycząc pogalopował. Nie wiem, czy przeżył. Suce nic się nie stało.

Bliskie spotkanie ze śmiercią nr 1

Kończyła się zima. Rzeka wylała. Rozlewiska zamarzły. Zaczęło się szaleństwo na lodzie. Początkowo ślizgawki, jazda na podkówkach. Jeszcze przed wojną mama kupiła wszystkim żółte kamasze „Bata”. Teraz się przydały. A zwłaszcza ich podkówki. Jeździliśmy na nich jak na łyżwach. Poza tym dawały możliwość wykorzystywania nawet małych kałuż, jakie zdarzały się po drodze. Miło było szpanować tym przed kolegami. Ocieplenie postępowało i rzeką zaczęły płynąć kry. Dużo emocji dostarczało nam pływanie na krach. Szło się w górę rzeki już nie zamarzniętej, wskakiwało na krę i płynęło na niej, aż do miejsca gdzie rzeka była zamarznięta. Po drodze moja kra pełniąca rolę tratwy ścierała się z innymi tratwami. Przy takim spotkaniu, któraś z nich mogła się pokruszyć, albo stanąć sztorcem i dostać się pod spód. Należało być uważnym i w porę przewidzieć wynik spotkania. Zderzenie z małą krą było bezpieczne. Rozpadała się mniejsza. Jeżeli przeciwnikiem była duża kra to na moment przed zderzeniem trzeba było przeskoczyć na krę większą. Jazdę na krze rozpoczynało się przy brzegu. Poprzez spotkania i innymi krami, kra ta mogła być wypchnięta na środek rzeki. Można było na środku rzeki znaleźć się poprzez przeskakiwanie z kry na krę wybierając tą bezpieczniejszą.
Pamiętam do dziś strach, jaki odczułem, kiedy zobaczyłem brzeg bardzo daleko, a wokół morze wody pokrytej bryłami lodu i słyszałem głuchy trzask skruszonej kry. Akurat wtedy byłem sam. Koledzy na innych krach byli daleko. Modliłem się, żeby szybko dopłynąć do zamarzniętej całej rzeki i po suchym lodzie dostać się na brzeg. Jednocześnie bałem się tego spotkania z zamarzniętą rzeką. Wiedziałem, jaki tam jest zator lodowy tworzący miejscami bardzo wysokie barykady. Zbliżam się właśnie do takiej barykady z tafli lodowych. Mam szczęście. Przede mną niezbyt wysoka barykada z prawie pionowo ustawionych płyt. Płyty te są w ruchu i trzeszczą. Co tam. Muszę działać. Patrzę na krawędź płyty mojej tratwy. Zbliża się. Mały miękki rozbieg (żeby się nie poślizgnąć) i skok. Jak najwyżej. Jak najdalej. Chwytam się najwyżej sterczącej tafli i przerzucam ciało na drugą stronę barykady. Ześlizguję się na płaski lód. Jestem uratowany. Huk straszny. Lód pęka coraz dalej. Szukam bezpiecznej drogi do brzegu. Biegnę. Jeszcze jeden długi skok i wdrapuję się na wzgórek rozmarzniętej mokrej ziemi. Och, jak miło poczuć pod sobą ziemię, mimo, że jest mazista i zimna. Wstaję. Zabłocony i mokry, żeby nie zmarznąć biegnę szybko do domu. Jeszcze teraz pamiętam żywo to uczucie strachu i świadomość niebezpieczeństwa.
Dziwię się też, że nie zdarzył się żaden groźny wypadek. Rodziców jakby nie interesowało, co robimy poza domem. Ważne było, żebyśmy byli zdrowi i nie demolowali mieszkania jak i pomieszczeń gospodarczych. Nie mogli też znieść rzępolenia na harmonii, którą nam mama kupiła od Ruskich. Stefanowi zaczęło coś wychodzić, a ja byłem zazdrosny i ambitny. Musiałem mu dorównać. Męczyłem się tak długo, aż zagrałem tak jak on. Tolerancja rodziców miała jednak granice. Starali się dzieci nakarmić, ubrać i wypchnąć na dwór. Nie mieli czasu zajmować się ich zabawami.
Śnieg topniał, wody spływały, ziemia wysychała. We wsi znowu pojawili się handlarze. Były to przeważnie kobiety z miasta niosące w chustach założonych na plecy ubrania, obuwie i różne artykuły przemysłowe. Chodziły od wioski do wioski, od chałupy do chałupy wymieniając przyniesione artykuły na kury, mięso, jaja, słoninę i inne artykuły spożywcze. Granica oddzielająca część zajętą przez Niemców od części zajętej przez Ruskich przebiegała kilka kilometrów od Wieliczkowa. Pilnujący jej Niemcy pochodzili chyba z pogranicza Polsko – Niemieckiego, bo trochę mówili po polsku. Nie byli nadmiernymi służbistami. Zatrzymanym handlarzom zabierali to, co im się podobało. Zabierali przeważnie alkohol, jaja i drób. Resztę oddawali i przepuszczali. Jeśli ktoś nie miał nic, co by im się podobało, to zawracali go. Powtarzano we wsi i śmiano się, jak strażnik zawracając kobietę mówił jej, że „ granica zapsita (zamknięta ). Idź do diabła kobita”

Wiosna

W końcu przyszła wiosna i wypędziliśmy krowy na pastwisko. Nasze zabawy nie wróciły. Nie spotkaliśmy się z kolegami w dawnej dużej grupie przy pasieniu krów. Kołchozowi paśli krowy osobno, a ja osobno. Było nudno i smutno. Nie nudziłem się zbyt długo.
Na początku lata Ruskie uciekli. Ja tej ucieczki nie widziałem, ale mówili, że uciekali pojedynczo, grupowo, a niektórzy w kalesonach. Kołchoz przestał istnieć. Ogrodzenia z drutem kolczastym zlikwidowano i mogliśmy paść krowy razem. Znowu było fajnie. Sołdatów wziętych do niewoli Niemcy porozdzielali rolnikom w ilości zależnej od wielkości gospodarstwa. Dla mężatek nie mających mężów przydział był obowiązkowy. We wsi nieoczekiwanie pojawiła się spora grupa młodych zdrowych mężczyzn. Rosjanie wiadomo lud rozpity, roztańczony, rozśpiewany. Zaczęło się bujne życie towarzyskie. Po pracy. Wieczorami zbierała się młodzież przed domem, w ogródku lub w sadzie i grali na gitarach, mandolinach, a czasami też na harmoszce. Tańce były polskie, ale czasami był kozaczok. Znali bardzo dużo czastuszek, czyli krótkich, satyrycznych, sprośnych i melodyjnych utworów. Wszyscy szybko tego się nauczyli i bawiąc się w kółko poprzez czastuszki prawili sobie komplementy lub złośliwości. A wyglądało to tak:
Młodzież ustawiała się w kółko trzymając się za ręce. Kółko obracało się. Jedna osoba do środka i śpiewano jej np.

Garmanist. Garmanist
Kak tibie nie wstydno
Za twoim gorbatym nosom
Nicziwo nie widno
Dla dziewczyny z dużą dupą
I ja taka
I ty taka
Czom u tebe bilsza sraka
Mene chłopci lipsz lubyły
Bilszu sraku rozrobyły

Dla nowożeńca lub kułaka ( bogacza)
Wesołuj sia chuju
Wezut mołoduju
Stanowy sia prutko
Bo wywezut ( na Sybir) chutko

Dla dziadka
Hej wy diwki kurwy, bladi
Nie chaditie wy do diadi
Etoj diadia nie kaleka
chujem zdiełajet czeławieka

Tych czastuszek znaliśmy masę. Cóż, te łagodniejsze szybciej wylatują z pamięci. Nauczyliśmy się śpiewać różnych piosenek, zwłaszcza masowych. Dużo piosenek było romantycznych i melodyjnych. Często wyrażały one tęsknotę. Kiedy poduczyliśmy się grać na naszej harmoszce to graliśmy je wieczorami. Było wesoło i fajnie jak nigdy dotąd.
Niemcy spowodowali, że w oborze były krowy, w stajni konie, a w świniarni świnie. Pamiętam, że jedna kobieta bardzo płakała i lamentowała, kiedy zabierano jej ostatnią krowę. Ojcu nakazano być zarządcą. Było niby jak dawniej tylko krowy były policzone i oznakowane, konie też. Wszystko, co było hodowane musiało być zapisane i oznakowane. Nie pamiętam czy kury i króliki były znakowane i liczone. W wyznaczonym dniu Niemcy musieli dostać wyznaczone sztuki o zaplanowanej wadze. Zboża nie znakowano, ale były obowiązkowe dostawy w ilości i asortymencie. Ludzie, żeby coś mieć dla siebie kopali np. dołek w stodole, nakrywali go słomą i tam hodowali prosiaka. Były częste kontrole i rewizje. Jeżeli rewizja takie coś ujawniła to rolnik, czasami i cała jego rodzina była zastrzelona.
Władzę w terenie sprawował wójt. Był to mały, gruby Niemiec o dość sympatycznym wyglądzie. Kochanką jego została ta ładna siostra Tadka Kulika – tego co rozpędzał zabawy. Izbę Kulików wyremontowano. Zrobiono tam pokój kuchnię i przedpokój. Drzwi i okna wymieniono. Ścianę zewnętrzną otynkowano. Stał się ładniejszy od naszej izby.
Ojciec, co jakiś czas musiał składać meldunki o sytuacji w gospodarstwie. Wybierając się do gminy zabierał alkohol pieczonego prosiaka lub gęś. Ja zabiegałem o pozwolenie na zabijanie gęsi. Lubiłem to. Ażeby gęś nie trzepotała skrzydłami to ściskałem ją między nogami. Lewą ręką dziób przyciskałem do szyi i czubek noża wbijałem między czaszkę, a szyję. Krew sikała silnym strumieniem na dość dużą odległość. Odległość tą zaznaczałem i sprawdzałem, która gęś dalej siknie. Robiłem to ukradkiem – kiedy nikt nie widział. Jeżeli ktoś był to musiałem strumień kierować do miski i mama to zabierała. Z tych gęsi i prosiaków mama potrafiła wygospodarować jeszcze inne smakowitości. My też mieliśmy korzyść z tego, że wójt lubił zjeść i wypić. Ojciec wracał z gminy często nieźle wstawiony. i czasami opowiadał ciekawe rzeczy.
Kiedy ucztowali z wójtem przyszła kobieta ze skargą, że ją mąż bije. Wójt kazał jej poczekać i posłał po męża. Po kilku pytaniach wyprowadził męża na dziedziniec i spuścił psa. Pies zaczął ganiać delikwenta od płotu do płotu i rwać na nim odzież. Publika miała niezłe widowisko. Po mężu na dziedziniec wyprowadzono żonę. Tu była większa zabawa. Kobieta piszczała i darła się. Pies najpierw zdarł z niej długą spódnicę, później poszarpał bluzkę, a w końcu ściągnął z niej galoty i tak ganiał gryząc w gołą dupę. Kiedy pokaleczona i pokrwawiona w końcu padła to psa odciągnięto. Małżonkom kazano się umyć uklęknąć naprzeciw siebie, pocałować się i przysiąc, że odtąd będą już żyli w zgodzie i miłości. Małżonkowie w objęciach, przytuleni, dostali pozwolenie powrotu do domu. Pan wójt lubił żarty i rzymskie widowiska.
Nasz byt materialny jednak się poprawił. W stosunku do czasu kołchozowego to znacznie się poprawił. Zabijając jednego małego prosiaka można było zaryzykować i zabić drugiego większego. Można było samemu coś zjeść i od handlarzy coś kupić. Wójt lubił żartować, ale nie był zbyt dociekliwy. Tylko ojciec mógł się przy nim rozpić, bo wyjazdy miał coraz częstsze i wracał bardziej wstawiony. Głowę miał mocną i pijanego ojca nigdy nie widziałem, ale wyjazdy te mu się podobały i było ich coraz więcej. Kiedyś zamiast konia sam zaprzęgnięty był do wozu. Ojciec ciągnął wóz, a koń szedł z tyłu za wozem. Cała wieś trzęsła się ze śmiechu. Ojciec mówił, że to był zakład. Ja podejrzewam, że to mógł być żart pana wójta. Na szczęście. Albo raczej na nieszczęście zabrano wójta żartownisia a przysłano wójta wielkiego i chudego ascetę. Ten pierw strzelał, a później patrzył, do kogo. Na myślenie za co nie miał czasu. Ojciec rzadziej jeździł do gminy i wracał trzeźwy i jakby przestraszony. Na drzwiach pomieszczeń gospodarczych pojawiły się kłódki a klucze zawsze miał przy sobie. Robiło się coraz gorzej.
Ilość Niemców zagęszczała się. W sąsiedniej wiosce zbudowali posterunek- bazę z okopami i zasiekami z drutu kolczastego. W naszej wiosce rolnik orał pole. Przejeżdżający drogą Niemcy strzelili do niego. Wystraszony rolnik podniósł ręce. Zawołali go . Kazali zdjąć czapkę, uklęknąć i kłaniać się do ziemi. Inny rolnik w podobnej sytuacji próbował uciec i został zastrzelony. W innej wiosce w podobnej sytuacji rolnik został ranny. Na podwórku naszego domu kilku podpitych Niemców kazało młodemu człowiekowi uciekać. Jeden chciał od razu do niego strzelać. Pozostali powstrzymali go, aż uciekający odbiegnie dalej, po czym kolejno zaczęli do niego strzelać. Po pierwszym nieudanym strzale, uciekający zaczął biec zygzakiem, padać i dalej szybko biec. Kibicowaliśmy uciekającemu. W końcu padł i nie podniósł się. Niemcy odczekali chwilę po czym zaczęli sobie gratulować i poszli dalej pić. My wiedzieliśmy, że w miejscu gdzie upadł uciekinier był rów. Tym rowem mógł dostać się do koryta rzeki oddalić się w sposób niewidoczny. Pobiegliśmy sprawdzić. Uciekiniera nie było. Byliśmy zadowoleni. Niemcy postępowali tak jakby szukali okazji, żeby kogoś zastrzelić. Zachowanie Niemców odebrało ludziom ochotę do zabawy.
Jeńcy rosyjscy mieli obowiązek raz w tygodniu meldować się na komisariacie. Któregoś dnia, ci, co poszli się meldować już nie wrócili. Powstał popłoch. W ciągu jednej nocy wszyscy jeńcy zniknęli. Mówiono, że poszli do partyzantki. Z miasta dochodziły wieści o łapankach, o zabijaniu Żydów, o mordowaniu innych niewinnych ludzi. Wszystkich ogarnął strach. Niektórzy uciekali do partyzantki. Ilość partyzantów się zwiększała. W dzień rządzili Niemcy. W nocy partyzanci.
Nie było trudno znaleźć pociski karabinowe, armatnie. Uciekający Sowieci porozrzucali wszystko. Nauczyliśmy się rozbrajać je i wykorzystywać do swoich potrzeb. My robiliśmy pociski w sposób następujący: do korka butelki mocowaliśmy kawałek tkaniny i podpalaliśmy ją Do butelki sypaliśmy proch z dwóch pocisków karabinowych. Zatykaliśmy nim butelkę i rzucali ją do góry. W najwyższym punkcie wysokości proch padał na tlącą się tkaninę, następował zapłon. Butelka rozrywała się, co powodowało huk i duży , dobrze widoczny w nocy efekt świetlny. Nie mogę zrozumieć dlaczego te butelki nie rozrywały się nam w rękach? Rozumiał to chyba Stefan mój 12 letni brat. On był naszym specem od spraw broni.
Rozbrajaliśmy też pociski armatnie. Proch z takich pocisków wyglądał jak płyty CD. Krążek taki podpalony rzucaliśmy w górę. Takie zabawy urządzaliśmy w bardzo ciemne noce w najwyższym wzniesieniu wioski. Było to bardzo widowiskowe i widoczne z daleka. Takie fajerwerki ciemną nocą mogły narobić sporo zamieszania wśród partyzantów jak i wśród Niemców. Najczęściej robiliśmy to na polu za stodołą Białorusina, ojca mojego przyjaciela, Iwana. Noc była bardzo ciemna, cicha i bezwietrzna. Szło nam bardzo dobrze, kiedy usłyszeliśmy warkot silników. Cichy warkot dochodził z dwu stron. Uznaliśmy, że to Niemcy nas okrążają. Wpadliśmy w popłoch i noga każdy winną stronę. Przypuszczając, że mogą nas tropić przy pomocy psów, biegłem zygzakiem skokiem w bok zmieniając kierunek tak żeby dla psa trop się urywał. Później wszedłem do strumyka . Przeszedłszy kawałek w kierunku przeciwnym do ucieczki, wyszedłem na tą samą stronę strumyka, z której wszedłem. Teraz, kiedy to wspominam dziwię się jak duże umiejętności mieliśmy mając zaledwie około 10 lat. W następnym dniu dowiedzieliśmy się, że Niemcy byli tam rzeczywiście. Pościgu jednak nie było. Ślady bosych, dziecięcych stóp i pozostawiony sprzęt, widocznie przekonały ich, że to nie była partyzantka.
Niemcy nasilali dyscyplinę i kontrole odbywały się częściej. Rolników, którzy nie wywiązywali się z dostaw, Niemcy poddawali represjom. Rolników, którzy wywiązywali się z dostaw partyzanci poddawali represjom. Nasze gospodarstwo jako największe było pod czujną obserwacją jednych i drugich. Ojciec miał sporo przyjaciół w okolicy, więc partyzanci przychodzili pojeść , popić i nie byli specjalnie dokuczliwi. Gdyby Niemcy się o tym dowiedzieli , to z nami byłby koniec. Na razie u Niemców też miał dobrą opinię. Nie taką jak u poprzedniego wójta, ale ten też szanował ojca. Zdarzył się jednak bardzo niebezpieczny przypadek. Kobiety, które pracowały przy młóceniu zboża znalazły w stercie słomy Żyda. Za udzielenie pomocy, lub ukrywanie żyda Niemcy zabijali. Kobiet było kilka, więc tajemnicy być nie mogło. Kobiety namawiały Żyda, żeby uciekał, ale on był ledwie żywy lub chory i nie chciał odejść. Wystraszone kobiety rozbiegły się. Ktoś musiał donieść Niemcom. W tej sytuacji musiał to zrobić ojciec. Przyjechał Niemiec na rowerze. Przezywano go Wściekły. Zdaje się Wściekły Fryc, albo Franc. Kazał Żydowi położyć się w rowku i strzelił mu w tył głowy. Zajścia tego nie widziałem, ale widziałem na ziemi krew niezbyt dokładnie przysypaną.
Za jakiś czas przyszli partyzanci. Wyprowadzili ojca . Kazali mu się położyć dokładnie na miejscu Żyda. Ojciec usłyszał trzask zamka karabinu, zacisnął zęby i mocno zatkał uszy żeby nie słyszeć wystrzału. W tym momencie chyba urwał mu się film, bo nie wiedział żyje czy jest już martwy. Niczego nie słyszał. Niczego nie czuł. Pomyślał, że tak widocznie wygląda śmierć. Zaczął jednak sprawdzać poruszając nogami. Kiedy otworzył oczy była cisza i nie było nikogo. Po tym zdarzeniu łysina ojca zaczęła się szybko powiększać, a pozostałe włosy siwieć.
Od tej pory ojciec już nie nocował w domu. Po jakimś czasie nikt w domu nie nocował. My właziliśmy do swoich kryjówek, a mama też się gdzieś chowała. Mieszkanie było otwarte. W szafie stała butelka bimbru, kawałek chleba, czasami coś do chleba. Nieszczęścia chodzą parami. W niedługim czasie spłonęła stodoła z oborą. Ponieważ był dzień i lato, więc budynki były raczej puste, ale była wystarczająca ilość słomy, żeby ogień się szybko rozprzestrzenił bez szans na ugaszenie. Krótkie dochodzenie wyjaśniło, że podpalaczami była grupka 2-4latków rozpalających ognisko w stodole. Wśród nich był zdaje się synek mamy siostry – Moniki. Ten wściekły Fryc uparł się, żeby powrzucać maluchów do ognia dopalającej się obory. Kobiety zrobiły straszny lament. Klękały. Całowały Szwaba po nogach. W końcu ustąpił. Chudy bandyta, wójt, kazał zlikwidować gospodarstwo. Ojciec w tym czasie miał chyba u Niemców przechlapane, bo nie uczestniczył nawet w likwidacji gospodarstwa. Pamiętam, że mama stała w oknie i płakała, kiedy prowadzono naszą krowę. Taki stan trwał tylko przez zimę. Wiosną był nowy wójt i w oborze pełno bydła. Wróciły też nasze krowy. Ojciec wrócił na dawne stanowisko. (...)"

Liczba stron

90

Komentarze

Brak komentarzy.
Bądź pierwszy!