Beezar_komunika_tech

Ja 2 - Praca i życie prywatne

Ja_2-_praca_i_%c5%bcycie_prywatne
dodany 08 lut 2016, 12:28 przez eugeniusz
8,79 PLNdodaj do koszyka

Informacje o książce

  • Ocena: 0.0 na 5
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0
  • 0.0

Kategoria

Biografie

O książce

" Praca we Wrocławiu

Z Olsztyna do Wrocławia zostałem przeniesiony służbowo na podstawie przepisów dotyczących wybitnych fachowców niezbędnych na danym terenie. Byłem zaskoczony tym, że jestem aż tak wybitnym fachowcem. Otrzymałem tez wyjątkowo dobre warunki jak na tamte czasy to jest w ciągu roku mieszkanie za darmo a dokładnie prawo zamieszkania i zameldowania w mieszkaniu spółdzielni. Inni na takie mieszkanie musieli czekać kilka lub kilkanaście lat. W ciągu miesiąca otrzymałem też telefon. Dla zwykłego człowieka telefon był nieosiągalny.
Nie dano mi zbyt dużo czasu na zapoznanie się z nowymi okolicznościami, bo w dużej eksportowej serowni obniżyła się jakość serów i eksport zatrzymał się. Nie znano przyczyn wystąpienia wad, przez to były one trudne do usunięcia. Skierowano tam na tydzień największego fachowca zjednoczenia i mnie, żeby tą produkcję uruchomić. Byliśmy i nic. Ja w zasadzie jako nowicjusz chodziłem za plecami i obserwowałem, co czyni ten fachowiec. Ponieważ efektu pozytywnego naszego wyjazdu nie było, więc dyrektor zjednoczenia skierował mnie tam samego jeszcze na dwa tygodnie. To mnie zaniepokoiło. Poprzednio ja byłem dodatkiem, a teraz jestem sam. Jeżeli ja nie usunę tych wad to koniec z moją fachowością. Ja też nie wiedziałem dlaczego te wady występują. Teraz jako wybitny fachowiec będę pośmiewiskiem. Dostałem stracha.
Zacząłem więc rozmawiać z robotnikami. Chodziłem od pracownika do pracownika rozmawiałem, pytałem, czemu te wady występują, co by zrobili w tej sprawie i notowałem. Byłem zdziwiony informacjami. Ci prości ludzie, robotnicy, czasami mają wspaniałe pomysły. Wyłowiłem te najlepsze, opracowałem plan i przedstawiłem go dyrektorowi zakładu. Dyrektor, też technolog z branży, ocenił to entuzjastycznie. Dziwił się że sam na to nie wpadł, a przecież to takie oczywiste. Zadzwonił do dyrektora zjednoczenia. Coś mu tam nagadał i w efekcie jeszcze dwa tygodnie musiałem siedzieć w małym miasteczku i realizować proponowane zmiany. Razem z dyrektorem tego zakładu przestawialiśmy nawet niektóre ściany działowe w budynkach. Cały proces technologiczny został znacznie zmieniony. Wady zostały usunięte. Teraz ja byłem tym głównym specjalistą w zjednoczeniu. Sytuacja moja w zakładzie umocniła się i ustabilizowała. W teren jeździłem tylko rozwiązywać tylko trudniejsze problemy. Zacząłem poznawać miasto. Miasto pełne roześmianych, pięknych dziewczyn. Ich spojrzenia są gorące, a ja boję się zbliżyć żeby się nie sparzyć. Miałem już jakieś doświadczenia z kobietami.
Polowanie po małżeńskie

Ożeniłem się poraz pierwszy zaraz po dyplomie.
Małżeństwo nie było udane i do Wrocławia przeniosłem się sam. Tu dopiero zaczęły się ballady i romanse. Nie znałem miasta. Nie miałem znajomych. Musiałem intensywnie wykorzystywać też czas prywatny aby zagnieździć się w tym środowisku. Z pracy szedłem do restauracji na obiad i do kawiarni. Wszędzie pełno ładnych dziewczyn, a ja jestem wolny i wyposzczony. Uwolniony ze smyczy małżeńskiej, dobrze odżywiony i wypoczęty czułem się jak prehistoryczny młodzian, który w skórę odziany, z chujem jak wieża. I z tym chujem jak z maczugą gotów polować na zwierza lub wabić nim samice.
Wiosną ulice Wrocławia wypełnione są pięknymi dziewczynami. W dodatku te mini spódniczki, te duże dekolty…. Czułem się jak wygłodniały samiec - jeleń w stadzie ogarniętych rują łań, ale niedostępnych. Pożerałem wzrokiem co smaczniejsze kęski, którymi miasto było wypełnione. Dziewczyny gorące. Jak to się do nich zbliżyć żeby się nie sparzyć? Natura nie obdarzyła mnie atrakcyjną urodą więc jako brzydal miałem spore trudności. Miałem jednak dyplom inżyniera. Takich dyplomów wtedy nie dawano półgłówkom. Muszę więc to wykorzystać.
W czasach dojrzałej młodości nie znałem pojęcia „socjotechnika” i nie wiedziałem, jaka siła za tym się kryje. Korzystałem z boskiego daru logicznego rozumowania i zdolności wypowiadania okrągłych zdań. To jest ważne. To jest niemal decydujące. W tamtych czasach mówiło się, że „ma doby bajer”. Przy moim niezbyt ciekawym wyglądzie najtrudniejszy był pierwszy krok. Jeżeli udało mi się nakłonić dziewczynę na chwilę rozmowy np. w kawiarni to znaczy, jeżeli dziewczyna znalazła się w zasięgu rażenia mojej socjotechniki, to już w ją zasadzie miałem.
Poznałem już swoim sposobem dość fajną Magdę. Był maj. Odprowadzając ją usiedliśmy na ławce. Lekkie przytulanie, całowanie w policzek i rozmowa. Ona wstała pierwsza i stojąc przede mną miała swój ładny, goły brzuszek prosto mojego nosa. Odruchowo zacząłem go obcałowywać. Wracając z randki plułem z obrzydzenia. Nie mogłem pojąc jak mogłem całować dziewczynę poniżej piersi? Jak mogłem się tak poniżyć? Po kilku takich romantycznych spotkaniach Magda straciła ochotę na spotkania ze mną. Było jeszcze kilka, a może kilkanaście poznanych dziewczyn, ale skutek w większości podobny. Ten młodzian w skórę odziany w sytuacji sam na sam z dziewczyną okazał się nawet nie jeleniem, ale romantycznym zajączkiem, w dodatku dość prymitywnym. Głód i wszechobecne pokusy wymusiły na mnie szybkie uczenie się.

Łucja

Znowu udało mi się poderwać dziewczynę wysokiej klasy. Z wyglądu może nie była taka wystrzałowa, ale jej poziom intelektualny imponował mi. Skończyła właśnie Akademię Muzyczną i przygotowywała się do konkursu na solistkę operową w Katowicach. Miałem wobec niej kompleksy, ale widocznie podobałem się jej, bo była miła i chętnie umawiała się ze mną. Czułem, że mam u niej szansę tylko muszę popracować nad swoim poziomem. Zacząłem od muzyki. Wpadła mi w ręce książeczka Waldorffa zdaje się pod tytułem „Wiolinem i basem” i dalej pochłaniałem wszystko, co mi wpadło w ręce. Zainteresowałem się też literaturą, malarstwem, rzeźbą itp. Dużo czasu zabierało mi czytanie książek. Sprawy operowe to miałem w małym paluszku. Potrafiłem przekonywająco bronić solistki Tebaldi przeciwko Callas i tak spotkania upływały nam na interesującej i kompetentnej dyskusji na wysokim poziomie, a czas leciał. Nie pamiętam jak doszło do przerwy w spotkaniach. Pamiętam spotkanie, kiedy już była mężatką. Bardziej pamiętam spotkanie kiedy się rozwiodła. Wtedy znaleźliśmy się w łóżku, ale o tym kiedy indziej

Naczelnik

Wracajmy do pracy. Zaaklimatyzowałem się. Już było fajnie, ale moi zwierzchnicy dalej niepokoili się o swoje stołki. Kombinowali więc, jak się mnie pozbyć.
W zakładzie był wydział inwestycji i remontów. To była zakała zakładu. Wciąż nie spełniał oczekiwań. Naczelnik tego wydziału po roku pracy albo zwalniał się sam, albo go zwalniano. Moi przeciwnicy wykombinowali więc, że tam mnie wsadzą. Przy moim braku wiedzy z zakresu politechniki wykończę się szybko i będą mieli spokój. Jakoś udało im się przekonać do tego dyrektora i otrzymałem propozycję awansu na Naczelnika Wydziału Inwestycji i Remontów.
Wydział ten był bardzo trudny i zabagniony. Poza tym był niebezpieczny, bo podatny na korupcję. Tu sprawdzane były rachunki firm budowlanych i remontowych z całego województwa. Tu podpisywane były faktury i wypłaty dla wykonawców. To były duże pieniądze. Bałem się. Moi „przyjaciele”, kierownicy innych wydziałów, „przyjacielsko” radzili i namawiali. Kiedy wyraziłem zgodę dyrektor przeniósł mnie do tego wydziału w charakterze instruktora inwestycji. Miałem więc możliwość poznać pracę tego wydziału. Dotychczasowy naczelnik otrzymał wypowiedzenie. Teraz na „dywanik” do dyrektora chodziliśmy obaj.
Dyrektor naczelny, postrach załogi, bardzo go beształ za różne zaniedbania. Mój szef, naczelnik stateczny, masywny, doświadczony inżynier i dobry fachowiec, strasznie się pocił. Wycierał chustką całą twarz i łysinę. Gubił się, jąkał. Było mi go szkoda. Próbowałem za niego coś wyjaśnić, ale dyrektor słuchał tylko jego. To był dobry fachowiec i wiedziałem, że nigdy mu nie dorównam. Poza tym był solidny i pracowity. Był jednak zagubiony, strachliwy i dał się zdominować. Miał dużą teczkę, którą wypełniał papierami idąc do domu. Obserwując go wywnioskowałem, że solidna, ciężka praca się nie opłaca. Jeszcze teraz jeżeli słyszę, że jakiś szef czy poseł jest pracowity to zaraz bym go degradował z zarządzania do wykonawstwa. Ataki dyrektora na naczelnika i cały wydział nie przestraszyły mnie. Widziałem, że dyrektor nie ma racji, a szef jest dobry, tyko jakiś strachliwy. Swoją drogą to dyrektora wszyscy się bali. Każdy pracownik wzywany do dyrektora był bardzo przestraszony. Ja się go nie bałem. Może dla tego, że dla mnie był miły i jeszcze nie byłem wzywany do gabinetu.
Kiedy pierwszy raz stanąłem przed jego obliczem i coś tam referowałem, dyrektor po wysłuchaniu kilku zdań zaczął przeglądać korespondencję. Przerwałem więc w pół zdania. Dyrektor spojrzał na mnie i kazał mówić dalej. Sam wrócił do swoich czynności. Ja znowu przerwałem w połowie zdania. Dyrektor podniósł okulary, popatrzył na mnie już mówiącego, odłożył pióro, poprawił się na krześle i zaczął słuchać. Słuchał uważnie i wtrącał swoje uwagi, oraz zadawał sensowne pytania. Rozmowa była rzeczowa i uprzejma. Tak dalece byłem pochłonięty tematem, że nie pomyślałem, że dyrektor wszystkich opiernicza, a mojego byłego szefa w szczególności. Teraz ze mną rozmawia, dyskutuje, a nie beszta. W końcu trafiam na minę. Zdania nasze różnią się. Nie możemy przekonać jeden drugiego. Nie wytrzymuję i wypalam, że jeśli ktoś nie zna czegoś dokładnie, to powinien posłuchać fachowca. Chyba po raz pierwszy dyrektor w swoim gabinecie powiedział słowo „przepraszam”. Dopiero po wyjściu z gabinetu przestraszyłem się swojego zachowania. Pomyślałem czy aby nie wywali zarozumiałego i aroganckiego smarkacza. Szybko się uspokoiłem, bo rozmowa miała dalszy ciąg uprzejmy i rzeczowy. Odczułem coś jakby wspólnotę myśli. Jakbyśmy pracowali na tych samych falach. Chyba to był zaczątek przyjaźni.
Teraz pisząc to jestem zdumiony swoim zachowaniem, zwłaszcza, że nie było ono przemyślane. Chyba sam niezbyt to rozumiałem. To było tak jakby ktoś kierował mną. Wierzący widziałby tu boga, ale ja uważam, że to intuicja i inteligencja. Dziwi mnie to, że nie chciałem mówić do dyrektora, który słuchając jednocześnie przeglądał pisma. Wtedy chyba nie wiedziałem nawet o istnieniu podzielności uwagi. Teraz dopiero wiem, że jeżeli ktoś słucha połową uwagi to rozumie z tego też tylko połowę. Teraz już świadomie nie rozmawiam z kimś, kto słucha mnie połowicznie. Tych co twierdzą inaczej pytam, czy można nauczyć się trudnej lekcji i zrozumieć ją połową uwagi. Trochę inaczej jest tu z kobietami. Kobieta np. gotując musi jednocześnie kontrolować biegającego malucha. Tak jest od wieków i u nich podzielność uwagi weszła w geny.
Sukcesy rosły i zaczęły się szaleństwa. Nie mogę tylko zrozumieć, jak ja to wszystko zmieściłem w czasie. Uważam, że pomogła mi w tym dobra organizacja pracy, czyli inaczej mówiąc, zwalenie całej roboty na podległy personel (spychologia) i kontrola wykonania. Wtedy pomyślałem, że kierownik nie jest do pracy. Kierownik jest do kierowania, a do pracy są ludzie. To była bardzo mądra zasada. Późniejsze obserwacje potwierdzały słuszność tego rozumowania. Myślę, że to jest zasadniczy element sztuki rządzenia. To, jak na to wpadłem, jeszcze mnie zadziwia. Może to przez obserwację swojego pracowitego poprzednika. Głównie to chyba przez te dziewczyny, które nie pozwalały mi pracować w nadgodzinach. Miałbym im do zawdzięczenia to, że w dużej mierze dzięki nim nauczyłem się sztuki rządzenia.
Od tamtych czasów minęło wiele lat, a jakoś nie mogłem się spotkać z tym, aby mówiono lub pisano o sztuce rządzenia. Może po prostu za mało słyszałem i czytałem. Mam nadzieję, że na uczelniach mówią o tym. Są przecież obsadzane stanowiska w firmach, urzędach, władzach terenowych i państwowych. Kandydatom stawiane są różne wymagania, ale nie mówi się o mądrości, o umiejętności rządzenia. Czasami tylko wspomina się o dorobku. Najczęściej do władzy dochodzą ludzie znani z tego, że są znani – czyli celebryci.
Chciałbym posłuchać dyskusji przy obsadzaniu stanowiska dyrektora fabryki komputerów, jeśli do tego stanowiska kandyduje elektronik, informatyk i filozof. Wychodząc z założenia, że filozofia jest nauką mądrości, ja popierałbym filozofa. Nie jestem pewien czy postąpiłbym słusznie.
Jadąc autobusem do Wiednia siedziałem obok adiunkta filozofii. Nasza rozmowa była emocjonująca i obaj z trudem opanowywaliśmy nerwy. Z dyskusji tej zapamiętałem, że adiunkt twierdził, że jeżeli coś nie zostało potwierdzone przez różne ośrodki naukowe, to tego nie ma. Zapytałem go wtedy czy ten wielki dąb rosnący w polu i widoczny przez szybę autobusu znajduje swoje potwierdzenie w jakichś księgach? Myślę, że kierunek wykształcenia jest ważny, ale najważniejszy jest rozum. Opracowano miernik inteligencji, ale miernika mądrości jakoś brak. Człowieka powinno się oceniać na podstawie poziomu intelektualnego. Taki miernik byłby bardzo potrzebny. To byłaby podstawa do obsady stanowisk kierowniczych. Jestem przekonany, że połowa naszych władców kraju przez takie sito by nie przeszła.

Bóg

Jako Naczelnik Wydziału Inwestycji i Remontów organizowałem budowy i remonty zakładów mleczarskich na całym Dolnym Śląsku. Rozliczałem też wykonawców robót. To rozliczanie było bardzo niebezpieczne. Chodziło tu o duże pieniądze. Wykonawcy chodzili za mną z przednimi alkoholami i kopertami wypchanymi pieniędzmi. Byłem młodym i naiwnym idealistą. Nie myślałem o własnych korzyściach, ale o dobrze wykonanej pracy. Łapowników traktowałem niezbyt grzecznie. Ci co w obawie o swoje stołki kierowali sprawy tak, abym się wykończył, rozczarowali się. Zamiast upadku wzmocniłem jeszcze swój autorytet.
Było to pierwsze poważne stanowisko kierownicze. Osiągnąłem je bez starań własnych i to tylko po roku pracy w tej instytucji. Tak jakoś dziwnie się składało, że nawet w marzeniach nie pragnąłem wyższego wykształcenia, a otrzymałem je. Matura to był szczyt marzeń. Dziwnym trafem skończyłem studia. Teraz znowu podobnie. Nie marzyłem o stanowisku kierowniczym. Nie starałem się o to i zostałem naczelnikiem ważnego wydziału w wielkiej firmie. I jak tu nie wierzyć w boga. Wyraźnie widać, że to ktoś (bóg) kieruje moim życiem. W innym wypadku musiałbym uznać, że to ja byłem tak mądry i inteligentny. Że byłem tak przebojowy. Tak nie było, bo po każdej poważnej scenie (wydarzeniu) byłem zaskoczony swoim zachowaniem. Z drugiej strony, to ja w boga nie wierzę. Nie wierzę w boga chrześcijańskiego. Wierzę w boga swojego i on chyba mnie lubi, bo dobrze mną kieruje i czyni mnie szczęśliwym. Gdybym wierzył w boga chrześcijańskiego i co gorsza gdyby ten bóg mnie polubił, to miałbym życie ciężkie i nieszczęśliwe. Księża nie ukrywają tego, że kogo bóg polubi – tego doświadcza. Praktyka potwierdza to, że pobożni katolicy są cierpiętnikami.
Żydzi naród wybrany jest prześladowany na całym świecie. Ziemia wybrana przez boga, Ziemia Święta jest przesiąknięta krwią jak gąbka wodą. Nawet ukochanego syna jedynego skazał na męczeńską śmierć. Jak to dobrze, że ten bóg nie interesuje się mną. Mój bóg za rękę prowadzi mnie przez życie podobnie jak ojciec swoje nieporadne jeszcze dziecko. Tak zupełnie nieświadomego małolata doprowadził do tytułu inżyniera. Teraz ku memu zaskoczeniu, posadził mnie za biurkiem naczelnika wydziału. Mało tego, zostałem dodatkowo szefem Komisji Oceny Projektów Inwestycyjnych. Oceniałem całe sterty projektów. Moje zdanie przesądzało o przyjęciu części lub całości dokumentacji, a więc o całej inwestycji.
Wszystko to dopingowało mnie i pracowałem z pełnym zaangażowaniem uruchamiając całość swoich możliwości intelektualnych. Uporządkowałem swój wydział i zwiększyłem skuteczność jego pracy. Mój poprzednik sam dużo pracował. Ja ograniczyłem się do rozdzielenia roboty i sprawdzania sposobu wykonania. Wydział pracował sprawnie i wydajnie. Dyrektor naczelny w uznaniu zasług albo z powodu własnego lenistwa udzielił mi swojej kompetencji i uczynił mnie Przewodniczącym Komisji Oceny Projektów Inwestycyjnych. W ten sposób przekazał mi część swoich uprawnień, uprawnień Dyrektora Naczelnego! Wtedy nie byłem świadom znaczenia tego faktu. Przyjąłem to jako polecenie i nowe wyzwanie. W sumie sprawiło mi to przyjemność, choć obawiałem się, czy starczy mi czasu na rozrywki.
Teraz awans to już tylko stanowisko zastępcy dyrektora do spraw technicznych. Moi koledzy naczelnicy odetchnęli z ulgą. Stali się mili autentycznie. Tymczasem wpadłem w wielką harówę. Biura projektów przywodziły całe sterty teczek dokumentacji na budowę lub remont, a ja musiałem to ocenić i podjąć decyzję – przyjąć lub odrzucić. Musiałem ocenić architekturę, konstrukcję, projekt elektryczny, wodno-kanalizacyjny itp.
Swoje krytyczne uwagi o projekcie musiałem obronić w dyskusji z autorem – inżynierem, specjalistą danej branży. Ja musiałem polemizować z zawodowcem i pokazać mu błędy jakie popełnił. Nie mogłem się ośmieszyć. Musiałem przekonać autora i innych do swojej oceny. To było bardzo trudne i musiałem się dużo uczyć. Mózg ludzki jest zadziwiający. Jeśli ma motywację to w ciągu kilku miesięcy przyswoi sobie wiedzę całej politechniki w zakresie jaki jest mu potrzebny. Nie wiem czy jest ustalona granica możliwości ludzkiego mózgu. Uważam, że to sprawa cech indywidualnych i motywacji. Mogłem też zaufać fachowcom i zatwierdzać wszystko „w ciemno”, ale ja byłem ambitny. Nie mogłem też całkowicie polegać na opinii swoich inżynierów w wydziale. Musiałem umieć ocenić też swojego inżyniera. Przyjąć, dać do poprawki lub odrzucić projekt – to były bardzo ważne decyzję. Kiedy już z grubsza opanowałem tematy, to mogłem rozdzielić pracę swoim inżynierom. Ta wiedza przydała mi się później, kiedy sam byłem projektantem i kiedy sam prowadziłem budowy. Przydała mi się zwłaszcza kiedy sam byłem szefem biura projektów.
Uczyłem się. Dużo się uczyłem. Jeśli chodzi o wiedzę techniczną, to uczyłem się głównie w domu. Jest zdumiewające jak szybko człowiek się uczy, kiedy sam tego chce i musi. Na szczęście sprawy osobiste na ten czas miałem ustabilizowane i mogłem skupić się na pracy. Z dodatkowymi obciążeniami w pracy poradziłem więc sobie. Ponieważ i tu miałem sukcesy, więc następnym awansem dla mnie powinno być stanowisko zastępcy dyrektora zjednoczenia do spraw technicznych. Zaznaczam, że Zjednoczenie to była wojewódzka zwierzchność nad wszystkimi mleczarniami w województwie.

Zastępca dyrektora

To, że dyrektor naczelny zjednoczenia przekazał mi część swoich uprawnień, pozbawiło moich przeciwników nadziei wykończenia mnie. Moim następnym nieuniknionym awansem będzie stanowisko zastępcy dyrektora naczelnego do spraw technicznych. Tu nastąpiła rzecz dziwna. Najbardziej zaprzyjaźniłem się ze swoim bezpośrednim szefem, czyli zastępcą dyrektora do spraw technicznych. Był to mały człowieczek, niskich lotów. Był świadom tego i wiedział, że kariera jego wisi na włosku. Wiedział, że jestem dla niego zagrożeniem i rzecz dziwna nie gnoił mnie, ale wręcz przeciwnie, zaprzyjaźnił się ze mną. Ja też go polubiłem. Podobała mi się jego otwartość no i komplementy. Zacząłem go wspierać i pomagać w rozwiązywaniu trudnych problemów.
Najbardziej utkwiło w mojej pamięci opracowywanie programu reorganizacji zakładów w całym województwie. Chodziło tu głównie o dostawy surowców i poprawy jakości wyrobów gotowych. Taki program ministerstwo ogłosiło dla wszystkich województw w formie konkursu. Przestraszony szef poprosił mnie do swojego gabinetu i obsypując komplementami poprosił o pomoc.
Przy kawie i w kłębach dymu papierosowego pisaliśmy kilka dni. Szef siedział z binoklami na nosie za swoim wielkim dyrektorskim biurkiem, a ja przed tym biurkiem przy małym stoliku. Ja mówiłem, a on pisał. Prosił, żebym mówił wolniej. Jeżeli jakiegoś wyrazu nie zdążył zapisać to prosił o powtórzenie. Pisał dosłownie to, co ja mówiłem. Ja ten program potraktowałem na luzie i dyktowałem to, co mi przyszło do głowy. Czasami tylko brzuch trząsł mi się od wewnętrznego śmiechu, kiedy pomyślałem kto tu jest dyrektorem, a kto sekretarką? Pochlebiało mi to. Poważnej przyjemności doznałem dopiero wtedy, kiedy dowiedziałem się, że program ten przez ministerstwo został wyróżniony. Teraz myślę, że nie byłem świadom swoich możliwości. Nie doceniałem siebie.
Teraz myślę też, że ten mały człowieczek był bardzo mądry. Zamiast mnie gnoić (co czyniłby każdy inny) to on mnie obłaskawił i kupił pochlebstwami. Zyskał moją przyjaźń. Nie gnoiłem go więc, ale wzmacniałem. Po wyróżnieniu programu podrzucał mi wszystkie swoje trudne problemy, a ja się nad nimi głowiłem w zasadzie bezinteresownie. Myślę też, że był świadom swojej małości i otworzył się wobec mnie, a ja wyczułem w nim instynktownie dobrego człowieka. Była jeszcze jedna przeszkoda wstrzymująca mój awans, o której nie wiedziałem. Była nią nomenklatura partyjna. Był to rejestr stanowisk kierowniczych o obsadzie których decydowała partia. Stanowisko naczelnika też tam było wykazane, ale w pozycji „przyszłe kadry kierownicze”. To stanowisko mogła zająć jeszcze osoba bezpartyjna.
Była ze mną rozmowa na temat wstąpienia do partii, ale obowiązywała tu specjalna procedura. Najpierw należało się zaangażować politycznie i społecznie. Należało jeździć na zebrania partyjne w zakładach pracy, agitować znaczące osoby do partii. Należało angażować się społecznie. Tu była organizacja czynów społecznych i pomoc ludziom cierpiącym. Była masa jeszcze innych czasochłonnych spraw. Ja nie miałem czasu na to i zupełnie tym się nie interesowałem. Jakiś związek z tym miało moje naganne zachowanie. Zachowanie którego się wstydzę. Zachowanie, z powodu którego po 40-tu latach jeszcze mam kaca. W tym czasie była gomułkowska nagonka na Żydów. Była czystka kadrowa. Dyrektor naczelny był Żydem i zaczęli zabierać się do niego. Jadąc w teren dyrektor zabrał do samochodu sekretarza miejscowej organizacji partyjnej-mojego kolegę i mnie. W samochodzie omawiano możliwość wyrzucenia dyrektora z pracy. Od początku wywnioskowałem , że dyrektor chce poparcia miejscowej partii, a sekretarz uchyla się od zajęcia wyraźnego, mocnego stanowiska.
Nie zrozumiałem sensu mojej obecności przy tej rozmowie. Dopiero później domyśliłem się, że ja jako przyjaciel dyrektora, opierdolę swojego kolegę sekretarza i przypomnę mu, ile dyrektor zrobił dla firmy, dla załogi i dla niego osobiście. Kim by był, gdyby nie dyrektor. Nie uczyniłem tak. Siedziałem w samochodzie jak dupa u słupa i ani be ani me. Dyrektor zawiódł się więc na swoim przyjacielu. Przyjaźń nasza nie była deklaratywna. Nawet nie rozmawialiśmy na tematy prywatne czy osobiste. Nasza przyjaźń była na płaszczyźnie intelektualnej. Nasze mózgi pracowały na identycznych falach. To nas zbliżało. Teraz, w potrzebie, zawiodłem go.

„Tak jest na świecie
Że człowiek w biedzie
Człowiek jest w biedzie zawsze sam” (western „W samo południe”)

Dopiero kiedy było zebranie partyjne poświęcone tej sprawie, to zebrała się nas grupka w korytarzu i zaczęliśmy rozrabiać wznosząc okrzyki. Pod oknami świetlicy też krzyczeliśmy: „zostawcie nam dyrektora” lub „ręce precz od dyrektora”. Wyszedł do nas sekretarz, coś tam nagadał i rozeszliśmy się. Dyrektora zwolniono.
Nowym dyrektorem zjednoczenia został były naczelnik wydziału ekonomicznego zjednoczenia, wywalony przez dyrektora. Nadszedł czas zemsty i wywalony naczelnik teraz wywalił dyrektora.
Nowy dyrektor zaczął od czystki. Mnie jako pierwszego zmusił do złożenia rezygnacji ze stanowiska naczelnika. Nie mógł mnie wywalić całkiem, bo wciąż miałem opinię wybitnego fachowca. Partii mogłoby się to nie spodobać. Utworzył więc specjalnie dla mnie samodzielne stanowisko specjalisty do spraw przygotowania inwestycji w całym województwie. Płaca dotychczasowa. Osobne biuro w budynku zakładu produkcyjnego. Dyrektor nie zwalniając mnie z pracy pozbył się mnie nawet z budynku firmy, a ja byłem z tego zadowolony. To się nazywa zręczna polityka kadrowa.
Nie miałem podwładnych. Nie miałem bezpośredniego szefa. Praca bez kontroli. „Sam sobie sterem, żaglem i okrętem”. Co za frajda! Z wolności tej korzystałem do oporu. Teraz dopiero zaczął się dla mnie okres szaleństw. „Carpe diem” - Horacy

Niech żyje bal
Życie kochanie trwa tyle co tanie
fandango, bolero, be–bop
manna, hosanna, różaniec i szaniec
i jazda i basta i stop.
Bal to najdłuższy na jaki nas proszą,
nie grają na bis, chociaż żal,
zanim wiec serca upadłość ogłoszą
na bal, marsz na bal
Niech żyje bal! Bo to życie to bal jest nad bale!
Niech żyje bal! Drugi raz nie zaproszą nas wcale!
Orkiestra gra! Jeszcze tańczą i drzwi są otwarte!
Dzień warty dnia! A to życie zachodu jest warte!
Sucha kostucha – ta Miss Wykidajło
wyłączy nam prąd w środku dnia.
Pchajmy wiec taczki obłędu, jak Byron,
bo raz mamy bal!
sye spoj
Niech żyje bal..
Osiecka

Nowe stanowisko

Często jeździłem do Warszawy. Pociąg klasy pierwszej, sypialny lub samolot. Najlepsze hotele. Czas pobytu dowolny. Skosztowałem kilka Warszawianek. Są apetyczne prawie jak Wrocławianki. Zawarłem też korzystne znajomości w ministerstwie. Zacząłem się zastanawiać czy nie wykopać dyrektora naczelnego i samemu zająć to stanowisko. Żądza wolności i dziewczyn przeważyły żądzę władzy. Poza tym konieczność wstąpienia do partii, zebrania partyjne, prace społeczne, ostatecznie zniechęciły mnie do tego. To chyba był szczyt mojej kariery zawodowej.
Poznawałem wielkie i oszałamiające miasto Wrocław, a zwłaszcza jego lokale rozrywkowe. Dziewczyny są piękne. Pociągające, kuszące i ponętne. Rzuciłem się więc w wir uwodzenia i praktyk małżeńskich. Udoskonaliłem sposoby podrywania dziewcząt. Ku memu zaskoczeniu okazało się, że te z górnej półki są znacznie łatwiejsze w podrywaniu, aniżeli te z półek niższych. Te z półek najniższych są wręcz nie do poderwania. One uważają, że ich największą, a może nawet jedyną wartością jest „wianuszek” i chyba mają rację, bo poza tym są brzydkie i głupie. Zrozumiałem, że popełniłem wiele błędów będąc skromnym i nieśmiałym. Przestawiłem się więc.
Udawałem śmiałego, odważnego, aroganckiego, a czasami bezczelnego. Dziewczyny zacząłem traktować jako „stworzenia boże, które powinny stać w oborze, lecz ze względu na kształt dupy chłop je zabrał do chałupy”. Sukcesy rosły i zaczęły się szaleństwa. Szaleństwa te nie powinny kolidować z pracą. Rozgadałem się. Wracam więc szybciutko do pracy.
Byłem ambitnym pracownikiem, o sporej żądzy władzy. Być szefem samego siebie to bardzo wygodne, ale mało ambitne. Opracowałem więc nową formę tego stanowiska. Nowy regulamin, strukturę organizacyjną. Zrobiłem z tego jednoosobowego stanowiska, samofinansującą się firmę usługową podległą Zjednoczeniu. Projekt pozytywnie oceniły władze wojewódzkie jak i centralne. Zrealizowałem go i powstała firma, która pełniła funkcję inwestora zastępczego. To znaczy, że jeżeli jakaś firma zamierzała wybudować zakład i nie chciała sama się tym zajmować, to zlecała to inwestorowi zastępczemu, który dysponował fachowcami, wyspecjalizowanymi w sprawach inwestycyjnych. Przyjmowałem też zlecenia na rozbudowę i modernizację zakładów, jak również na remonty kapitalne. Zleceń było dużo. Firma wystartowała rewelacyjnie. Byłem dumny i moje akcje rosły. Zdaje się, że to był pierwszy w kraju zakład o tym profilu. Później takie zakłady powstały we wszystkich województwach. Dotychczas byłem potęgą jako fachowiec, teraz stałem się potęgą również jako organizator. Współcześnie takie zadania wykonuje menadżer. Dla swojej firmy przewidziałem stanowisko dyrektora i zastępcy. Było oczywiste, że dyrektorem będę ja. Zastępca potrzebny był do pracy, kiedy dyrektor będzie balował. Trwające uzgodnienia partyjno - ministerialne w tej sprawie mało mnie interesowały, bo dla mnie wynik był oczywisty. Niestety, dyrektorem tej firmy został ktoś inny. Mnie powiedziano, że o stanowiskach dyrektorskich decyduje partia, a ja jako bezpartyjny, nie mieszczę się w nomenklaturze.
W firmie mogę pozostać jako kierownik działu. Gdybym zdecydował się wstąpić do partii, to po rocznym stażu mógłbym kandydować na stanowisko dyrektora, lub jego zastępcy. To był szok. Sam zorganizowałem tę firmę. wdrożyłem ludzi do pracy, czyniąc ich kompetentnymi. Całej firmie dałem rozpęd. Firma przynosiła zyski. Teraz miałem zostać tylko kierownikiem? To było upokarzające. Złożyłem wypowiedzenie.
To moja druga porażka w pracy. Prawdopodobnie załatwił mi to dyrektor zjednoczenia. Ten sam, który wykopał mnie ze stanowiska naczelnika wydziału. Wiadomo mi było, że czasami partia robi wyjątki i na samodzielne stanowiska kierownicze dopuszcza bezpartyjnych. Ministerstwo popierało mnie. Dyrektor musiał się bardzo starać, żeby mnie utrącić.

Biuro projektów

Tyle wysiłku włożyłem w utworzenie nowej, samodzielnej, dobrze prosperującej firmy. Otrzymałem tyle pochwał i wyrazów uznania, a dyrektorem został ktoś inny. Czy to nie oburzające? Mój bóg był dla mnie przyjazny i pomógł mi w tej trudnej sytuacji. Najpierw spowodował, że dostałem pracę w ekskluzywnej firmie, jaką wtedy było biuro projektów.
Wcześniej, jako Przewodniczący Komisji Oceny Projektów Inwestycyjnych, oceniałem ich dokumentację. Chyba zrobiłem dobre wrażenie, skoro przyjęto mnie do pracy. Tam znowu zacząłem błyszczeć. Przyjęty byłem na asystenta. W krótkim czasie zostałem starszym asystentem, projektantem, starszym projektantem i rzeczoznawcą do spraw projektowania. Zacząłem dobrze zarabiać.
Biura projektów w tamtym czasie były jednym z nielicznych zakładów, gdzie płacono za faktycznie wykonaną robotę i można było więcej zarobić. To były ekskluzywne firmy. Dostać tam pracę, to był sukces i niemal szczęście. Jakoś dostałem tam pracę bez rekomendacji, poparcia znaczących osób, czy łapówki. W to miejsce miałem poparcie Najwyższego. Popierał mnie mój bóg, który wciąż się mną opiekował i wspierał. Miałem wiele przykładów pozytywnego wsparcia w sytuacjach bardzo ważnych i kryzysowych.
Goryczą wspomnień było tylko to, że dyrektor naczelny zjednoczenia mógł mieć teraz pełną satysfakcję, jeśli chodzi o mnie. Moja dobra opinia w ministerstwie i dobre stosunki z tym urzędem niepokoiły go. Przyznaję, że pokusa wykopania go ze stanowiska i zajęcie jego miejsca nawiedziła mnie. Myślałem nawet, do jakiej partii się zapisać? Kiedy uświadomiłem sobie, że wtedy nie będę miał czasu na rozrywki, to straciłem ochotę na taki awans.
To co miałem teraz, zadowalało mnie. Pieniądze i nienormowany czas pracy. To było to, czego potrzebowałem. Odnowiłem mieszkanie. Wyposażyłem w dobry sprzęt muzyczny. Dopiero zaczęto wprowadzać stereofonię. Ja miałem już kwadrofonię. Dalej, nowoczesny sprzęt gospodarstwa domowego, greckie dywany z oryginalnej wełny, ze strąkami długości 7 cm. Dobrze wyposażony barek, no i polowanie na dziewczyny. To mieszkanie było niezłą przynętą i połowy były niezłe.

„Nosił wilk razy kilka".

Ślub (Krystyna)

Moje kawalerskie spotkania odbywały się najczęściej w kawiarni hotelu „Monopol”.
To był wtedy najelegantszy lokal we Wrocławiu. Od 17 do 22 były tam potańcówki przy orkiestrze. Tam miała swoje zbiórki kilkuosobowa grupa najgroźniejszych podrywaczy.
Karty wstępu, bilety ani specjalne stroje nie obowiązywały, więc po pracy dziewczyny wpadały na ploteczki i posłuchać dobrej muzyki. Że przy okazji potańczyć można, tym lepiej. Impreza kończyła się wcześnie, więc można było wcześnie wrócić do domu samemu lub z kimś. Można było coś zrobić lub się popieścić, wyspać się i wypoczętym pójść do pracy. Szkoda, że teraz młodzież nie ma takiej możliwości. Pary tu raczej nie przychodziły. Tu przychodzili głównie ludzie wolni. Choć wstęp był łatwy to jednak zbierała się tam elita młodzieży. Widocznie lokal swoją klasą dokonywał selekcji.
Pewnego razu przyszły cztery rosłe dziewczyny i wszystkie fajne. Ja wybrałem tą najbardziej naturalną (najmniej makijażu), ale chyba najzgrabniejszą. Naturalne włosy do ramion. Dość ładna buzia, ładna długa szyja drobne kości, duże piersi, wąska talia i duża dupa. Jej budowa kształtem przypominała łyżkę. Tylko nogi miała niezbyt zgrabne z tendencją do platfusa. Na prawej ręce miała ozdobny pierścionek w kształcie obrączki. Zapytałem, więc czy to ozdoba czy dowód. Powiedziała, że dowód. Ostudziło to mój zapał. Nie uwodzę mężatek. Trudno było taniec przerwać, więc dla zabawy zacząłem „tango przytulango”. Akceptowała. Dziwne. Łatwa zdobycz. Z rozmowy wynikało, że jest damą z lepszego towarzystwa, a jej mąż to czysty szlachcic. Jako syn chłopa lubiłem być złośliwy wobec arystokracji. Pomyślałem, że łatwa okazja przyprawić szlachcicowi rogi. Pewien sukcesu umówiłem się na następny dzień. Było miło, ale sukcesu nie było. I tak było przez kilka następnych spotkań. Poza tym ta dama swoją osobowością zaczęła wymuszać na mnie eleganckie zachowanie. Musiałem odświeżyć znajomość z teatrem, operą. Jakieś koncerty symfoniczne. Wnerwiało to mnie. Czas leci. Pieniądze też i nic.
Miałem zasadę, że jeżeli dziewczyny nie skosztowałem w ciągu trzech spotkań to przestawała mnie interesować. Tu był wyłom od zasady, ale za dużo straciłem czasu i pieniędzy żeby bezkarnie odpuścić. Wreszcie przyholowałem ją na chatę. Trochę szarpaniątek i wyjąłem ją z opakowania. Ułożyłem do strzału i nie mogę. Szczelina zamknięta. Czyżby błoną? Zmęczony zaprzestałem ataku i ogłupiały zastanawiam się czy atrakcyjna dziewczyna dwa lata po ślubie może być dziewicą? Nie wiem czy sytuacja jest coś nie taka, czy ze mną jest coś nie tak? Jestem przecież trzeźwy. Może za trzeźwy. Wypiłem, więc następną lampkę wina i zaczynam sprawdzać przy pomocy palca i oka. Dziewica! To co, że dziewica. Będę miał w kolekcji jeden wianuszek więcej. Podobno szlachcic na premierę wkłada smoking. Ten nie będzie musiał wkładać smokingu, bo premiera będzie ze mną. Na ogół nie miałem problemów z dziewicami. Mój miecz był sprawny w boju. Na następnym spotkaniu już bez szarpaniątka, spokojnie ułożyłem dziewczynę w odpowiedniej pozycji, odwróciłem uwagę, uśpiłem czujność, spowodowałem rozluźnienie i atak. Wrzask i nic. Cofnęła dupcię do tyłu. Poczuła ból i tak ją wystraszyłem, że ciało dostało trzęsionki. Uległem prośbom i obietnicom, że zaprzestane ataku.
Powiedziała, że jej domownik (nie używała nazwy mąż) jest głęboko wierzący i nie uznaje ślubu cywilnego. Czeka na ślub kościelny i przestrzega wszelkich ceremonii. Dla mnie ateisty to była dodatkowa prowokacja żeby przynajmniej ten ceremoniał mu pomieszać. Poza tym zazdrościłem mu takiej żony. To była dama z krwi i kości. Kulturalne i eleganckie wyrażanie się. Opanowanie, dobre trunki, dobre towarzystwo, gustowny i elegancki strój. Później jeszcze okazało się, że świetnie gotuję, jest dobrą krawcową i dobrą gospodynią. Poza tym prawdomówna, słowna i punktualna. Tyle dziewczyn przetestowałem i takiej nie spotkałem.
Po rozwodzie z pierwszą żoną postanowiłem sobie, że nigdy więcej się nie ożenię. Z Krystyną ożeniłbym się natychmiast. Drugiej tak doskonalej kandydatki na żonę nie ma. Ona o domowniku wyrażała się pozytywnie i nie myślała o rozwodzie. Tu szansy brak, ale mogę przyprawić mu rogi. Okazuje się, że tego też nie mogę. Dziewczyna ma dobry refleks i wyczucie. Kiedy ja wykonuję ruch ataku ona jednocześnie cofa dupcię do tyły i brzuchem unosi mnie do góry. W końcu wnerwiony i załamany kazałem się jej ubierać, spadać i więcej się nie pokazywać. Bez słowa zaczęła spełniać moje polecenia. Przed wyjściem zaczęła prosić żebym ją odprowadził. Oczywiście damę musiałem zawsze odprowadzać lub odwozić taksówką. Po drodze zaczęła przepraszać i obiecywać, że następnym razem pozwoli się związać. Musiała mi to przysięgnąć. Na następnym spotkaniu nakłoniłem ją żeby wypiła więcej niż zwykle. Jeden koniec ręcznika kąpielowego zawiązałem na jednej nodze powyżej kolana, drugi na drugiej. Środek założyłem za głowę i dziewczyna znalazła się w pozycji ginekologicznej. Teraz przygotowanie psychologiczne, rozluźnienie i niespodziewany cios. Wrzask i miecz wbił się do polowy. Płacz, prośby, ale nie wyjmuję i drugie pchnięcie. Miecz zagłębił się cały. Poczułem ból w plecach i stróżki krwi cieknące z pleców. Domyśliłem się, że to sprawka jej pazurów wbitych w moje ciało. Wbicie mojego miecza w jej ciało utoczyło również mojej krwi. Dalej sprawy seksu nie wyglądały najlepiej. Dziewczyna nie czuła przyjemności seksualnej. Przyjemnością dla niej było to, jeżeli udało mi się włożyć bezboleśnie i nie ruszać nim. Przyczyną tego był prawdopodobnie wypadek samochodowy i operacja przecinająca jakiś nerw. Sprawy seksu były więc sporadyczne.
Dopiero, kiedy oboje dostaliśmy wczasy w Sosnówce pozwoliliśmy sobie poszaleć. Żadnych zabezpieczeń poza kalendarzykiem nie stosowałem, a pobyt w Sosnówce zahaczał o dni płodne. Postanowiłem się tym nie przejmować. Aż tak łatwo nie jest zapłodnić kobietę. Koledzy lubili uwodzić mężatki, bo w razie wpadki wszelkie konsekwencje ponosi mąż. Poza tym jej budowa jest taka, że do śmierci może uchodzić za dziewicę, więc szlachcic będzie mógł włożyć frak na premierę. Ciąża to już byłby dowód.
Krystyna pracowała w grupie kobiet. Kobiety na siebie mają zły wpływ. One robią skoki w bok, a ta jedna nie –taka parszywa owca w stadzie. One ją namawiały na randki ze mną. Kibicowały jej, ale kiedy się zorientowały, że sprawy zaszły za daleko i realny staje się rozwód to powiadomiły o wszystkim męża. Wracam wieczorem z miasta, a na klatce facet pyta mnie o nazwisko i czy znam Krystynę. Chce ze mną porozmawiać. Myślę trudno. Mordobicia tu się nie uniknie. Nie demolujmy przynajmniej mojego mieszkania. Zaproponowałem, więc rozmowę na ławce przed domem. Zapytał wprost czy łóżkuję z Krystyną? Nie zaprzeczyłem. Dalej rozmawialiśmy o tych wstrętnych babach i nic więcej się nie wydarzyło. (...)"

Liczba stron

91

Komentarze

Brak komentarzy.
Bądź pierwszy!